"NIE WYBACZĘ CI, POLSKO"

CZYLI

TYTUŁEM WSTĘPU

 

 

Zdjęcie z napisem o takiej treści na parkanie z przedmieścia Edynburga przysłała do redakcji polonijnej gazety w Anglii nie mniej zdesperowana  - od autora grafitti – rodaczka.

Zamiast komentarza pisze m.in. tak:

„Nie uciekałam nawet przed biedą, bo może i zarabiałam nędznie, ale zasuwając na dwa etaty jakoś tam wyrabiałam, a i tak byłam szczęśliwa, że te prace miałam, i że miałam pomocnych rodziców.

Ja nie uciekałam OD, ale goniłam DO. Do doktoratu, do kraju swoich marzeń, do nowości, do normalności, kiedy po ośmiu godzinach pracy będę żyła jak cywilizowany człowiek. Teraz już mało prawdopodobne, że wrócę, skoro mam szanse na godziwe życie tutaj”.

 

Tragiczny los setek tysięcy rodaków wplątanych – najczęściej - wbrew swojej woli w dramat wychodźstwa. Od stuleci emigracja, ten rak każdego systemu państwa, jest na stałe związana z losem Polaków, których historia poznaczona jest – bardziej aniżeli sukcesami i powodami do dumy – losem wygnańców.

Emigracja powstania kościuszkowskiego, emigracja rozbiorów, emigracja powstania listopadowego, wielka emigracja Europy Wiosny Ludów, emigracja powstania styczniwoego,  emigracja zaborów, wielka emigracja dwudziestolecia międzywojennego, emigracja żołnierzy walczących po niewłaściwej stronie, emigracja, choć właściwym byłoby określenie – wygnanie blisko ćwierć miliona obywateli polskich narodowości żydowskiej, emigracja okresu Solidarności i ta już najnowsza – emigracja okresu transformacji i przemian ustrojowych.

Najliczniejsza ze wszystkich. Najbardziej tragiczna w skutkach, bo trwająca do dzisiaj.Bez perspektywy zakończenia.

A w tle tysiące ludzkich tragedii, o czym każdego dnia informują media.Dramatów tych pozostawionych w kraju i tych usiłujących odnaleźć sens i cel nowego życia. Co odważniejsi alarmują konsekwencjami wychodźstwa, idącego w miliony opuszczających Polskę.

 

Prof. Marek Okólski ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie:

„ 95 proc. Polakow wyjeżdżających wykonuje prace poniżej swoich kwalifikacji, choć to osoby młode i dobrze wykształcone”.

Bogusław Piwowar, dyrektor Instytutu Lobbingu w Business Center Polska:

„Emigracja osiągnęła apogeum. Niepodejmowanie przez rząd stosownych, szybkich działań grozi efektem tzw. drenażu mózgów”.

Prof. Józef Pociecha, kierownik katedry Statystyki AE w Krakowie:

„Wyjazdy zarobkowe nie sprzyjają planowaniu powiększenia rodziny i zawieraniu małżeństw. Co gorsze jednak, ci ludzie nie płacą na ZUS, a to ma już wymierne konsekwencje, ujemne , naturalnie, w skali kraju”.

Prof. Witold Orłowski:

„Polska ich kształci, a oni wytwarzają później wartość dodatnią w Anglii. Na takiej emigracji korzystają tylko kraje przyjmujące. Poza tym emigranci mogliby w kraju zawodowo osiągnąć więcej”.

Prof. Danuta Mostwin, powieściopisarka, ekspert od badań etnicznych na Uniwersytecie Katolickim w Washington D.C.:

„Emigracja to dramat ogólnoludzki, zmiana miejsca, kultury, poziomu cywilizacji i otoczenia. Emigrant balansuje pomiędzy dwoma światami: polskim, który przechował, i nowym. Często nie doceniamy zmian kulturowych w życiu emigranta.

Każdy emigrant, bez względu na to, na jak długo porzuca swój dom, musi się liczyć z tym, że już do niego nigdy nie powróci. Każdy uważa, że może wrócić, ale rzeczywistość jest niestety odmienna. Warto dodać, że nawet jeśli mu się uda, to nie będzie ten sam dom, do którego chciał wrócić.To już nie jest ta ojczyzna, którą opuszczał. Kraj wita go – już nie ten sam!”

Prof. dr Jacek Preibisz z Well-Cornell University Medical Center, Nowy Jork:

“Te same schorzenia, na które cierpią imigranci, występują także u ludzi poddanych takich wyzwaniom, jak zmiana zawodu, miejsca zamieszkania, środowiska, problemy rodzinne. Są to stresowe sytuacje, tyle że we własnym kraju lepiej je znosimy wtopieni w swoje społeczeństwo. W grupie identyfikowanej jako narodowościowa silne zmagania z życiem mogą być dużo częstsze i groźniejsze w konsekwencjach, aniżeli u tubylców, którzy na ogół cieszą się większą stabilizacją.Nie wspominając już, że imigranci przeżywają załamania nerwowe i mają problemy natury psychicznej, co wiąże się z wysokim poziomem stresu, zagubienia i bezradności”.

Prof. Halina Grzymała-Moszczyńska:

„Migracje niszczą rodziny. Regułą jest mówienie, że problem dotyczy dzieci i małżonków.Zapomina się natomiast o pozostałych członkach rodziny. Warto pamiętać, że migracje dzieci są często przysłowiowym gwoździem do trumny dla pokolenia rodziców.(...)Długa migracja wytwarza po powrocie bariery, a  z czasem poczucie obcości w rodzinnym domu, środowisku, społeczeństwie”.

Prof. dr hab. Krystyna Iglicka, Centrum Stosunków Międzynarodowych, Warszawa:

 

„Bo tak naprawdę nasi emigranci nie mają do czego wracać. Po 2004 r. do pracy za granicę wyjechało pokolenie wyżu demograficznego. A te osoby to największe ofiary niedopasowania systemu edukacji do potrzeb rynku pracy. Za granicą pracują fizycznie, ale godzą się na to, bo to, co zarabiają, wystarcza im nie tylko na utrzymanie, ale także udaje się im coś zaoszczędzić. W Polsce za to, co by zarobili, trudno by im było związać koniec z końcem. I co najważniejsze: ci ludzie godzą się wykonywać proste prace za funty czy euro. W Polsce byłoby to dla nich zbyt upokarzające.”

 

Jestem pewien, że tego rodzaju opinie ludzi nauki, wnikliwie badane przez researcherów – analityków, nigdy nie trafiają na biurka polskich polityków. Nie można bowiem burzyć wykreowanego obrazu najlepszego towaru eksportowego znad Wisły – taniej siły roboczej. Rozreklamowanej w Europie plakatem hydraulika-adonisa z francuzem w jednej, fantomasem* w drugiej ręce i uwodzicielskim uśmiechem na twarzy.

Tak pojmowane widzenie problemów zdejmuje z polityków ciężar odpowiedzialności, wiążącej się z bezrobociem, stymulacją gospodarki, tworzeniem nowych miejsc pracy i reformami tak wielu dziedzin życia, że strach je wymieniać.

Z kolei warszawscy politycy różnej prowenencji przypominają sobie o Polonii, gdy zbliża się czas wyborów, bądź na łeb, na szyję lecą słupki w ich sondażach. Także i wtenczas, gdy przyjdzie zaapelować o wsparcie (materialne), bądź poparcie w głosowaniu nad czymś tam.Lub też pochwalenie rodaków za zaradność i oszczędność,i te miliardy dolarów słanych do kraju, które służą łataniu kolejnych dziur w budżecie państwa.

A to, że klientów supermarketu REMA1000 w Oslo wita napis „Polskie gówno won z Norwegii” (podaję za Wyborczą, chociaż w miejsce Norwegii można wstawić każdy europejski kraj, odpierający najazd Sarmatów), to już nikogo nie interesuje. A polityków z partii słusznie rządzącej – najmnej.

 

Nie dziwię się więc, że prof. Zdzisław Krasnodębski wypowiedział się w ten sposób:

- Polską nie rządzą politycy, tylko sieć układów; to kraj, w którym nie ma reguł, ale liczą się głównie dojścia i znajomości.

 

Gdyby tak nie było,opinie ludzi nauki, jakie przedstawiłem powyżej, przez każdego rozsądnego polityka zostałyby wzięte pod rozwagę.

 

*Fantomas – w żargonie polskich hydraulików najprostszy przyrząd służący przepychaniu sedesów.

 

 

 

WRÓCIŁAM,  KOCHANIE

 

Na początku minionego lata, w jednym ze stołecznych dzienników o zasięgu ogólnopolskim, w rubryce „ Różne” pojawiło się – trzykrotnie z rzędu – ogłoszenie treści następującej:

„Osoby, które w latach 1994 – 2002 mieszkały w Ozone Park, stan Nowy Jork, proszone są o skontaktowanie się z numerem 086...Sprawa pilna.”

Nie mieszkałem , co prawda, w tamtych latach na dalekich przedmieściach nowojorskiej metropolii, lecz wiedziony dziennikarską ciekawością – zadzwoniłem. Anons zaintrygował mnie tym bardziej, bowiem numer kierunkowy wskazywał dawne województwo łomżyńskie. I jeszcze to zakończenie „Sprawa pilna” zafrapowało całkowicie.

Tyle tylko, iż telefonując – skłamałem. Kobiecie, która podniosła sluchawkę, powiedziałem, że , owszem, mieszkałem co prawda nie w Ozone Park, lecz zaraz obok, parę przecznic dalej – w Rego Park.

- Czy wobec tego nie zgodziłby sie pan odwiedzić nas w domu, celem wspólnej rozmowy z mężem i ze mną...? – wolno, dokładnie dyktowała adres. – Oczywiście, zwrot kosztów podróży oraz gratyfikacji wchodzą w grę, kiedy ,po usłyszeniu odpowiedzi na kilka pytań, utwierdziła się w przekonaniu, że rzeczywiście mieszkałem na peryferiach Nowego Jorku od strony Long Island.

Dziennikarski nos podpowiadał dobry temat na reportaż.

 

*            *            *

 

Między Łomżą a Zambrowem rozłożyło się pięć wsi. Wszystkie przydrożne, rozdzielone nitką asfaltu, bezwstydnie kłujące w oczy zamożnością, dachami miejskich willi, obszernymi zabudowaniami. I koniecznie zachodnimi samochodami wystawionymi obowiązkowo od strony drogi, żeby sąsiedzi widzieli a przejezdni zazdrościli.

 

Lecz nie z trudu ziemi to bogactwo, bo ta – jak wszędzie na pograniczu Mazowsza i Podlasia – nigdy nie wianowała gospodarzy za ich ciężką prace. Jeśli już ktokolwiek docenił harówkę małorolnych, to boss’owie szap na Brooklynie i Greenpoincie. A za słane dolary wyrastały rodzinne majątki.

Adres zaprowadził mnie przed okazałą posesję, wypisz -  wymaluj z okładki dawnego „Plonu”. Z wybetonowanym podjazdem i podwórkiem, ciągnącą się w głąb dużą chlewnią, podwójną stodołą, dwoma ciągnikami pod wiatą, zestawem maszyn. Passat ze świeżym jeszcze lakierem  pysznił sie zaraz przy bramie, polonez skromnie stanął w sadku.

- Cieszę się, że pan przyjechał, nie zawiódł. I dziękuję, za trud przepraszam – drzwi otworzyła średniego wzrostu sympatyczna brunetka, trzydziestka z hakiem dobrze zakonserwowana. Ubrana z gustem, a przy tym, co jest wyjątkiem na wsi o tak wczesnej porze, pachnąca intrygujaco. – Mąż także jest ciekaw pana – rozwiała jakiekolwiek złudzenia.

 

 

 

ONA:

 

Nigdy, ale to przenigdy nie pojechałabym do Ameryki, nie było takiej potrzeby. To całe zło, to nieszczęście, co między nami, stało się przez Balcerowicza.Żeby go żywcem piekło pochłonęło, bo przez niego moje łzy i moja rozpacz.

Mąż jest stąd,lokalny. Ja z Czartorii, z drugiej strony Łomży. Poznaliśmy się w technikum rolniczym, w mieście.W Łomży, znaczy się.

Z początku było to takie szkolne narzeczeństwo na niby. Ot, żeby było z kim pójść na dyskotekę, żeby koleżanki widziały, żem nie gorsza. Potem, tak jakoś normalnie to wyszło, że przyzwyczaiłam się do Kazika, on do mnie. A może była to już i miłość? – Bóg jeden raczy wiedzieć. W każdym bądż razie w dwa lata po szkole, w ’88 wzięliśmy ślub. I przeniosłam się do teściów, na których – uchowaj Panie – złego słowa nie dam powiedzieć.

Kiedy tylko na Kazika przepisali gospodarkę, ten pokazał, czego nauczyli nas w szkole, a i smykałkę miał jak rzadko kto. Wygłodniała po stanie wojennym Polska rozglądała się za schabowym i mąż postanowił podać go na talerz.

 

Za pierwszy kredyt, wtedy jeszcze normalny, kupiliśmy, pamiętam, dwadzieścia loszek polskich białych mięsnych i rozpoczęliśmy powiększanie chlewni do setki stanowisk.

Bóg był nam łaskaw i nieba przychylił, bo nie dość, że szczęśliwie urodziłam Sławusia, w rok po ślubie, bez pośpiechu, to pierwszy odchów sypnął takimi pieniędzmi, jakich w życiu nie oglądałam. Właśnie za te schabowe. Ze Śląska kupcy zjeżdżali,miliony na stół wykładali i tylko dawaj, Kaziu, dawaj, jak blondynki do wagi dojdą – dzwoń, prosili.

Boże najdroższy, jaka dumna byłam wtedy z mojego męża, jaka rada, żem jego żona. Bo między nami było pięknie tak , cudniusieńko.

Wtedy, chyba wtedy...jakoś tak, Kaziu zafundował nam bal sylwestrowy w Warszawie, w Victorii – ( „Teniuś, stać nas, a i ja chcę podziękować ci, że jesteś ze mną na dobre i złe, że pomagasz we wszystkim”) – na jakim w życiu nie byłam. I już chyba nie będę. A składając życzenia noworoczne przyrzekł, że nigdy, ale to przenigdy nie będzie mi niczego brakowało.

I tak było – do czasu. W połowie ’89, chyba tak, bo lata gubią się, w każdym bądź razie po zbiorach dostatnich  jak rzadko kiedy, Kazik powiedział: - Teniuś, widzisz sama, idzie nam niczym z płatka. Chodź, zaryzykujemy na całość. Kartofle będą swoje,  a i zboża na pasze nie zabraknie, to na jakieś dwa tysiące sztuk przyszły rok możemy obliczyć. Pomyśl sama – jaka to będzie kasa!

 

Póki co liczyliśmy wzięte kredyty – największy, jaki zambrowski bank dał – prawie trzysta milionów na stare pieniądze. Fortuna, że aż w głowie się nie mieści. Ufałam Bogu, byłam pewna, że spłacimy bez trudności, bo mąż gospodarstwa, a wtedy to już było małe przedsiębiorstwo, jak oka w głowie pilnował. Do kieliszka nie zaglądał, po kolegach nie łaził, dom i rodzinę szanował, nad każdym groszem zastanawiał się, jak spożytkować właściwie.

 

Nie powiem – darzyło się nam. Może dlatego, że w każdoniedzielną sumę Bogaśmy chwalili, a Ten łaski użyczał.Maciory prosiły się, jak w poradniku, upadków za wielkich nie było, teście też od rana do nocy na nogach. Sławuńcko chował się bez chorób, wszystko szło dobrze, to i pieniądz był,i Kaziu w terminie do banku jeździł.

Pod koniec 1989 pozostało do spłacenia ze sto pięćdziesiąt milionów, kiedy poszła wieść, że nowy rząd, właśnie ten od Balcerowicza, żeby go ziemia święta nie nosiła, a piekło żywcem pochłonęło, zmienia oprocentowanie od  spłacanych  kredytów. Pierwszy raz, jakiem to usłyszała w telewizji, pomyślałam, że głupoty gadają, jakby szaleju się objedli, bo nic mądrego wtedy nie mówili. Ale tu i gazety piszą, już ludzie trąbią dookoła, że od stycznia będzie obowiązywać nowe oprocentowanie. Ale to jakie?! – w głowie się nie mieści.

 

Mąż wyliczył, że oprócz tego, co na bieżąco, przyjdzie nam spłacić prawie drugie tyle, ileśmy wzięli. Matko Chrystusowa, myślę sobie, czy oni powariowali, cały ten rząd cholerny?!Rolników do upadłości prowadzić?! Skąd tu wziąć tyle pieniędzy?! Koniec z  nami! Upadek i ruinacja, już nie podniesiemy się, jak amen w pacierzu.

Po nocach żeśmy nie spali, we dnie chodzili jak strute. I tylko – co robić?!, co robić?! tłukło się po głowie. O, tak, żeby spłacić od razu całą resztę – owszem, ale skąd wziąć z tygodnia na tydzień taki majątek? Kto pożyczy, da fortunę do zawierzenia, jak wokoło czas niepewny, a złodziej na złodzieju jedzie z rządowymi na czele.

Mąż chudł w oczach, zmysły mu odejmowało. Zwłaszcza, jak dowiedział się, że zza Zambrowa, od Wiśniewa, młody gospodarz obwiesił się, nie mogąc banku spłacić.

Wtenczas teście podpowiedzieli, żeby rodziny obkolędować, ile się da zebrać i rządowi w jaśnistą cholerę odddać. I sami na początek wyjęli chyba siedemnaście milionów, co to je na swoje pogrzeby ciułali. – Staniecie na nogi, oddacie. Nie będziecie mogli, pochować i tak musicie – teściu postawił warunek.

 

W ostatniej chwili my zdążyli, dosłownie w ostatnim dniu. Boże drogi – jeden kamień z serca spadł, ale jeszcze większy pozostał – długi po ludziach.

Na wiosnę po pierwszą partię tuczników, już zadatkowanych, mieli przyjechać handlarze spod Katowic. Liczyliśmy na jakieś 60 milionow,mówię w starych pieniądzach, a już nowe wchodzili, które zaraz trzeba było rozwieść po rodzinie.

I wtedy zaczęło się... Nieszczęście za nieszczęściem, jakby sam Lucyfer ogonem zamiótł. Jednej nocy cztery maciory prośne padły, aż Kaziu od rozumu odchodził. Gryzł się, że nie dopilnował. Krótko potem czerwonka prosiaki położyła, że lekarz nie nadążył jeździć, na początek poszło chyba ze trzydzieści. Odszkodowanie?! Jakie odszkodowanie, kiedy człowiek nie ubezpieczał od upadków, bo grosza na ważniejsze tematy brakowało. Liczył, że Bóg dopomoże, a tu masz ci los... I na samo najgorsze do Sławuńcia choróbska przyplątały się, a my z nim od Łomży po Białystok, od ordynatora po znachora, aż pod Wyszków. I co? Z pieniędzyśmy wyprztykali się raz-dwa, w nowe długi wleźli. Już człowiek nie wiedział, jak ma żyć.

Panie, trzy lata takiej szarpaniny. Całe trzy lata, dasz pan na wiarę?! To już nie życie było, to katorga, piekło na ziemi. Schudli my, zczarnieli, bo wiadomo, jak zgryzota boli, jak dołuje do spodu. I między nami już  nic nie było – ani przyjemności, ani rozmowy, ani jakiej ogłady.Patrzyli my na siebie jak te wilki, bo tu na lekarstwa  dla małego, na ropę do ciągnika, na mieszankę dla warchlaków, podatki opłacić – mus, bo komornik przyjdzie. Ile razy ja tylko chleb i kostkę masła ze sklepiku brałam, nic  więcej. Boże,łzy łykałam, wracając do domu,gdzie jesteś? Boże, jak jesteś sprawiedliwy, dlaczego nie pokarzesz tamtych za nasze nieszczęścia?!

 

I co?! Dziwić się, że my odsunęli się od siebie, a ja w Sławusiowym pokoiku sypiałam, bo jedno do drugiego pociągu już żadnego nie miało. Całe dnie my do siebie nie przemawiali, w niemocie trwali. Między wami gorzej niźli za okupacji – podgadywala teściowa, ale nie wtrącała się , bo ją samo serce bolało.

Byłabym zapomniała – w ’91, jakoś jesienią, teścia my pochowali. Z przyczepy spadł, ze dwa miesiące słabował, z domu nie ruszał się. Dla nas – co tu mówić...

 

- Kaziu – zaczepiłam męża którejś nocy, kiedy wszedł niby sprawdzić, czy mały okryty .– Kaziu, pamiętasz Reginę, moją koleżankę z technikum, co w drugiej klasie do Ameryki wyjechala? Do brata? Musisz pamiętać, rok temu byliśmy u jej rodzicow na Złotym Weselu.

Ano – i stało się. Dokładnie w rocznicę moich urodzin, 23 maja 1994 roku,  Regina odbierała mnie z lotniska. Obie nie wierzyłyśmy, że tak szybko i bez kłopotów poszło. Babskim radościom nie było końca, całą noc przegadałyśmy, chociaż i tak pisałam do niej.Przede wszystkim – dlaczego muszę zdecydować się na wyjazd, zostawiając męża ma pastwę losu z gospodarskimi kłopotami i synka ledwie odchowanego, rodziców starych, tyle lat harówki. Dlaczego na obczyźnie muszę ratować nasze małżeństwo, nasz dobytek, nasze przyszłe życie rodzinne.

Nie powiem – Regina spisała się, jak na przyjaciółkę przystało. Już wcześniej znalazła mi plejsy,znaczy się sprzątanie, właśnie u państwa B., Żydów polskiego pochodzenia, w Ozone Park, na Queensie.A później, kiedy ja przypadłam im do gustu, zamieszkałam u nich i prowadziłam dom.

Nie będę z detalami opowiadała wszystkiego, bo jak można w parę godzin osiem lat rozpamiętać? No – jak?! Tyle lat! – Boże mój, tyle lat wyrzeczeń, tęsknoty za Sławusiem, rodzina – a tutaj, po powrocie, takie podziękowanie! Tylko łzy i gorycz serce ściskają, bo więcej powiedzieć nie daję rady.

 

Moja praca , z początku za dwieście pięćdziesiąt tygodniowo i stałej dyspozycji,na telefon, bo mieszkałam z Reginą, sprowadzała się do opieki na Aronem, mężczyzną dorosłym, ich synem, o umyśle dziecka. Także do gotowania, sprzątnia, potem zakupów. Jednym słowem – polska baba do wszystkiego od siódmej rano do piątej po południu sześć dni w tygodniu. Wytrzymałam najgorszą katorgę, a dopiero potem Pani zdradziła, że ta przede mną po miesiącu odeszła.

Musiałam chyba dobrze wypaść, bo zaraz potem Państwo zaproponowali, ażebym sprowadziłą się do nich. Z zamieszkaniem praca, znaczy się będzie, a równo po kwartale Pan podniósł tygodniówkę o całe pięćdziesiąt dolarów. Trzy setki na rękę, tysiąc dwieście miesięcznie bez płacenia rentu i utrzymania! – byłam w siódmym niebie, bo Boga złapałam za nogi.

 

Z moim Państwem miałam dobrze.Powiem szczerze - wielkiej zacności i dobrzy to ludzie byli. I po polsku rozmawialiśmy, bo oni zaraz po wojnie wyjechali. No więc Pan zaczął mnie namawiać, żebym prawo jazdy amerykańskie zrobiła, łatwiej mnie będzie, a on pomoże, bo zgodnie z umową poniedziałki miałam wolne na swoje potrzeby i odpoczynek. I tak w ogóle to z każdym tygodniem, miesiącem odczuwałam coraz milszy stosunek do siebie, co mnie radowało. Taki mniejszy dystans, cieplejsze nastawienie, dobre słowo padało.

Ja też nie oszczędzałam się. Nie brzydziłam, kiedy Aronowi przyszło zafajdany tyłek w nocy podmyć, albo sedes wyskrobać do czysta. Ale co i raz pod zdjęciem Sławusia znajdowałam to dziesięć, to dwadzieścia dolarów. – To dla twojego boja na kendy – nieporadnym polskim mówił Pan, bo wiedział, że ja każdą setkę ślę do domu. Właśnie on jeździł ze mną do agencji wysyłać pieniądze, na co mieliśmy dwie godziny, bo na tyle przychodził co piątek masażysta do Arona.

 

Na Thanksgiving Day, w ’96 czy  ’97 jakoś tak, Państwo sprosili trochę gości, bo to najważniejsze amerykańskie święto, bez względu na wyznanie i pochodzenie. I dawnego , jeszcze z pracy , szefa Pana też zaprosił. Jego żona cały czas chodziła z zachwytem, próbowała a to mojej kuchni, a to szafki przeglądała, i z Panią o czymś rozmawiały zawzięcie, na mnie ukradkiem pokazując.

Nazajutrz Pani powiedziala mi, że Miriam, znaczy się ta pani, ma życzenie, abym i u nich sprzątała. Tylko sprzątała. No, ale u nich to są dwa duże apartamenty, połączone w jedną całość, jakbym wyraziła zgodę. Stanęło na tym, że ja dobrowolnie zrezygnuję z wolnego poniedziałku i połowy niedzieli, co miałam ją na kościół.Pani widocznie  zależało na dobrych kontaktach z nimi,mnie – co tu ukrywać ? – na dodatkowych pieniądzach.

 

Bo po listach od Kazia widziałam, że dochodzi do siebie. Już nie było biadolenia i załamywania rąk. Już coraz raźniej głowę podnosił, z powrotem na nogi stawał. I jak z jednej strony było lepiej, to z drugiej – bieda z nędzą, a opowieści przyjeżdżających nie dodawały człowiekowi sił.

Bałagan w Polsce kręcił się w najlepsze. Bandytyzm, kłótnie w rządzie i korupcja, bezrobocie rosło w oczach, a ministrami stawali się ludzie z ulicy, o których przedtem nikt nie słyszał. Co najgorsze – rolnictwo szlag trafiał, bo Zachód walił tanią żywność bez żadnego opamiętania, tak że nie opłacało się trzymać ani świn na mięso, ani krów na mleko. Dla mnie oznaczało to jeszcze pół roku dłużej. A potem kolejne pół roku, i już w końcu straciłam  rachubę w tych latach, ile razy odkładałam powrót do domu. Tylko listy od męża były coraz dłuższe, coraz cieplejsze,coraz bardziej proszące, że jakbym dosłała jeszcze z tysiąc, albo lepiej i ze dwa, to on by i to, i tamto, bo – sama wiesz, Teniuś, pisał – w Polsce bieda z nędzą, że siekierą nie urąbiesz.

Z dwóch lat, o jakich mówiliśmy z Kaziem na lotnisku ( - Teniuś, trzy, to już ostatnia ostateczność, widzisz sama, żem chłop niczegowaty, to pospieszaj...) zrobiło się i trzy, i cztery, i pięć.A potem już było mi bez różnicy, które z rzędu powitanie Nowego Roku na Times Square oglądam w telewizji, prawdę powiedziawszy.

 

Bo kiedyśmy już spłacili się , mąż napisał, że pięterko dałoby się podnieść. Tam przenieść się z zamieszkaniem, a dół przeznaczyć na sklep. I to najlepiej z wódką, piwem, to pewny i czysty grosz, a on pozwolenie załatwi, tylko przyjdzie posmarować komu trzeba w urzędzie, bo dzisiaj tak wszyscy robią, jak chcą coś załatwić. Gospodarka w teraźniejszych czasach ma coraz krótsze nogi, tak pisał. A tak  w ogóle, to chciałby samochód kupić, no, wiesz jakiś lepszy,bo kto dzisiaj jeździ polskim złomem? A  na wszelki wypadek, jakby się coś zmieniło, to może  i ciągnik nowy nie zaszkodziłoby mieć.

- Teniuś, tak mnie urabiał, dolar stoi dobrze, a i w  hurtowniach wszystkiego pod dostatkiem, nie to, co kiedyś,gdy za zasraną glazurą stało się nocami w kolejce.

Ja z kolei nastawałam, kiedy przysłał kolorowy film już piętrowego domu,bo kamerę podesłałam mu także, a jakże, ażeby nowe regały wstawili, dywany pokupowali, ładne  tapety. Koniecznie włoską glazurę i tylko białe mebelki do Sławusiowego pokoju, bez żałowania grosza, zaznaczałam.

Chciałam najnormalniej, jak to baba, mieć po powrocie dom moich marzeń. Odrobinę prospektowych magazynów, trochę tej Ameryki na starość, co tam oglądałam na co dzień. Żeby samej sobie móc powiedzieć: po amerykańskiej harówce i latach wyrzeczeń mam to wszystko – na resztę życia radość i pamiątkę.

 

Jakiś czas taka właśnie radość była w naszym domu, w naszym małżeństwie. Wielkie zadowolenie z powrotu - kochający i troskliwy mąż, jednym słowem: prawie jak dawniej, na początku. Syn kawaler,że matki mało nie poznał, wyrośnięty, dobrze ułożony. Mimo że nieraz różnie bywało, jak to w małżeństwie, wiadomo, nie narzekał człowiek, żeby Boga nie obrażać. Cieszyliśmy się, że po tylu latach nareszcie razem. Bez długów, zdrowi, dom urządzony przepięknie, nie gorzej od innych żyjący, a może i lepiej, nawet.

I kiedy, a bywały takie rozmyślania,wspominałam Amerykę, dziękowałam Panu, że dał wytrwanie i siły, i zdrowie, bo opłaciła się ta mordęga. Lata znoju, udręki i łez w skrytości wypłakanych.

 

Rok temu...Tak, w październiku rok będzie, jak mąż wrócił z Zambrowa. Podpiwszy zdrowo był, samochodem przyjechał, co po wódce nigdy przedtem mu się nie zdarzało. Druga w nocy dochodziła, pamiętam jak dziś, gdy obudził mnie krzykiem, wyzwiskami i raz za razem pytał, za włosy targając: - No, powiedz, kurwo jebana, jak zarabiałaś w Ameryce?! No, powiedz, przyznaj się! Nie wstydź się swojego męża, jak dupą  dolary kręciłaś!

 

ON:

 

 - To, co powiedziała do tej pory, to, tak – prawdą jest, nic nie zmyśliła.Ja nie powiem, żebym żonie nie wierzył, no, nie. Złączyli my się na dobre i złe,na lata tłuste i lata chude, przed księdzem przyrzekali. I tak faktycznie było po ślubie przez parę lat, nie powiem. Owszem, wyraziłem zgodę na wyjazd, bo co miałem robić? – zbankrutowanie ogłosić? Na żebry iść z torbami pod kościół? Powiesić się jak tamten?

No i dobrze,chwała Bogu, poleciała do tej Ameryki. Pisała, nie powiem, często, a i dzwoniła też, aż ja mówiłem,żeby na wstrzymanie wzięła, bo pieniędzy na gadanie szkoda. Tyle tylko, że nie minęły dwa miesiące, a ja z banku powiastkę dostaję, że na konto dolary przyszły. Ucieszyłem się w tym całym zaganianiu, pojechałem długi spłacić, bo twarz zachować dzisiaj – najważniejsze.

A potem już raz w miesiącu przekaz był obowiązkowo. Z początku na sześćset, siedemset, potem  i na tysiąc, i więcej, im dłużej w tej pieprzońskiej Ameryce siedziała. Broń Panie Boże, żeby coś  głupiego człowiekowi po głowie chodziło,o, nie, co to to nie, przecież żeśmy na krzyż święty ślubowali, przed głównym ołtarzem, nie? A zresztą i czasu nie było na roztrząsanie, bo tu gospodarka od świtu do nocy, i z synkiem trzeba pobyć,nauki dojrzeć, z matką starą choć słów parę zamienić, sprawy urzędowe pozałatwiać. Nie miałem ciągoty ani do kolesiów, ani do bab, tego mi żaden w oczy nie powie. Żeby gdzieś  flaszkę zorganizować, na noc nie wrócić, bo kobity w domu nie ma? O, co to, to nie!, choć kasa już była taka, że niejeden się przymawiał do koleżeństwa.

A później z budową ruszyłem, rozplanowanie, jakieś pan słyszał, wspólne było, uzgodnienia szczegółowe. Boga w sercu bym nie miał, gdybym nie powiedział, że szło ku dobremu. Już bez ogonów, chłopak z chorób wyrósł i tak ogólnie jakoś się wszystko prostowało.

 

I w skrytości ducha myślę tak : widać my nie takie najgorsze, skoro Bozia na nowo pobłogosławiła, chociaż dochody z gospodarki już nie takie, jak za komuny. A kiedy przyprowadziłem Passata, niejeden znajomek z zazdrością kiwał głową: - O, jak ma się żonkę w Ameryce, to nie byle jakim kółkiem się jeździ. I puszczał oko, że niby ta żonka..., bo muszę powiedzieć sprawiedliwie, przed światem, że kobietę mam szykowną, gładką, sam pan widzisz.

Ale co tam! Kładłem  głupie gadanie po uszach i robiłem swoje, bo ludzkie języki niejedno potrafią. Tyle tylko, że z rok będzie, jak Teńka mówi, w Zambrowie kolegę spotkałem, Perkoza, znaczy się. Z apteki wychodzę i patrzę: Perkoz nie Perkoz, kurna go mać. Gość odsztyfowany, złoty łańcuch na szyi, gruby, że krowe by upalował, bransoleta na palec, sygnet, dżinsy niebieściutke, białe adidasy, kurteczka skórzana, nie podróba, bombówka na nią mówią, a i połóweczka do całości kolorem dobrana. A do tego wyperfumowany, jak dziwka uliczna, nie przymierzając. – Perkoz, ja do niego, bo gościa, dalibóg, w pierwszej chwili nie poznalem, lata nie widziałem, a ty skąd tutaj, kurna go mać? – A żem z Niu Jorku zjechał – on zwyczajnie,bez zająknięcia, jakby z łomżyńskiego pekaesu wysiadł przed chwilą.

Tak, to prawda, co moja żona orzekła przy tym stole – nie wróciłem wtedy na wieczorne obdawanie, bo to, co naopowiadal mi Perkoz o Ameryce, o tym, jak żyją tam Polacy i ludzie w ogóle, jak się prowadzą w moralności i ze wszystkim – w mojej głowie nie pomieściło się.Jeszcze dziś nerw mnie ponosi i ciśnienie do głowy uderza, jak wspomnę tamte Perkozowe spotkanie.

Całe popołudnie i wieczór, do zamknięcia restauracji, przesiedzieliśmy, nie powiem -  uczciwe, po chrześcijańsku, przepijajac od czasu do czasu, ale jakby coraz częściej. A tu mówię, jak na spowiedzi, bo obrazy święcone na ścianch wiszą: im dłużej Perkoz gadał, tym mnie nerw puszczał większy. Za kawalerki niejedną remizę my obskoczyli, tom miał zaufanie do człowieka, nie? A zresztą, nie widzieliśmy się tyle lat, a do tego Perkoz, teraz gość ze świata wielkiego, gest miał – amerykański.

Kelnerka może dwa, może trzy razy połówkę donosiła, a może i cztery, już nie pamiętam, ale im więcej wypiwszy byłem – tym trzeźwiej myślałem. Wokół mojej żony, kobiety ukochanej, całe moje  myślenie obracało się. No, bo powiedz pan, kurna go mać, skąd można tysiąc dolarów w jeden miesiąc przysłać? No - skąd?! Przecież to grosz zajebisty, a tam, jak mówił Perkoz, niczego nie ma za darmo, za wszystko – płać. Mieszkanie, jedzenie, telefony, wszytkie te babskie fiu- bzdziu. No, to ja się pytam – skąd? Głupie gadanie, że kobieta zaradniejsza od chłopa. Że odłoży, dopatrzy.Że co? – że z utrzymaniem ona była na tej robocie u Żydów ?! Panie, kto to dzisiaj sprawdzi, prawdę potwierdzi!

 

Człowieku, Perkoz dopiero oczy moje zaślepione otworzył na tę ichną Amerykę. Chłop postawny, to i branie miał, wiadomo. Opowiadał, jak to schodził się cały ten Bruklen czy jak mu tam Gren..., jakoś tak, na zabawy i dyskoteki z bufetem, i powiedział, że teraz już wie, kto czym pachnie. A zwłaszcza która. Bez wyjątku – panna, mężatka, wdowa, rozwódka, wsiakaja swołocz nastojaszczaja.

Więc tak : Perkoz układal glazurę u takiego gościa z Gdańska,lepszego fircyka,a potem się z nim skolegował przy kielichu. No i dowiedział sie, że tamten kameruje przyjęcia, wesela, chrzciny, uroczystości jednym słowem. A kiedy już przypadli sobie do gustu, tak na sto dwa, Perkoz usłyszał, że tamtemu zdarza sie kamerować..., no, wiesz pan – co...Bo tam są takie wyuzdańce, popaprańce, zboczeńce seksualne, że i to chcą później jeszcze pooglądać. Zabierał więc Perkoza niby jako swojego asystenta od noszenia i ustawiania świateł, pomocnika. I wtedy Perkoz napatrzył się na tę ichną Sodomę i Gomorę amerykańską.

Panie kochany, tam ludzie zahamowania żadnego nie mają, żadnego wstydu, świętego sakramentu wierności, bojaźni boskiej, przyzwoitości. Tam, panie, każdy z każdym, jak te psy wiejskie, włóczegi polowe, za przeproszeniem. A myślisz pan, że jak kobita kilka lat bez męża jest wyposzczona, to jej hamulce nie puszczają? By nie chciała? – toż to ludzka normalność jest! Także samo i z chłopami,może nawet i gorzej, bo męska poruta ostrzejsza z natury samej jest. A potem taka jedna z drugą rozgrzeszy się ze sobą, bo przed konfesjonał wstyd klęknać. Ona myśli, taka jedna z drugą, że jak dolary śle chłopu, to jej wszystko wolno, to wszytko w porządku. Bo niby ona jako istota żyjąca, to i potrzebująca, kurna go mać. Kapewu teraz?

Pomyśl pan jedno: miałby Perkoz interes, żeby mnie głupotę wciskać, wodę w mózgu robić? Koledze z kawalerki, staremu chłopu, na dodatek? Po co miałby to robić? On – człowiek światowy,z Niu Jorku, co z niejednego pieca chleb jadł, niejedno widział, rozumie , że zgodne i porządne małżeństwo to fundament rodziny.

 

Kiedym jej to wszystko opowiedzial, com od Perkoza zasłyszał, wtedy, w nocy, no, dobra po wódce byłem. Zgoda, ale myślałem, że ze złości nie wytrzymam, nerw puści i kobitę uszkodzę, albo nieszczęście na dom sprowadzę. Wtedy, człowieku, ona zaczęła się śmiać! Ale to jak śmiała się, żebyś pan wiedział! Nie do opowiedzenia!Bóg mi świadkiem – ja na to jej obśmiewywanie nie wytrzymałem..., no...i przyłożyłem babie.Nie, nie za mocno,broń Panie Boże, jeszcze czucie mam, tylko tak, żeby poczuła mężowską rękę.Dzisiaj żałuję, ale co tam – stało się!

Bo ten jej śmiech jakby potwierdzeniem Perkozowego gadania był. I dalej było tak, jak mówi teraz: z łóżka śćiągnąłem, zawlokłem przed obraz święty, co wisi w sypialni i mówię grzecznie, po dobroci: - Przysięgnij, kurwo jebana, na rany Chrystusa, przysięgnij na nasze dziecko niewinne, że nie z dupy twojej te dolary co żeś słała latami! Przysięgaj po dobroci, bo krew się poleje mimo nocnej pory!

Panie kochany, przysięgała, trzy razy bożyła się, płakała na kolanach, czołem o podłogę przed Zbawicielem tłukła. Zaklinała na wszystkie świętości, że przez te lata żaden gach jej w kroku nie poszerzał. Żaden jej nie dotknął. Ale, co tam, panie kochany?! Niby jej wierzę, bom kulturalny człowiek, ale tak jakoś bez przekonania. Gdzieś na dziewięćdziesiąt procent.

Z drugiej strony myślę czasami, że chyba  krzywo by nie przysięgała na Boga, na Sławusia, bo Pan nie rychliwy, ale sprawiedliwy i by pokazał, gdzie prawda leży, nie?

I z tą gazetą Perkoz mi podpowiedzial. Tam, jak która taka rozrywkowa, dyskotekowa, to chłopy wywąchają z daleka i jeden drugiemu przepowie, jeszcze telefon da. Więc radzi Perkoz: co ci szkodzi upewnić się? Daj ogłoszenie, a jak kto się zgłosi, to wypytasz , czy on twój szwagier od żoninego kroku, czy nie, toż to żadna hańba. Stary, mówi mi Perkoz, w Ameryce nie takie rzeczy się załatwia  - i co? Ludzie żyją jak paniska!

 

Najgorsze  w tym wszystkim jest to, że jak kładę się, a sen nie przychodzi, to całe  to Perkozowe gadanie na nowo do głowy bucha, przed oczami staje. Głupoty odganiam, ale majaki zasnąć nie dają. I niby wierzę jej, że nie, ale tak jakoś nie całkiem. Sam już nie wiem – może to kiedyś przejdzie, co nie?

 

 

EPILOG

 

Nawet nie byli wielce oburzeni, kiedy przyznałem się, że jestem dziennikarzem i nigdy nie mieszkałem w Ozone Park. I – zgodnie z prawdą – nie wniosę w ich życie niczego, co uwiarygodniałoby wersję któregoś z małżonków.

- Zgodziłam się na ogłoszenie, bo ono jest moją ostatnią obroną. Nie mam niczego do ukrycia, więc nie obawiam się, że ktoś przyjdzie, stanie do oczu i powie do męża: No, tak, znam tę kobiete, oj, znam...Sam pan wie, że Ameryka, wbrew pozorom, nie jest tak wielka, jakby niejednemu się wydawało, a oczy ludzkie wszystko wypatrzą.

 

Powiedziałem wówczas, że może kiedyś opiszę tę historię, naszą rozmowę, ich wyznania. I to, co interesowało mnie najbardziej – wielką niewiadomą, jaka przed nimi.

Milczenie zasznurowało ich  usta i tak siedzieli naprzeciwko siebie, z udziałem niemego świadka ich małżeńskiego dramatu, w jakimś oddaleniu, zamyśleniu drętwnym.

- Jeśli już ma być, to tak, żeby nikt nie rozpoznał, że to o nas chodzi, bez nazwisk – ona głosem cichym, proszalnym, szeptem prawie.

- A niechaj, kurna go mać, i rozpozna, to co?! Może jak przeczyta jedna z drugą lampucera, to się ustatkuje, chłopu siwizny oszczędzi – on butnie, tonem z nagła podniesionym.

 

+            +              +

  

Sylwestrowe przygotowania wypełniły Greenpoint radosnym harmiderem. Jechałem samochodem wzdłuż Manhattan Ave. w dół, w kierunku Nassau Blvd., skąd najbliżej miałem do domu, kiedy w tłumie mignęła znajoma twarz. Żałuję, że nie było miejsca do zaparkowania, bo zatrzymałbym się, odszukał ją.

Chociaż..., myślę, że równie dobrze mógł być to ktoś łudząco do niej podobny.

 

                          

Reportaż publikowany w Przeglądzie Polskim, Dodatku Literacko-Społecznym Nowego Dziennika, w marcu 2006, znajdzie się w przygotowanym do druku zbiorze pt. Wróciłam, Kochanie.

 

 

CZAS   BOHATERÓW

 

Przedzaduszkowy październik zamżawił dokuczliwym  chłodem cały Brooklyn. Na pryncypalnym deptaku rodaków  krzątanina ostatnich zakupów , urwanych w pół słowa pogawędek  i łapczywego papierosa z napotkanym znajomym. Grupka pasażerów opóźniającego się autobusu wytupywała resztki zimna pod ścianą Green-Point Bank, stary Murzyn dreptał wokół biznesu w walizce, Hindusi okrywali skrzynie owoców przed nocnym przymrozkiem i nawet kapom  nie chciało ruszyć się z nagrzanego samochodu.

Przed Greenpoint Avenue minąłem kilku boomów  wciśniętych we wnękę pomiędzy mikroskopijną pizzernią a „Newspapers, cigars & lotto store” z zapachem kawy. Chroniąc się przed przenikającym do szpiku kości wiatrem  trwali w oczekiwaniu na cud objawienia, jakim miała być butelka Gordon vodka. Najpodlejszego, najtańszego świństwa, na którą przez cały dzień zbierali puszki i miedziaki, rzucane przez przechodniów. Już byli nieźle wcięci, bo kurwowali i fakowali, aż echo niosło, polsko-amerykańską rzeczywistość i spóźniającego się dostawcę.

- Klipa, kurwa, daj zajarać - tak normalnie, swojsko ,  tu w sercu świata, sześć tysięcy kilometrów  od Wisły.

Klipa?! Skąd ja znam to słowo? Owszem, w klipę – dwa kijki, z których jeden był ostrugany „na ołówek” -  grywaliśmy w dzieciństwie, ale to..., to... było dużo, dużo później.Kiedy? Gdzie?

Stanąłem nieopodal, bo zawołanie momentalnie – sami przyznacie: bywają takie sytuacje - zawładnęło moją świadomością i dopominało się skonkretyzowania sytuacją, datą, okolicznościami.

Zaraz, zaraz... Klipa..., klipa..., a może Klipa?! Słowo - klucz , przezwisko, ksywka, pseudonim, czahra. Czyżby to był  TEN Klipa? Ależ nie! To niemożliwe! Tutaj ?! Skądże !  W centrum Greenpointu, dwadzieścia  lat od tamtych spotkań, i to ma dodatek, kiedy TAM, w Najjaśniejszej ,styropianowy Ethos  w nabożnym poszanowaniu odcina kupony za lata znoju i internatu, kombatancką przeszłość zaś wytycza świetlaną karierę przyszłości.

 

*             *               *

 

Mam!                                                       

Staliśmy w kilkanaście osób cisi, milczący, pokonani przed walką. Oni młodzi najpiękniejszym, maturalnym wiekiem, pewni siebie i sprawy, z jaką przyszli. Wokół nich ciasne grono sączyło w uszy adrenalinę walki z wrażą gazetą, oczy napełniały się wolą zwyciętwa, a usta już śpiewały hymny.

Wtenczas to właśnie, ponad przedbitewnym harmiderem, tym całym rozgardiaszem, od stuleci towarzyszącym wojnom polsko-polskim, dobiegło do wszystkich mocne, radosne Klipa!, Klipa, to ty?!

 

*              *               *

        

Czerwona, obrzmiała twarz  naznaczona wielodniowm zarostem i szparkami podpuchniętych oczu. Wizytówka włóczęgi bez domu, kobiety u boku, dzieciaków. Twarz nie warta kłopotu zapamiętania. Spod wyszmelcowanej bejsbolówki brudne strąki opadające w nieładzie na postawiony szpanersko  kołnierz kurtki. I te oczy. Oczy człowieka  przegranego, bez promyka  radości, bez pyłeczka zadowolenia, bez iskierki uśmiechu.

Oczy zaszczutego psa.

Stał tak naprzeciw mnie ten nazwany Klipą, z ogarkiem papierosa w kąciku ust.

- Klipa, to ty? Ty, naprawdę? – w pierwszym odruchu podszedłem do niego, przystając w pół kroku.

Oczy zerwały się  chciwą ciekawością , opadły zaraz bojaźnią, lękiem przed obcym.

Milczał dłuższą chwilę, przewijając w głowie  taśmę wspomnień, by zatrzymać ją w momencie właściwym, egzemplifikującym osobnika i miejsce.

- Co, gościu, chcesz od Klipy, aaaa? – przeciągnął  to a, by zyskać na czasie, pozgarniać rozpierzchnięte myśli.

Zdążył.

- Jak nic, to spierdalaj facet ! Nie znam cię, nie widzę cię, ale to już! – wrócił do roli ulicznego fetniaka, aż  kumple rozsunęli się, by miejsce zrobić, tak na wszelki wypadek.

Bezwiednie podszedłem bliżej, a wtenczas już dokładnie obejrzałem  twarz Klipy w żółtej poświacie jarzeniówek.

- Klipa, pamiętasz Ławę? Pamiętasz Suwałki, nasze rozmowy w klubie, Suwalszczyzna nazywał się, tam, gdzie dom kultury, przy Placu Konopnickiej?

- Nie przypominasz sobie, jak przychodziliście do nas, do bufetu w redakcji, na herbatę i pączki? Klipa, naprawdę mnie nie poznajesz?

-Facet, kurwa, zabij mnie: nie znam, nie pamiętam,  za chuja nie przypominam. Gościu..., aleś ty nie esbek, bo gęby tych z esbecji, co mnie przesłuchiwali ,zostawiłem tu – i postukał palcem w bejsbolówkę. – Skadżeś ty, skąd? Mówisz, że co ? Że Ława, klub Suwalszczyzna ?

Wpatrywał się we mnie  i milczał. Świdrował  na przestrzał niczym hipnotyzer, jakby to miało pomóc mu w podróży w czasie. Nie wiem, jak długo to trwało, ale bardzo, bardzo długo, tak mi się dzisiaj wydaje. I nagle:

- O, fuck, o, kurwa, Jezu drogi!!! Facet, no, nie!, skąd ty tutaj?

 

*            *            *

 

" (...) Wkroczyliśmy w Nowy Rok Ławą. Liczący  1500 egz. nakład rozszedł się w ciągu dwóch dni, wywołując namiętne dyskusje, kontrowersje i burze polemik. Większość uczniów i nauczycieli uznała to za niekwestionowany sukces, niektórzy za eksces.Zaś my, Wasi Ławnicy, chcemy traktować Ławę jako ciągły proces, który - ku naszemu zdziwieniu - powitany został tak żywą i spontaniczną reakcją. A to już jest sukces! (...)"

{Ława, Niezależne Pismo Młodzieży Suwalskiej, Nr 2, styczeń 1981 rok. Redaguje kolegium w składzie: Maciek Butkiewicz, Andrzej Tylenda, Wojciech Wasilewski i ...cała Reszta}.

 

*              *             *

 

Suwałki - województwo z końca mapy i z końca świata, nobilitowane do godności kaprysem Gierka i Jaroszewicza. Ósmy miesiąc po Sierpniu a  przez kraj przewala sie lawina strajków, protestów, demonstracji,  wyłącznie słusznych żądań. Nie omijają one  Suwalszczyzny i Mazur, aczkolwiek  tutaj nie mają już grozy tłumów z wielkich  aglomeracji . Największe ośrodki  regionu - Suwałki, Ełk oraz Giżycko nadają tempo działalności kolejnych  MKZ-ów, rozmnażających się metodą pączkowania. Wszędzie  - w małych miasteczkach, gminach, kompleksach PGR-ów.

Drugie pod względem wielkości województwo w Polsce , a jedno z najbiedniejszych, przeżywało spóźnioną euforię  Wielkich Przeobrażeń, Dziania się Historii. Dąbek Wolności w suwalskim parku, zasadzony w dniu wizyty Naczelnika Państwa nad Hańczą, po raz pierwszy był świadkiem takich tłumów, zgodnym chórem intonującym Rotę i Boże, coś Polskę.

Miasto żyło niczym w transie, a oczy błyszczały owym niebezpiecznym ogniem podskórnie dojrzewającej rewolucji.

Wtenczas jakoś, gdzieś wiosną  '81, Marek Starczewski, naczelny Tygodnika Krajobrazy, sobie znanymi kanałami dostał cynk, że chłopcy redagujący Ławę chcieliby spotkać sie z nami. Oni, jako dojrzała, konstruktywna  opozycja z dziennikarzami komuszych tytułów, które od lat zatruwały umysły mieszkańców Suwalszczyzny i Mazur.

O Ławie wiedzieliśmy od dawna, co najmniej od pół roku.Że chodzi po mieście w drugim obiegu szkolne pisemko, wydawane  przy finansowym i technicznym wsparciu Solidarności Regionu Pojezierze. Powielaczowy tytulik pisany  przez najlepszych, najzdolniejszych maturzystów z elitarnego ogólniaka. Nomen omen ich buda sąsiadowała  z Krajobrazami, więc często wpadali do naszego bufetu.

Znaliśmy się z widzenia, jak większość ludzi w Suwałkach.

Z kolei dysputy publiczne przeciwników politycznych były wówczas na porządku dziennym, jak Polska długa i szeroka. Bardzo modne, wpisane niejako w kalendarz obowiązkowych wydarzeń, jako że pałowanie inaczej myślących urosło do najzacniejszej cnoty narodowej. Więc oni też tak chcieli, tyle tylko, że w wymiarze województwa. Władza powoli traciła kontrolę na tym, co działo się w kraju, a im widocznie podpowiedzieli, iz czas najwyższy wyjść z cienia, odsłonić  twarze i solidnie dokopać komuchom.

Nie wiem, ile jest  prawdy w tym, co słyszę. W żaden sposób nie  jestem w stanie tego sprawdzić po dwudziestu latach, lecz teraz mówi, że to on rzucił pomysł rozróby. Tytułem rewanżu, że bezpieka nie zapuszkowała go do internatu, na co bardzo liczył. Niechaj na tydzień,  byleby później chodzić z charyzmą prześladowanego za przekonanaia, w glorii więźnia politycznego.

Pierwsza runda rozegrała się w klubie Suwalszczyzna. Zażądali równego stosunku - sześciu do sześciu, bo tyle osób liczył ich zespół.  My byliśmy osamotnieni, a wraz z nami nieliczna grupka najodważniejszych sympatyków. Ich występ nabił salę związkowcami z Pekaesów, fabryki  mebli, Fadomu, mleczarni, chyba ze wszystkich  zakładów w mieście.

Od początku pałowali nas , ile wlazło, bez odrobiny litości. Bili nie argumentami, logiką wywodów, znajomością procesów historii, funkcjonowaniem gospodarki - w tym byli dziecinnie nieporadni, lecz słusznością  Dziejów Ojczystych, Świętością Tradycji, Chrześcijańskim Pojmowaniem Przemian, zasłyszanymi w konspirze sloganami, obiegowymi hasełkami. Sala zagrzewała ich do walki, wiwatowała, biła brawo, nas - wygwizdywano.

Milkniemy obaj w tym spóźnionym rachunku sumienia, rozdrapując bolące ongiś rany wiary, nadziei, przekonań, wyłącznie słusznej sprawy. Podziału na my i oni, czarne i białe, bez szarzyzny pośrodku. Tej szarzyzny, która z biegiem lat – tak boleśnie, tak przejmująco - zaczęła wypełniać życie milionów Polaków, spychając w niebyt ich wiarę, nadzieję,jedyną słuszność.

 

 

...Późno już, a wydawać by się mogło, żeśmy przed chwilą usiedli przy stoliku w pierwszej lepszej knajpce, dokąd zaprosiłem Klipę. Kiedy wspomniałem o drinku w taki ziąb, przystał ochoczo, odpędzając się od zawisnych spojrzeń kolesi, którym pozostała jego działka z gordonówki, walona z gwinta pod łyk coli.

Szafa rzęźi kłodrowymi przebojami, ekran mamrocze prognozę pogody,  męski rejwach utkany papierosowym dymem, a do tego przytulny gwar, stwarzający wymarzoną atmosferę do takich rozmów. Klipa kursuje do barmana z zaangażowaniem, bez słowa protestu, co i raz donosząc kolejne drinki, rad że – choć na krótko -  trafiła mu się fucha powrotu do cywilizowanego świata.

- Widzisz, stary, dopiero potem, dużo, dużo  później, po latach zrozumiałem, że to,w  co wdepnęliśmy, wdepnąłem w Suwałkach  - poprawia się -  jest o wiele bardziej skomplikowane. Po prostu - zagmatwane nie do wyobrażenia. Trudne, niepojęte, jak na moje osiemnaście lat.

Dorastającą naiwnością wierzyłem w szlachetne idee Związku. W cele, o jakich mówili ci, którym ufałem bez zastrzeżeń. Byłem przekonany, że kiedyś, po latach będzie tak, jak mówił Lechu na strajku w Stoczni: wolność i demokracja, bez cenzury, bez podziału na biednych i bogatych, na rządzących i rządzonych, na równych i równiejszych, ze starością bez głodowych emerytur. Że - po prostu - wszystkim nam będzie żyło się dostatnio, lepiej, piękniej.

Klnę się, że pragnąłem  tego choćby ze względu na rodziców. Całe życie  przepracowali uczciwe - bez kantów i pomówień o szwindle. I jedno, czego dorobili się, to spółdzielcze w bloku i ogródek pracowniczy za torami, nad Hańczą. I to wszytko, bo nawet na malucha  nie było ich stać. Więc ja, kurwa, chciałem, ażeby  takim ludziom, jak moim ojcom, na koniec przynajmniej z górki było.

Moim błędem, moim wielkim błędem była bezgraniczna wiara w to, co mówili tamci, a do których - nie kryję - lgnąłem z ufnością neofity. Łasiłem sie niczym kociak, bez słowa zastrzeżenia, bez chwili refleksji. Dzisiaj wiem, że  wtenczas byłem im potrzebny, więc nawijali makaron na uszy, pletli, co im ślina na język przyniosła. Wiesz, jaki kit wciskali? Że jestem typem przywódcy, osobowością silną, jednostką dominującą. Że tylko patrzeć, a zajdę wysoko, bo Nowe nadchodzi, gdzie tacy jak ja znajdą swoje miejsce i uznanie.

Z drugiej strony, powiem ci szczerze, jak ojcu, choć nie zdążyłem z nim o tym wszystkim pogadać. Nie raz i nie dwa przymierzałem to, co mówią i wtenczas pasowało jak ulał, zupełnie jak dobrze skrojony garnitur.

I w tym miejscu nie wiem, czy tak, jak przed laty wskrzesza swój mit , czy też mówi prawdę, bo nasze drogi rozeszły się po owych dwóch czy trzech?, już  dobrze nie pamiętam, ale chyba po dwóch mityngach  w klubie Suwalszczyzna.

A teraz słyszę , że to on był duchowym przywódcą w Ławie, że to on nadawał  ton, decydował, o czym będą pisać, komu dokopią, a kogo wezmą w obronę. Że to on założył konspirę w swojej budzie, to on dał hasło, aby wejść do innych szkół w mieście. To on jeździł na msze za Ojczyznę do wsi Smolniki, gdzie spotykała się wyłącznie wierchuszka Regionu Pojezierze i... dyżurni esbecy.

 

*                   *                    *

 

Rok  1982 kończy jako student pierwszego roku socjologii, gdzie wskoczył bez kłopotu, z marszu. Po semetrze zimowym wpadł na nowo w otchłań utajnionych spotkań, działalność NZS, kursowania po kraju z paczkami, przesyłkami, zawartości których mógł się jedynie domyślać.

Stan wojenny kształtował  jego charakter, postawę do ludzi, których zdążył poszufladkować – tamci, i my – z Wielkiej Konspiry. Piął  się ku niej powoli, z trudem, ale konsekwentnie. W Warszawie czuł się  niczym ryba w wodzie. Odpowiadała mu rola kameleona –zatroskanego nauką studenta i związkowca z mozołem budującego swoją przyszłość w nowej rzeczywistości, do nieuchronności której nie miał  złudzeń.

Prawdę powiedziawszy, studia coraz bardziej pozostawały w tyle. Coraz rzadziej nocował na Kica, coraz częściej opuszczał wykłady, zawalał ćwiczenia i kolokwia. Dom rodzinny odwiedzał w roczne święta, ciągle zabiegany, stale zaaferowany, goniący czas. Nie poznawał sam siebie, ale – racjonalizował  - tego wymagała Sprawa, ludzie, którzy za nią stali. Sprawiało mu satysfakcję, że z tymi z pierwszych stron konspiracyjnej bibuły udawało się mu czasem zamienić parę słów, przywołać wspólnych  znajomych, obsobaczyć komuchów, trzymających się koryta.

Padł na sesji zimowej, na drugim roku. Egzaminy poprawkowe nie wypadły zadowalająco, jeszcze próbował ratować się dziekanką. Sam nie  mógł uwierzyć, że opuścił go fart, że wykładowcy  traktują go jak zwykłego śmiertelnika, że nie ujęli się za nim ludzie ze Związku. Za grosz szacunku i na domiar złego kazali mu opuścić akademik.

Powrót do Suwałk daleki był od przyjemnych.  Zapłakana matka,  ojciec jak struty – był przecież ich oczkiem w głowie, całą podporą, wiarą w lepszy los. Jeszcze mamił ich, okłamywał, choć sam już w to nie wierzył, że indywidualnym trybem pozdaje, wróci na uczelnię.

Póki co chciał załapać jakąś  robotę, byleby rodzicom dopomóc finansowo. W suwalskiej Solidarności przetasowania jedne za drugimi, co wybory, to nowy skład. Sporo nieznanych twarzy, a dawni kumple jakoś dziwnie czasu dla niego nie mają. A to wyjazd, a to konferencja, strajk tu i tam, ważna narada, i tak zostawał z telefonem w ręce, kiedy prosił o spotkanie.

Czuł, widział to gołym okiem, że zaczyna coraz  bardziej odstawać od nich. Że z dnia na dzień przepoczwarza się w Klipę nie akceptowanego przez TAMTYCH, jeszcze do nie tak dawna serdecznych kumpli. Szarpał się sam ze sobą, jeszcze łudził nadzieją, że na nowo wróci do Roboty, że TAMCI odnajdą go, powiedzą, że jest niezastąpiony. Klepną po ramieniu, wypiją wódkę: – Stary, puść to w niepamięć. Było, przeszło, minęło.

Ale nie, nie minęło. Z tygodnia na tydzień, z miesiaca na miesiąc owijał się  kokonem odosobnienia. Całymi dniami siedział w domu, po raz kolejny przepuszczał przez pamięć swoją bibliotekę, nie pokazywał się na mieście. Wiedział, że w ten sposób skazuje się  na izolację, ale wyprany był z najmniejszej ochoty do walki, bo tę zdominowała rezygnacja. Jakaś bezwola niepodobna do niego, jeszcze nie tak dawno pełnego werwy i zapału do naprawiania świata.

 

*                                   *                                        *

 

Kraju mój, kraju barwny, pelargonii i salwy,

Kraju węgla i stali, i strajków, i medali,

Kraju mleka i mięsa, kraju ropy i miedzi,

Gdzie się nikt nie wałęsa, lecz pracuje lub siedzi.

Kraju zbiorowych gwałtów, cukrówki i samogonu                                                          

Ojczyzno kosmonautów, konstruktorów złomu,

Papierowych bohaterów,pięcioraczek gdańskich,

WR-ów Tyrańskich, Szczepańskich,

Kraju bonów cukrowych, wedlowskich cukierków,

Jarmarków kolorowych, Gomułek i Gierków.

Kraju lasów i zboża, kwiatów na Powązkach,

Burzliwego Pomorza, spokojnego Śląska,

Kraino dobrobytu, willi, jachtów i daczy,

Wazeliny i kitu, i drewnianych sraczy,

Ojczyzno Mickiewicza.....

 

(Ława  nr 2, styczeń 1981 rok, str. 13, wydanie powielaczowe).

 

*                                   *                                  *

 

Latem ‘ 87 a może i ‘ 88 na odpuście na Zielną w kościółku na Wigrach zupełnym przypadkiem natknął się na Bogdana, kolegę z równoległej maturalnej.

- Patrzę ci ja, a tu Fafik, jakby on, ale ubrany szykownie, że daj Boże zdrowie, zupełnie inny gość. Po maturze nasze drogi rozeszły się, straciliśmy się z oczu.

Fafik nie liczył sie w naszej paczce. Od czasu do czasu wpadał na plebanię przy Aleksandra, gdzie spotykaliśmy się. Zachowywał dziwny dystans do wszystkiego, czym żyło wówczas miasto a my wraz z nim. Niby był za, ale z jakąś namacalną rezerwą, z wykalkulowanym namysłem, wyczuwalnym w rozmowach.

Fafika z ciepłym jeszcze świadectwem  rodzina zabrała do Stanów. Otzrymanie paszportu dla tych, którzy  otarli się  o Solidarność, nie było  problemem i Fafik  wykorzystał to skrupulatnie. Nawet armia  takim odpuszczała  z poborem, widocznie mieli swoje uzgodnienia. Wszystkich, po kolei, dowozili z aresztu przy Wojska Polskiego do naczelnika wydzialu paszportowego komendy wojewódzkiej milicji  i namawiali, żeby pokwitować i wypierdalać z Polski, bo dla takich miejsca w ojczyźnie nie ma.

A Fafik zrobił to bez ponaglania. Niejako z własnej inicjatywy i tym wykazał swoją dojrzałość i umiejętność  przewidywania. Rodzina dopomogła mu w ustawieniu się w Bostonie. Był bez zawodu, jak to po ogólniaku, lecz przy ojcu poduczył się stolarki. Jak kleić trepy z dębu,  jak montować tralki  do poręczy, układać podłogę, żeby nie skrzypiała pod nogami. Więc jak na amerykańskie warunki miał fach do pozazdroszczenia. Poszedł do szapy polskiego Żyda, co wykańczał w drewnie  bogate rezydencje. Wieczorami kurs angielskiego i ani obejrzał się , a  mocno stanął  na nogi. Na samym początku przytomnie złożył papiery prześladowanego za przekonania polityczne, a hasło „Solidarność” za Atlantykiem  otwierało wtenczas wszystkie drzwi. I teraz z zieloną kartą rezydenta pierwszy raz zjechał do rodziców.

- Bogdan, bo Fafikować takiemu gościowi już nie wypadało, kiedy zaprosiłem go do domu, Bogdan, mówię, pomóż  kumplowi. Pomóż, bo tonę, a tutaj nie ma dla mnie lądu. I  dokładnie, z detalami opowiedziałem mu o tych nieszczęsnych siedmiu latach od naszego niewidzenia się, żeby poznał to, przez co ja przeszedłem, czego doświadczyłem od ludzi, na pomoc których liczyłem.

Ale na Bogdanie nie zawiodłem się. W parę tygodni po wyjeździe  pokwitowałem polecony z zaproszeniem w środku i zapewnienie, że praca czeka, co uzgodnił z bossem. W ten oto sposób jeszcze w 1988 roku jadłem  pierwszego amerykańskiego indyka na Thanskgiving Day.

Bóg mi świadkiem – Fafik  okazał się kolegą od serca, bratem-łatą, co było dla mnie ogromnym  zaskoczeniem, jako że w budzie blisko siebie nie byliśmy za bardzo. Pomieszkasz  u mnie, a ja ciebie nie wyrzucę ani za miesiąc, ani za dwa. Odłożysz, podkujesz język, wierz mi – to podstawa, poznasz robotę, ludzi, jednym słowem – zaaklimatyzujesz się.Zapuścisz korzonek w amerykańskiej glebie, podśmiewał się dobrodusznie. A dalej zdecydujesz sam : zostaniesz w Ameryce, czy wrócisz do Suwałk.

Długi czas tak właśnie było – jak między najserdeczniejszymi kumplami od serca. Bogdan dowoził do szapy, nawet pieniędzy za to nie brał, bo wiedział, że spłacam wyjazdowe długi. Ja z kolei dokładałem do rentu, światła, telefonów, całego utrzymania, jednym słowem. Sumowało się tego sporo co miesiąc, ale i tak drogę do banku znałem na pamięć i częstym bywałem tam gościem.

Firma niewielka  - dziewięciu , dziesięciu, rzadko kiedy więcej. Bogdan, ja, jeszcze dwóch Polaków, braci, reszta  kolorowych. Boss wpadał co kilka dni , z teczką papierów i uzgadniali z Boggim, tak do niego mówił, nowe zamówienia, terminy, odbiór, zakup surowca, a potem znikał  znowu na dłużej. I właściwie to Boggi rządził interesem, czym zaskoczył mnie, bo nie pochwalił się tym w Polsce. A  i krótką ręką trzymał towarzystwo. Muszę być taki, tłumaczył , muszę, bo inaczej to oni wezmą mnie za mordę.

Już myślałem, że Bozia nieba uchyliła, że mateńki pacierze  wspomogły, o czym pisała w każdym liście. Konto rosło niczym baba wielkanocna, już zapomniałem o długach, rodzicom co i raz paczkę, to setkę na święta, na imieniny, urodziny, samochód kupiłem.

Raz i drugi bąknąłem o mieszkaniu, ale on , że nie, nie ma pośpiechu. I znowu – Chłopie, ja ciebie nie wypędzam, apartament  duży, dwusypialniowy, miejsca starczy dla wszystkich.

Rozumiałem go – ze mną w pewnym sensie miał wygodę: ugotowane, sprzątnięte, zakupy  zrobione, lunch do pracy zawsze przyszykowany, pralnia zaliczona, opłaty w terminie, kar nigdy nie płacił. I dlatego Ivetka, Czeszka zza Cieszyna, nie miała powodów do narzekań, że Bogdan zaniedbuje ją.

Dzisiaj nikt mi nie powie, że było inaczej – właśnie o Ivetkę poszło. Nie ma co gadać: kawał zgrabnej dupy, było na kim oko zawiesić, wszystko na swoim miejscu miała. Taka z biglem, do tańca i do różańca, czuło się z daleka.

Bogdan dał jej klucz, więc kiedy miała życzenie, bywała w domu, czy któryś z nas był, czy nie. Tak jakby na wpół mieszkała, bo w łazience zostawiała drobiazgi, po szafach ubrania, buty. Czasami nocowała, im dalej, tym częściej, wymawiając się  a to późną porą, a to o jednym drinkiem za dużo.

Tak jakoś bezwiednie  zżywaliśmy się, przekomarzali w żartach, przyzwyczajali do siebie, czemu  i Bogdan dziwił się, bo przedtem jakoś mało chętnie wpadała.  Wiem, wiem, o czym myślisz, nie będę bożył się – między nami nic nie zaszło. Zapamiętaj jedno – koledze, który serce wyłożył, takiego numeru  nie zrobiłbym za nic w świecie, jeszcze nie skurwiłem sie tak podle. Tyle że to ona zaczepna była. Niby przypadkiem otarła się, popatrzyła dłużej, kokietowała. Takie fluidy wyczuwa się, sam wiesz, jak to jest z babami.

 

Doszedłem do przekonania, że musimy o tym porozmawiać. Bogdan, zaczynam któregoś razu, kiedy wyszła po weekendzie u nas spędzonym, Bogdan, mówię, prawie trzy lata u ciebie mieszkam, lecz dłużej nie mogę, sam widzisz, co jest grane. Po co ma dojść do czegoś niedobrego?, a ja nie chcę tego, bo szanuję ciebie jak brata, zbyt wiele tobie zawdzięczam. Nie ma sensu, żebyś gryzł się czymś, czego nie ma, roił niestworzone historie.

Ano i rozstaliśmy się jak przykładne, kulturalne małżeństwo po rozwodzie. W Bostonie przemieszkałem jeszcze rok, może trochę dłużej, do lata 1995 r. to pamiętam dokładnie, bo wtedy dostałem telegram o śmierci ojczulka. Nie pojechałem na pogrzeb, nie miałem papierów, żeby wrócić, ale swoje łzy  wypłakałem.

Chyba w rok potem przeflancowałem się do Nowego Jorku. Nawet nie umiem powiedzieć, skąd taka decyzja – Nowy Jork. Tak jakoś wyszło, bo tam, w Bostonie,  nic mnie już nie trzymało. W robocie popsuło się,  między nami już szło na noże. Nie sposób było  wytrzymać, bo Bogdan ubzdurał sobie, że wyprowadzając się , tym samym jakby potwierdziłem romans z jego dziewczyną, jego świętością, jego własnością. I od tego czasu  przeobraził się w zupełnie innego człowieka, a ja ustąpiłem bez słowa wyjaśnienia, bo co tu było tłumaczyć?

- A tutaj co? - i truchta coraz bardziej  chwiejnie  po kolejne dwie szklaneczki, bo w pubie  coraz mniej, coraz luźniej. - Tutaj żyję niczym ptak niebieski, co to ni sieje, ni orze, a Pana chwali.

- Popatrz, stary, od tamtego czasu nie mogę podnieść się, nie mogę, kurwa... – poważnieje, głos  mu mętnieje, gdy przychodzi  wyspowiadać się, co było dalej. – Tyle lat, tyle lat...  – cicho, coraz ciszej, aż słowa więzną w gardle – a ja nie mogę  podnieść się. Czy  ty  mógłbyś mówić o tym ze spokojem?! – wykrzykuje  w twarz i wiem, że wypił za dużo.

- Boże mój, Boże Jedyny, cóżem takiego Tobie uczynił, że doświadczasz mnie tak okrutnie!  Czym Ciebie obraziłem?! Ty, który jesteś  Dobrocią, Miłosierdziem, Sprawiedliwością i Mądrością, powiedz, czym zawiniłem, że tak mnie kopiesz!

Takiś mądry – charczy mi w twarz – to powiedz, do kurwy nędzy, dlaczego życie moje tak  pierdoli się ?! Dlaczego nie mogę w niczym dojść do końca ? Dlaczego nie mam spokojnych nocy i poranków bez kaca? Dlaczego nie mam domu, jak ty, jak ludzie?! Żony, dzieciaków, niedzielnych obiadków  po kościele... Wiesz ...– i znowu odpływa w przeszłość , w to swoje ukochane, spokojne, bezpieczne dzieciństwo – pamiętam, że z rodzicami  tylkośmy na sumę chodzili, potem obowiązkowo na lody do cukierni na Chłodnej. Boże mój , jakże ładnie to pamiętam, ale to tak dawno , tak dawno... – i oczy wilgotnieją mu wspomnieniami. – A tutaj...Dlaczego...? Dlaczego....? Dlaczego...? – sto tysięcy Dlaczego i każde pozostaje jedynie znakiem zapytania.

Bez odpowiedzi.

 

W Nowym Jorku wystartowal  na azbestach. Pieniądze dużo, dużo większe, aniżeli tam,ale nie chciał wiedzieć, dociekać, słuchać za co tyle płacą. Singlem z kasą szybko zainteresowali się kolesie. Zagubionemu w nowojorskiej dżungli rodakowi rękę podali Polacy, tacy jak i on: rozdarci między powrotem a pozostaniem. Pomogli znaleźć kojo w pokoiku w subway’u, zapoznali z topografią tanich garkuchni, melin, likersztorów i klubów, skąd w piątek po północy za Jaksona wyjmowało się przechodzoną lachę  na godzinę.

Dwa lata temu, a może i trzy?, niechaj  więc będzie trzy, nie spiera się o detale, to już nie ma znaczenia. Więc kiedyś tam przykleił się do takiej jednej z Wrocławia. Myślał, że to przystanek na dłuższą metę, kto wie? – może i na życie całe, ale po paru tygodniach kobita kopnęła go w dupę i spuściła po schodach. – Ładna buźka i coś tam w kroku, to za mało , chłoptysiu – wygnało go na ulicę. – Zapamiętaj: tu nie ma miłości, nie ma litości, nie ma sentymentów,  liczy sie wyłącznie kasa – smagnęło go batem.

Więc od tamtej pory dał sobie spokój z kobietami na poważnie. I to jakby wyzuło go z ambicji, planów i zamierzeń w wolnych chwilach przed wódą, przed kacem, po którym rwało się wszystko. Jeszcze tlily sie w nim jakieś iskierki dążeń, pragnień, ludzkich odczuć, ale po którejś z rzędu ostrej balandze wyrzygał je do kosza na najbliższym rogu.

Dzisiaj dokładnie już nie pamięta, ale jakie to ma znaczenie?, czy z roboty pognali go za bumelki, czy za wiecznie przepitą  gębę. Dość, że pozostał bez pracy, z dawno sprzedanym samochodem i regulaminowymi  piętnastoma dolarami na koncie, bo nawet i je wyczyścił do cna.  I nawet chcieć mu się już nie chciało, bo zbyt wielkim wysiłkiem to było, a spojrzenie w  kalendarz serce przyprawiało o dzikie harce, że znowu tydzień minął, a on tego nie zauważył.

I tak żył, jeśli to życiem nazwać można , pogrążając się z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, głębiej i głębiej. W przepaść byle  gdzie i z byle kim przespanych nocy, klina na dzień dobry i walenia z gwinta na dobranoc pod kąsek big mac’a. Byleby tylko uciszyć ból w sercu i skowyt sumienia. Spadał i było mu już obojętne, kiedy sięgnie bruku.

      - Niech żywi nie tracą nadziei i przed narodem niosą oświaty kaganiec,

     a kiedy trzeba na śmierć idą po kolei, jak kamienie przez Boga rzucone  na szaniec...

- który to z Wielkich? – zaczepia pijackim bełkotem, zostawiając ścieżki śliny na blacie stolika. – No, cwaniaczku, wykaż się wiedzą...Chłopie, ty masz cholerne braki w edukacji! A ja, widzisz, dobry jestem nawet po tylu latach. Tylko  - kto o mnie dziś pamięta? No – kto?! –  i zanosi sie łkaniem.

Wypraszają nas w  końcu  jako ostatnich z ostatnich, więc wyciągam  go na tę cholerną  brooklińska mżawkę wiszącą  w powietrzu. Stoimy tak dłuższą chwilę, zawieszeni w  nocnej pustce Wszechświata, a wtedy Klipa zadziera głowę do góry, jakby świat i niebiosa pragnął uczynić świadkiem swojej klęski.

Trwa tak, a ja widzę na jego twarzy...

Do dzisiaj nie wiem – łzy to były, czy krople dżdżu?

                                                                                            

 

Greenpoint – Long Island, listopad 2002 – styczeń 2003.

 

Reportaż był publikowany na łamach Przeglądu Polskiego, Dodatku Literacko-Społecznego do nowojorskiego Nowego Dziennika, w styczniu 2006 r.

 

Od autora:

W jakiś czas po naszym spotkaniu Klipa zatelefonował do mnie. Był to przedświąteczny tydzień i złożyliśmy sobie życzenia.

Prosił także, by zapomnieć o wszystkim, co wydarzyło się tamtego wieczora w pubie U Roy’a przy Greenpoint Ave. Szczególnie o tym, co powiedział. Nie chciał, nie życzył sobie, bym w jakiejkolwiek formie tekstu przywołał jego opowieść.

Przekonałem go, że nie ma racji wzbraniając się przed upublicznieniem swoich imigranckich losów, które są bliskie tysiącom Polaków. W końcu dał się przekonać, pod warunkiem, że w tekście zmienię jego ksywkę z lat szkolnych, a przed drukiem dam mu go do przeczytania, w razie czego gwarantując prawo zmian.

Zapewnił, że odezwie się za miesiąc,dwa, a wtenczas pogadamy, co dalej.

Do dzisiaj czekam na przyrzeczone pogadanie.

Mój numer telefonu nie zmienił się. I dlatego mam nadzieję, że któregoś późnego wieczora, jak wtenczas, Klipa zadzwoni.

 

 

 

LANDLORD TRAFI DO PIEKŁA

 

To Kasia wpadła na mój trop.

Wędrując po przepastnych zasobach Internetu w poszukiwaniu materiałów do doktoratu natrafiła na teksty poświęcone imigrantom, a znajdujące się na mojej stronie web.

Kilka e-mail’i i tak oto spotkaliśmy się. Wówczas usłyszałem o kłopotach, które miały początek w banalnym ogłoszeniu, jakich setki wywieszają rodacy w polskich sklepach, od Los Angeles po Augustę.

- Nigdy bym nie pomyślała, że mój, czy też już nasz, przypadek będzie najbardziej wiarygodną egzemplifikacją życia Polaków na obczyźnie – jak przystało na panią doktor in spe, Kasia wyraża się uczenie. - A jednocześnie odbiciem relacji, jakie kształtują się między rodakami. Chłonących całą tę amerykanizację, globalizację i komercjalizacją jak gąbka. I co najgorsze – bez zastanowienia, bez nuty refleksji. Nie sądziłam, że to ja znajdę się w położeniu tych, o losach których przeczytałam tomy – wyznała szczerze.

 

WPROWADZENIE

W Gdańsku, skąd pochodzą, nie znali się. Wprawdzie miasto duże, a młodzi chadzają własnymi ścieżkami, chociaż na uczelni z pewnością mijali się nie raz.

Ją na wydziale dziennikarstwa i komunikacji społecznej Uniwersytetu Gdańskiego pochłonęły poplątane losy rówieśników w dobie transformacji. Kiedy więc zaproponowała promotorowi temat pracy dyplomowej: Emigracja w ćwierćwiecze po Sierpniu ’80 – dobrodziejstwo czy przekleństwo epoki, ten nie mógł ochłonąć ze zdumienia. Materia zupełnie nowatorska, nie tknięta, rodzynek w swoim rodzaju. I jak najbardziej na czasie, bowiem Polska wyludniała się w postępie geometrycznym.

Bogata bibliografia dobrze napisanej pracy oraz znakomita obrona ujęły komisję. Do tego stopnia, że za namową promotora, wróżącego błyskotliwy doktorat, zdecydowała się na zgłębienie tematu u źródła. Uzbrojona w portfolio magisterki, rekomendację uczelni oraz poświadczenie rodziny z Chicago o utrzymaniu w Ameryce, wizę studencką otrzymała z błogosławieństwem szybkiej habilitacji.

Będąc już jedną nogą za oceanem, patrzyła na mapę Starego Kontynentu z dystansem naukowca. Rozszerzona Unia, dowartościowana układem z Schengen, poznaczyła świat nowymi szlakami pielgrzymów XXI wieku, wędrujących w poszukiwaniu lepszego życia.

 

On – umysł ścisły jak perfekcyjnie dopasowana uszczelka z IQ ponad 140. Po informatyce ze specjalnością technologie sieciowe i bazy danych mógł pozwolić sobie na luksus przebierania w ofertach. Do czego upoważniał go dyplom- laurka. Z rozmysłem zdecydował się na polsko-amerykański bank, jako zastępca administratora sieci.

Wabiły nie tylko doskonałe zarobki, o jakich koledzy z roku mogli co najwyżej pomarzyć, lecz przede wszystkim możliwość corocznego wyjazdu do Nowego Jorku na tygodniowe szkolenie. Na koszt firmy, naturalnie. Co było znakomitym rozwiązaniem i z tego względu, że miast wydawać diety na hotel, pomieszkiwał u wujostwa w Kopejkowie, jak rodacy mawiali o niedużym miasteczku na Long Island. Idealne połączenie z metropolią oraz deli ze swojskimi wędlinami przypieczętowały późniejszą decyzję.

 

Banalne okoliczności sprawiły, że Katarzyna Mieczkowska oraz Maciej Batory odnaleźli się w miejscu wydeptanym stopami milionów turystów – na przystani stateczków w Niagara Falls. W huku wodospadów unosiły się mokry pył, zapach żółkniejących liści i dostojeństwo Natury. W nich zaiskrzyła zapowiedź tego najpiękniejszego, co może przydarzyć się kobiecie i mężczyznie w należytym czasie i miejscu.

Z bezkresów prerii Kanady zawiewało jesienią 2008r.

 

ROZWINIĘCIE

 

Maciek ma lat trzydzieści i jeden i – jak na imigranta - królewskie życie, godne księcia Siedmiogrodu. Do tego dobrze płatna praca w banku na Downtown Manhattan, spokój z papierami (jako fachowca-informatyka firma sponsorowała go w ekspresowym tempie) i zapewniona przyszłość.

Pod warunkiem, że oboje uzbroją się w cierpliwość i wytrwają do zamieszkania we własnym apartamencie. Bo to, co było, tylko psu w dupę wsadzić.

Taka jest prawda: Horror i obciach. Bez nuty fałszu, co słyszę, kiedy spotykamy się u Bożeny w Lindenhurst, najlepszej polskiej restauracji na Wyspie.

- U wujostwa jesteśmy tymczasowo. Wyłącznie tymczasowo – podkreśla z naciskiem, by nie było wątpliwości, że zamierzają wpakować się rodzinie na kark.

Mogliby zaprosić mnie do siebie. Jak najbardziej, lecz nie chcą, by ta dowiedziała, że konflikt z byłym landlordem wywlekają przed oczy ludzkie. Wuj, podobnie jak jego ojciec, hołduje zasadzie: Gdzie żywiosz, tam nie jebiosz, czyli przekładając z polskiego na nasze: Żaden kruk w swoje gniazdo nie sra. Nie ma się co dziwować, bo rodzina zasiedziała w Copiague od dawna. Więc z pewnością nie życzyliby sobie, by ich nazwisko wzięto na języki.

 

Przed nami leniwe, niedzielne popołudnie. W sam raz na niespieszne pogaduchy przy obiedzie z dobrej kuchni i schłodzonym piwie.

 

*            *              *

 

- W sierpniu miną dwa lata, odkąd wujostwo namówili mnie na wspólny wyjazd nad Niagarę. Ja – wstyd przyznać się – jeszcze nie byłem, odkładając zwiedzanie Ameryki na później. Wujostwo – z racji wieku – zapragnęli obejrzeć wodospady – kto wie? – może po raz ostatni.

- Na przystani, przy wejściu na statek, w tłumie oczekujących niespodziewanie zainfekowałem system...

(Dzisiejszy język młodych jest odmienny od tego, jakiego uczyłem się w domu, w szkole. Do tego stopnia, że muszę poganiać szare komórki, by nadążyć z przekładem i ze zrozumieniem go.)

- Teraz tak mówi – przerywa Kasia, uśmiechając się porozumiewawczo. – Mnie przekonywał, że duża wilgotność zawiesiła oprogramowanie. Potem nie proszony pomógł rozpakować i założyć rainponcho, jakie dają przed wejściem na pokład. I specjalnie stanął przy relingu, kiedy podpłynęliśmy pod wodospady, że – niby niechcący – co i raz przytulał się.

- Już zapomniałaś, jak bujało? – Maciek przy sześciu stopach i dwóch inczach ma promienny uśmiech i twarz dziecka, do której w żaden sposób nie pasują sumiaste wąsy i wygolona do ostatniego włoska głowa. – Czułem, że z tobą nie najlepiej, bo boja miałaś odlotowego. I rozglądasz się za najbliższym męskim ramieniem.

...W kilka godzin później spotkali się ponownie. Tym razem w Gawdawski’s restaurant,  „zaliczenie” której polonijne firmy turystyczne miały w programie. Tam już spokojnie, a atmosfera sprzyjała, by nie tylko porozmawiać na luzie, ale i popatrzeć na siebie. Ze zrozumiałym zainteresowaniem, w podtekście którego czaiło się to, co może przydarzyć się w ich wieku. A kiedy doszli do wspólnej uczelni, poczuli się zbratani niejedną zabawą w Łajbie, Igreku czy Wysepce, o Neptunaliach, naturalnie, nie zapominając. 

Na odjezdne wymienili imejle. – Tylko emalie – poprawia go Kasia, bo Maciek bronił się przed daniem telefonu.

 

Kaśka w Chicago funkcjonowała w dwóch światach, rozdzielonych Wielkim Kanionem.

W jednym od rana do popołudnia królowały ściera, kubeł z mopem, zestaw środków czyszczących, paczka gumowych rękawic na tydzień i pozycja żaby przy szorowaniu wanien i kibli. Nie pyskowała, nie roniła krokodylich łez, bo wiedziała, że zapierdol, do jakiego goni niewiele starsza od niej Polka, to przejściówka. Świadomość, że w  każdej chwili robotę może spuścić w sedes, a babie pokazać fuck’a, dodawała jej sił i pewności siebie. Jak również i to, że nie znajdzie się na ulicy z powodu nie zapłaconego rentu, a w lodówce zawsze będzie coś na kanapkę.

Tę stronę lustra wybrała z rozmysłem i świadomością oczekujących ją bólu i niedogodności. Decyzja zapadła jeszcze przed wyjazdem. Wiedziała, że tylko w ten sposób – przeistaczając się w tuzinkowego imigranta - będzie bliżej ich życia, problemów, cierpień i lęków.

Wieczorami zmieniała skórę i otwierała swój prawdziwy świat – czytelnie, gdzie nad rocznikami Dziennika Związkowego z działem Listy do redakcji siedziała do zamknięcia. W soboty i niedziele obowiązkowy angielski, ze wczesnym wstawaniem na mszę w kościele św. Władysława. Warunkiem przedłużenia wizy, czego nie miała prawa przeoczyć, było potwierdzenie czternastu godzin języka tygodniowo.

Błogosławiła rodzinę, patrzącą w nią niczym w obrazek. Pierwsza tak wysoko kształcona osoba, nie żaden tam cheap’ny skrót „Dr” przed nazwiskiem lekarza w polonijnych gazetach, była ich dumą. I to na dodatek doktoryzująca się z tematu, do którego każdy z Polonusów mógłby dołożyć swoje trzy grosze. Ich domek w Portage Park nie był wprawdzie szczytem luksusu, ale darmowe utrzymanie i zakwaterowanie miały wartość daru niebios.

 

*            *            *

 

Po Niagara Falls wrócili każde do swojego kieratu. Gdańsk zeuropeizował się na tyle, że Maciek nie narzekał na samotność kawalerskich wieczorów. Kumple, tacy jak on single – młode wilki z pełnymi portfelami, byli niezastąpieni w organizowaniu wieczornych atrakcji. Tłumaczył siebie, że to metoda na odreagowanie godzin napięcia i  kontrolowania języka komputerów, za którym kryły się miliony złotych, dolarów, marek, codziennych bankowych operacji. Usprawiedliwiał życie pod telefonem, gotów w każdej chwili jechać do firmy, lecz uposażenie rekompensowało i tę niedogodność.

Bogiem a prawdą rodzice nigdy nie pytali o stan konta. Niemniej podgadywali co i raz, iż czas najwyższy zmienić stan cywilny oraz pożegnać licealny pokoik w gierkowskim M-4.Pamiętając – z autopsji  – że nic tak nie podnosi wartości mężczyzny w opinii otoczenia, jak elegancki apartament w dobrej dzielnicy. To dlatego ojciec podtykał mu reklamówki, a tą z osiedla Modre w Straszynie, pod Gdańskiem, wykleił ścianę.

On zaś żartował, że jeśli już, to jeden z tych dawnych pałacyków, jakie pozostały w Sopocie.Matka z kolei roztaczała przed nim ponure wizje starokawalerstwa oraz chęć bycia babcią. Kiedy i to nie skutkowało, parę razy – niby ot tak, przypadkiem, bo teraz wszędzie o tym mówią – napomnknęła o dziwnych skłonnościach, jakich doświadczają młodzi mężczyźni.

Tak przekomarzając się dojechali do połowy grudnia 2008. Wtenczas to, w najmniej spodziewanym momencie, przygodnie poznana w Niagara Falls dziewczyna emalią zaprosiła go... na Sylwestra do Chicago.

Nie powiem – i wcześniej pisywali do siebie, przestrzegając  reguł: maksimum oszczędności w słowach przy minimum zaangażowania. Dwa, trzy zdania, ale żeby zaraz zapraszać na Sylwestra?

Maciek, upewniwszy się, że chodzi o niego – Maćka Batory, tego ze statku spod wodospadów, zachowując pozory dogłębnego przemyślenia propozycji, odpowiedział dopiero po kilku dniach.

Sam Machiavelli nie wpadłby na bardziej szatański wybieg. Odbijając piłeczkę zaprosił Kasię na Sylwestra do ... Nowego Jorku. Będąc pewnym, że dziewczyna padnie w przedbiegach, odpuszczając koszta, wyjazd oraz tysiąc niedogodności.

- Chciałem z jednej strony zachować twarz, a drugiej - pozbyć się kłopotu – wyznaje przy naleśnikach z truskawkami. – Sądziłem, że Kasia wymówi się i zrezygnuje, a ja wyjdę z opresji z honorem. Na domiar będę miał rozwiązane ręce, jako że wcześniej uzgodniliśmy noworoczną imprezę u kolegi, który na Kartuzach miał przepiękną daczę.

- Ale nie z moją Kasią takie numery, Bruner. Oj, nie – popatrzył z respektem na dziewczynę. – Zanim dojechałem do domu, była odpowiedź, a wówczas ja wpadłem w panikę. Tu dwudziesty na nosie, a ja w lesie. Na dodatek - jak zorganizować Sylwestra w dwa tygodnie, z odległości ponad sześciu tysięcy kilometrów? Sama rozpacz! Ale co? Cholewę z gęby robić? Ojciec do śmierci by nie wybaczył.

- Dzwonię do kolegów w Nowym Jorku i błagam o ratunek. Oni, że żaden to problem, tylko zamówią dodatkowe miejsca w Ulyssesie, nowym pubie, niedaleko Deutsche Bank, który przypadł im do gustu. A jeśli nie będzie zimno, po północy jedziemy na Times Square.

- To był najpiękniejszy Sylwester w moim życiu – oczy Kasi zachowały wspomnienia tamtego dnia, niezapomnianej nocy. – A potem... – dziobiąc rybę, popatruje na Maćka, jakby wahała się, czy może o tym powiedzieć. – Potem, w Walentynki  - przyspiesza tempo wydarzeń – Maciek podesłał emalię i wyznał, że wydelejtował książkę adresową swoich... – waha się, czy zdradzić wspólną tajemnicę - panienek. Dla pewności na nowo przeinstalował system. Z czystym harddrajwem do zagospodarowania. I to wyłącznie przeze mnie.

- Nie wyprzesz się, mój ty donżuanie – śmiejąc się, celuje  w chłopaka widelcem. – Zasejwowałam to i przechowuję ku pamięci naszych dzieci.

- No i teraz niechaj pan sam osądzi – Maciek jest miły, lecz w rozgrywkach damsko-męskich nie ma szans. Zostaje w  tyle na tysiąc długości. – Pisałem w tonacji walentynkowej zabawy, prawda? Takich na ćwierć gwizdka poważnych wyznań. A tutaj widzę e-meil’a, którym Kasia pyta poważnie, czy ona ma prawo uznać to za oświadczyny? Matko Boska! – oświadczyny w XXI wieku? To było w pracy. Kiedy otworzyłem skrzynkę, myślałem że z fotela spadnę! „Oświadczyny”! No, ale co? Jak miałem zachować się? Co odpowiedzieć? Potwierdziłem.

- Na Wielkanoc, dokładnie rok temu, zaprosiłam Maćka do Chicago. Wiedzieliśmy, że nie jesteśmy sobie obojętni. Że między nami jest ten specyficzny rodzaj chemii, który czyni ludzi bliższymi. Powoduje, że stają się sobie potrzebni na co dzień.

- Ano i wtenczas doszliśmy do przekonania, że najlepiej będzie nam we dwoje. Po powrocie poszedłem do szefa i wyznałem, że w moim życiu jest dziewczyna i noszę się z zamiarem wyjazdu do Stanów. Poprosiłem go - jeśli jest w stanie to uczynić - o pomoc. Po tygodniu dał odpowiedź: Centrala oferuje roczny kontrakt. Jeśli sprawdzę się i zechcę zostać na dłużej – temat do negocjacji, otwarty.

- W głębi duszy, tak dla siebie, byłam w siódmym niebie. Uzgodniliśmy, że kiedy tylko Maciek zaaklimatyzuje się, urządzi, złapie oddech, a przede wszystkim znajdzie jakieś ludzkie lokum, dojadę do niego. Mimo że diaspora polska w Nowym Jorku jest mniej liczna, lecz biblioteki oraz ośrodki kulturalne i naukowe oferują bogaty wybór materiałów.

- Ojciec uzgodnił z bratem, wujkiem Karolem, że – póki co - zamieszkam u nich. Synowie - Paweł i młodszy Matt, już w Stanach urodzony, pokończyli szkoły i wyjechali w świat. Staruszkowie ucieszyli się, że ktoś bliski będzie czuwał nad nimi.

- Lato zeszło na załatwianiu formalności i przygotowaniach do wyjazdu. U wujostwa zameldowałem się w połowie sierpnia. Dalej normalka, jaką znałem z wcześniejszych pobytów – godzina pociągiem, pół subway’em, dziesięć w banku, powrót późnym wieczorem. Przed północą telefony do rodziców i Kasi, a do poduszki anglojęzyczna literatura fachowa.

- U wujostwa miejsca nie brakowało i na dobrą sprawę moglibyśmy tam mieszkać. Jeśli już brakowało, to wujkowi Karolowi dystansu do rzeczywistości. Przygadywał co i raz: Za naszych czasów, a ojciec twój potwierdzi, najpierw był ślub, a później siup, a teraz świat na głowie stanął. A ponadto – uznaliśmy, że każda rodzinka jest cudowna i kochana raz w tygodniu - przy niedzielnym obiadku, z kieliszkiem polskiej wódki na trawienie.

Rodzice przełknęli decyzję wspólnego zamieszkania niczym porcję tranu. Przez kilka tygodni kontakty były w temperaturze zamrażarki. Kiedy jednak wuj zadzwonił i z wyrzutem w głosie zapytał, dlaczego nie wpadniemy zobaczyć, czy żyją, zrozumiałem, że pogodzili się z faktem.

 

*           *             *

 

- W deli przy Great Neck, gdzie zwykle robię zakupy, natrafiłem na ogłoszenie: Jednosypialniowy apartament w bejzmencie po gruntownym remoncie do wynajęcia – Maciek cytuje dokładną treść anonsu. - Utylytys włączone, cena atrakcyjna: z kablem, Internet i telefonem. Za dodatkową opłatą tiwi Polonia. Lindenhurst – tutaj podany był numer telefonu.

Zaciekawił mnie ów „jednosypialniowy apartament w basement’cie po gruntownym remoncie”, bo – mimo krótkiego stażu imigranta – z takim określeniem zetknąłem się po raz pierwszy.

- No i sam widzisz, na co zdaje się twoja łatwowierność! – Kasia wchodzi mu w słowo w momencie, kiedy pan Sylwek donosi po drugiej porcji rzeczywiście domowych naleśników z truskawkami. – Taki mądrala, a dałeś nabrać się na stary numer z ogłoszenia.

- Kasiu, nie przerywaj, proszę. Po kolei – zwraca się do mnie, by zachować chronologię faktów.

- Tak, dałem się nabrać, bo wierzę ludziom – do dziewczyny, tytułem usprawiedliwienia. – Przez moją głowę nie przeszło, że Polak z Polakiem postąpi jak ostatni....- nie wymawia przekleństwa.

- „Jednosypialniowy apartament” w basement’cie, z okienkami na poziomie trawnika, na pierwszy rzut oka okazał się przytulnym mieszkankiem z oddzielnym wejściem. Dwa dosyć duże pokoje, świeżo po remoncie, już nie  „gruntownym”, jak w ogłoszeniu, lecz ”generalnym”, bożył się landlord, spora łazienka, nowa lodówka, kuchenka na jedną osobę.

Gospodarze – małżeństwo o kilka lat starsze ode mnie, z dwójką chłopców. On, pochwalił się, jest właścicielem niedużej, ale prężnej firmy elektrycznej. Ona – polskim zwyczajem - prowadziła dom i wychowywała dzieci.

Zależało im, co podkreślili na wstępie, na long term, minimum trzy lata. Nam także było to po myśli, bowiem w  planach na pierwszym miejscu były doktorat Kasi i zebranie pieniędzy na apartament bliżej Nowego Jorku.

- Uprzedziłem, że tylko czasowo jestem sam. W grudniu-styczniu dołączy moja dziewczyna, więc żeby mieli to na względzie. Ależ nie ma problemu, panie Maćku, naturalne,. Jesteśmy przecież ludźmi, pamiętam, jak dziś.

-Szczegółowo, niczym na przesłuchaniu, wypytali o nałogi, imprezowanie, moją i Kasi pracę, rodziny i znajomych w Polsce i Ameryce. Jakby to było ważniejsze od braku podłączeń, jakie miały być, ale teraz – jak słyszałem – będą trochę później. Bo „gruntowny” remont „bejzmentu” pokrzyżował plany. W każdym bądź razie do mojego wprowadzenia, co ustaliliśmy na pierwszego października, wszystko miało być zgodnie z ogłoszeniem i umową.

- Przy drugiej wizycie, kiedy przywiozłem pieniądze za rent oraz depozyt, zgrzyt:Po co mi pisemne potwierdzenie? Jesteśmy Polakami, powinniśmy sobie wierzyć, a w Ameryce słowo równe podpisowi.

Landlordową, mąż jeszcze nie wrócił z pracy, zamurowało, kiedy nadmieniłem o spisaniu umowy. Zaniemówiła ze zdziwienia, bo ona o czymś takim nie słyszała. Ja z kolei, że jeśli nie, rezygnuję z mieszkania.

- Nerwowy telefon do męża z pytaniem Co robić, bo on chce umowy, przełożył dokończenie rozmów.Umowa była wprawdzie przygotowana, z podkreśleniem regularnego i terminowego płacenia „ w wysokości ustalonej”, utrzymania czystości itp spraw poprządkowych.

Znacznie dłuższy był ustny załącznik, jakiego gospodarz nie omieszkał dopowiedzieć.

Usłyszałem więc, że nie wolno mieć zwierząt, bo „srają po yardzie, roznoszą pchły i dzieci mają uczulenie”.Palić w mieszkaniu i pić w nadmiarze. Gości przyjmować po dziesiątej, oszczędzie zużywać prąd oraz wodę zimną a ciepłą szczególnie. Nie wolno mieć pralki i suszarki.Nie wolno zbyt głośno słuchać radia ani oglądać telewizora. W wyznaczone dnie wystawiać kosz,w którym nie mają prawa znaleźć się puszki po piwie czy butelki po alkoholu.

Puściłem to mimo uszu, bo akurat ta litania nas nie dotyczyła. Mieliśmy swoje życie, pracę, zainteresowania...

- To opowiedz, jak było z komputerami, jeśli mówisz o zainteresowaniach – Kasia, oglądając przez okno pustawą Montauk Highway, przytomnie reaguje na kolejność wydarzeń.

- Ano właśnie – Maciek łapie się, że umknąłby istotny szczególik z landlorda portretu własnego.

- Przy przeprowadzce pomogli wuj z Matt’em, będącym akurat na urlopie. Młody żołnierz w mundurze, z którym rozmawiałem po angielsku, zrobił wrażenie. Jednak jeszcze większe komputery, niezbędne w mojej pracy. Tydzień nie minął, kiedy Stasiek, jak wołała na niego żona, zaczepia mnie pytaniem, czy znam się na „sprzęcie”. Bo synowi „sprzęt” zepsuł się, a w BestBay wiadomo, jak kasują za naprawy. Przysiadłem, nazajutrz oddaję, a on dziękuje i żałuje, że drobnych chwilowo nie ma, ale od rentu odliczy.

Dwa tygodnie nie minęło a przywozi następny. Tym razem chrześniaka. Potem brata rodzonego. Potem męża siostry ciotecznej. I za każdym razem słyszę: Panie Maćku, cholera, same setki w portfelu, ale z rentu spuszczę. Ani obejrzałem się, a zostałem osobistym serwisantem pana Staśka, bo powiększająca się rodzina landlorda miała wyłącznie zepsute komputery.

Wkurzyłem się do imentu, bo zamiast siedzieć nad literaturą i swoimi sprawami, ja konfigurowałem nie wiadomo czyje pecety. Mówię mu, że koniec z naprawami. Wtedy on wielce obrażony, jaki to ze mnie sąsiad, lokator i w ogóle nieużyteczny egoista, że nie chcę pomóc. A kiedy przy płaceniu przypomniałem o setkach w portfelu i odliczeniu od rentu, nabrał wody w usta i był niesympatycznie zdziwiony, że takimi duperelami zawracam mu głowę.

Czułem przez skórę, że to dopiero przygrywka. Takie rozeznanie, na ile może sobie pozwolić.

Kiedy nadeszły chłody i sezon grzania, pierwsze, co Stasiek zrobił, to odpędził mnie od termostatu, jaki miałem u siebie.  To znaczy termostat został, ale ustawiony przez niego na stałe i podłączony z głównym, na górze. Żeby nie kusiło mnie życie w cieple, pokrętło zamknął baksą, i to na klucz. W efekcie termostat temperaturę wykazywał, lecz tę z ich mieszkania.

Kiedy powiedziałem mu o zimnych kaloryferach, skoczył z buzią, że to niemożliwe. Że mieszkam od niedawna, a już szukam preteksu do awantury. W całym domu temperatura jest jednakowa, bo on dba zarówno o swoje dzieci, jak i lokatorów.

Po kilku miesiącach od „gruntownego remontu”, który – jak wygadał się nieopatrznie – w jeden weekend obleciał jego pracownik, sufit i ściany zaczęły kwitnąć tajemniczymi plamami. Gospodarz długo rozmyślał nad przyczyną. Najpierw punktował mnie, czy aby ja cholerstwa jakiegoś nie przywlokłem. W końcu przypomniał, że być może są to pozostałości po drukarni, jaka mieściła się w suterenie, zanim on kupił dom. A ściślej farb i tonerów, których związki chemiczne potrafią na długie lata pozostać w pomieszczeniu, co już wyczytałem na stronach web.

Propozycją wdychania nie wiadomo jak szkodliwego świństwa nie była zachwycona Kasia. Tyle że co? Szukać kolejnego mieszkania po niespełna trzech miesiącach, kiedy jej przyjazd na nosie? U mnie z kolei urwanie głowy i nadgodziny, bo bank siedzi nad rocznym bilansem, a na dodatek Boże Narodzenie za progiem.

 

Uzgodnili, słyszę teraz – jeszcze telefonicznie, kiedy ona była w Chicago – że z podjęciem decyzji wstrzymają się do stycznia. By później, jeśli szukać, to już wspólnie.

- Nie zapomnij dodać, jak zakładali ci media – Kasia, dbająca o stan posiadania rodziny, pamięta o drobiazgach, istotnych na co dzień.

- Ano właśnie – Maciek odmawia, kiedy proponuję jeszcze jedno piwo („szklaneczka do obiadu wystarczy, samochodem jestem”.)

- Uzgodniliśmy, że łączna opłata z utilities i miejscem na driveway’u wyniesie 850 miesięcznie. W kwocie tej mieściło się również łącze wielopasmowe. Był to warunek podstawowy, bowiem moja praca to kontakt ze światem. Postawiłem sprawę bez niedomówień: Od pierwszego dnia muszę mieć aktywne łącze. Naturalnie, panie Maćku, wszystko będzie, jak trzeba. Ja jestem poważnym człowiekiem.

Pierwszego października pytam poważnego człowieka, dlaczego nie mam internetu. Chachmęci, że on zgłosił, tylko Cablevision nawalił. Szlag mnie trafia, ale na wieczorny odczyt jadę do wuja. Nazajutrz w pracy nie potrafię myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, czy po powrocie zastanę przy biurku końcówkę przewodu.

Guzik! Nie ma końcówki, nie ma gospodarza, a żona o niczym nie wie. Zjeżdża przed północą wielce zdziwiony brakiem servisu. Przeprasza i przyrzeka, że jutro będzie na tysiąc procent.

Jest jutro, ale nie ma ani tysiąca procent, ani kabla. On że  wobec tego przeciągnie od siebie. Po namyśle - on jest za, tyle że  żona nie pozwoli dziurawić podłogi. Więc może ja założę na swój koszt, a on odliczy...

Jakie miałem wyjście? Nerwy szarpać? Dalej jeździć do wujostwa, czy rozwiązać problem? Ponadto - wyzbyłem się złudzeń, że gość chce mi pomóc. On tylko czeka, kiedy ja spuszczę z tonu i zrobię to na swój koszt. Jemu kłopot zdejmę z głowy, a rent będzie naliczany, jak poprzednio.

Umówiłem się z Cablevision, w pracy załatwiłem zastępstwo  i po wyłożeniu stu dwudziestu dolarów miałem kontakt ze światem.

Jednak z tygodnia na tydzień coraz to nowe mankamenty dawały znać o sobie. A to kłopoty z łazienką, skąd woda nie schodziła. A to z bezpiecznikami, które wywalało co i raz, a to z nieszczelnymi oknami i z lodem na schodkach, gdzie potłukłem się. Na szczęście niegroźnie.

Nowy rok rozpoczął się kolejnymi niespodziankami.

- Kiedy Maciek uzgadniał warunki, gospodarze zapewniali go, że opłaty pozostaną bez zmian przez pierwsze dwanaście miesięcy. Przez rok, jak powszechnie praktykuje się – Kasia wiedzę do doktoratu gromadzi także z setek rozmów z imigrantami – w przypadku rentowania na czarno stawki nie podnosi się.

- Owszem, tak mówili, bo obawiali się, że kiedy zdradzą prawdziwe zamiary, stracą lokatora. A swoje zaplanowali –  chłopak nie ma wątpliwości, że scenariusz został dokładnie wyreżyserowany.

- W połowie stycznia puka landlord. Składa życzenia, pyta o samopoczucie. Nawija makaron na uszy, jednym słowem. W końcu przeprasza, ale musi powiedzieć o podwyżce. Niewiele, tylko o pięćdziesiąt. Bo olej zdrożał. I elektryka. I taksy. I opłaty różne. Wyliczeniom nie ma końca – Kasia była świadkiem, więc nie konfabuluje.

- Niemniej on jest kulturalny i żeby w nowym roku było jak najlepiej,wypadałoby przepić. Wyciąga Żytnią i nie proszony do stołu zasiada.

- Poczęstowałam go herbatą, bo żadne z nas nie pija, więc przez kwadrans butelka kusiła sponsora. Złamał się i po dwóch kieliszkach („Za zdrowie lokatorów i pomyślny rok”, a alkohol zabrał, „skoro nie pijecie”) wyjawił kolejny powód odwiedzin.

- Chciał, by żonie załatwić tak dobrą home - work, jak ma Kasia. Byli pewni, że to nie żaden doktorat zatrzymuje ją w domu, lecz z całą pewnością tajemnicza, dobrze płatna praca.

Myśmy tymczasem uzgodnili, że dwa-trzy miesiące Kasia popracuje w domu. Uporządkuje już zgromadzone materiały, notatki, rozpisze plan doktoratu, zapozna się z nowojorskimi bibliotekami i placówkami naukowymi Praca, i owszem, miała być od kwietnia. W biurze szapy, na pół etatu, gdzie dawniej pracował wuj.

Tym bardziej, że stamtąd do stacji kolejowej niedaleko, a z Lindenhurst na Penn Station połączenia dogodne.

Bywało że z Nowego Jorku często wracaliśmy razem, bo ja zostawiałem samochód na dworcowym parkingu.

Właśnie samochód był powodem awantury, zakończonej wyprowadzką.

Kiedy zjechałem na stałe, wuj wypożyczył mi samochód Matt’a. Pomyślałem jednak, że przy pierwszej sposobności kupię swój. Pieniądze miałem, credit score dobry, więc problemu nie było. Później, kiedy poznałem Kasię, chciałem, by był to nasz wspólny wybór. Radość z zakupu po powrocie od dealer’a zwarzył gospodarz. Nie kryjąc zazdrości, wypytywał o cenę i warunki zakupu, szczególnie lepszej klasy wyposażenia.

W lutym, już tego roku, pani landlordowa podjęła pracę w  cleaning servis. Na driveway’u przybył trzeci samochód, a wraz z nim problemy z parkowaniem. Wobec tego gospodarz „przeniósł” mnie na ulicę. Wyjaśnił, że jedno miejsce jest potrzebne żonie, a oni o różnych porach wyjeżdżają i wracają. Drugie dziewczynie, opiekującej się dzieckiem. Poza tym ślubna nie jeździ najlepiej, więc nie chce drasnąć mojego auta. Nowego i drogiego, dodał z przekąsem.

Tłumaczenie odebrałem jako dorabianie tzw. ideologii do usprawiedliwienia powziętych decyzji.

A to, co najgorsze wydarzyło się niedawno – dwa tygodnie przed Wielkanocą.

Szykuję się do pracy, a tutaj cały bok samochodu, ten od strony ulicy, od zderzaka do zderzaka, wyszprejowany na kolorowo. Myślałem, że zawału dostanę! Ja, stary chłop, miałem łzy w oczach. Dwumiesięczna Honda upstrzona niczym pisanka.

Wołam landlorda. A on, że to mój problem. Nie trzeba było kupować nowego i drogiego samochodu. Na używany nikt nie zwraca uwagi, taką dał mi radę.

Tego było już za wiele. Nawet jak na moją cierpliwość.

Powiedziałem, co myślę o nim, jako o człowieku i gospodarzu. Jakby tylko czekał na pretekst. Chwycił za klapy i rzucił na samochód...

- Spoko, Maciek – Kasia wtrąca się w monolog chłopaka.- Powiedz... Maciek gdyby zechciał – mówiąc do mnie, patrzy na niego z uznaniem – zrobiłby z tamtego wiatrak...

- Co ma piernik do wiatraka? – teraz ja już nic nie rozumiem.

- Maciek od ogólniaka do dyplomu był w akademickiej reprezentacji kick-boxing’u, więc tego buraka wbiłby w glebę.

- Do głowy by mi nie przyszło, że dorosły mężczyzna zachowa się jak lump spod budki z piwem. A on rozdarł się: Ty śmieciu, ty chuju, wypierdalaj z mojego domu! Dzieciaki, czekające na autobus, podniosły krzyk. Wybiegła Staśkowa w strachu, że ktoś po policję przedzwoni i dopiero wtenczas będzie awantura.

On – już ochłonąwszy - żebyśmy do pierwszego wyprowadzili się. Odpowiedziałem mu, że nic z tego, bo w umowie mamy prawo do odmieszkania depozytu. Umową możecie sobie dupę podetrzeć , taką dał nam radę.

- Panie Staszku, pamiętam jak dziś, mówię do niego - Maciek nie odmawia podwójnej porcji sernika – jeśli ma się dobrych lokatorów, którzy płacą w czas, nie sprawiają kłopotów i zachowują się jak ludzie, to należy ich szanować. Tak – szanować, bo zawsze można mieć gorszych. Albo w ogóle nie mieć.

- Jak to „w ogóle nie mieć”? – skoczył, aż żona musiała ciągać się z nim po chodniku. – Ty mi grozisz? Że lokatora mogę nie mieć? Ty gnido! Ty wsiarzu!

Od tamtego dnia zaczęła się wojna. A to wyłączanie światła, a to brak ogrzewania i ciepłej wody, a to pracujący godzinę odkurzacz nad pokojem, gdzie Kasia siedziała, a to szwankujący Internet. Widać było, że robią wszystko, by wykurzyć nas. I to jak najszybciej, zanim zdążymy odmieszkać depozyt.

Doszliśmy do przekonania, że nie ma sensu tracić nerwów na handryczenie się z głupolem. Wujostwo z całą życzliwością potraktowali nasze kłopoty i zaprosiło do siebie.

 

*           *           *

  

- Pod tym numerem jest mieszkanie do wynajęcia – telefonuję jeszcze tego samego dnia. – Ogłoszenie mam z deli.

- Ano tak...,dałem do deli ... A co tam? – męski głos, nieprzygotowany na rozmowę, stara się zebrać myśli. A przy tym nie stracić okazji złapania potencjalnego lokatora.

- Szukam czegoś niedaleko od Wellwood. Moja szapa jest za sanrajsem...

- Od nas do Wellwood trzy przecznice i do sanrajsu też niedaleko.

- O, kurza melodia – udaję zadowolenie. - To dobrze się składa. Wpadłbym dzisiaj i jak dogadamy się – zaliczkę dam – nadaję, by nie pozostawić mu czasu na zastanowienie się.

Zaliczka jest przekonywującym argumentem, bo notuję znany adres.

Na driveway leciwy van z dumnym Electric Supply Inc Long Island. Obok, na kołkach, SUV z rozbitym tyłem. W głębi, za domem, motorówka nakryta plandeką.

Ukryte pod schodami plastykowe worki. Pełne. I widać, że gospodarz jest fanem Tyskiego, ale Żywiec zdecydowanie dominuje nad Łomżyńskim.

Drzwi otwiera osiłek pod czterdziestkę, ostrzyżony na zapałkę, z parodniowym zarostem a la Banderas. Przechodzony podkoszulek domaga się pralni, ale bicepsy wytatuowane reklamowo.

Prowadzi do livingroomu, sadza na kanapie, naprzeciw której, niczym rodzinny ołtarzyk, gada plazma ze ściany. Nie pytając, częstuje, jakżeby inaczej – Tyskim.

- Stasiek, nie zapomnij powiedzieć – dobiega z głębi kobiecy głos – że my tylko na long dystans: dwa, a najlepiej trzy lata. Z rentem, depozytem i sekuryto od razu.

- Nie ma problemu – klepię się po kieszeni na dowód, że jestem przygotowany i na taką ewentualność, co uspokaja landlorda.

Mistrzowsko strzela kapslem, sadowi się głębiej, a wtenczas nieopatrzenie przewraca opróżnione butelki.

Warunkiem zamieszkania jest zaliczenie testu na inteligencję. Wypytuje o pracę, stan cywilny, nawyki i koleżeństwo („ ja wódeczkę i kolegów toleruje, ale bez przesady, nie za często, rozumiemy się? Dupa może być, ale bez nocowania. Tu katolicki dom – cytuje regulamin opracowany na swój użytek). Uzyskawszy zadowalające odpowiedzi uznaje, że gość jest godzien wejść pod jego dach.

- Wpadnij za tydzień – bezceremonialnie przechodzi na ty, traktując mnie już jak część swojego inwentarza.- Obejrzysz mieszkanie - kciukiem, niczym Neron na igrzyskach gladiatorów, wskazuje podłogę, bym wyzbył się złudzeń, że lokum jest na piętrze.

- A teraz co? Nie można? Chcę przeprowadzić się jak najszybciej. Rozumiesz – stąd miałbym kawałek, a z Deer Park...

- Nie, człowieku, nie teraz! Zaraz z remontem tam wchodzę.

- To takie zniszczone?! – gram naiwniaka.

- Żeby tylko! – rozkręca się momentalnie, a ja wiem, że trąciłem właściwą nutę.

- Mieszali tam młodzi. Polacy. Tylko pół roku, a dewastacja, jak po wojnie.

- Co ty powiesz?! – udaję niedowierzanie. – I to Polacy?!

- Człowieku! – by podkreślić dramatyzm sytuacji, łapie się za głowę. - Na wygląd kulturalni, a chamy spod Grajewa. Balangowanie co łikend. I do rana. Tu podłoga cienka, bez wygłuszenia – wszystko słychać. Samochodów nazjeżdża się, że przejść nie sposób. A co najgorsze – nachyla się z Tyskim w głosie – Bóg jeden wie, z czego oni żyli. Aha – przypomina sobie, Boga wezwawszy nadaremno – oni bez ślubu byli. Na kocią łapę. Ale bradziażenie się nie w moim domu! Polskim! Katolickim! – wali butelką o blat coffie table, aż z głębi domu dochodzi: Stasiek, ustatkuj się!

- O czym to ja? – usiłuje odnaleźć zagubiony wątek. – Aha, o tym najgorszym. No, to wiesz, ja nie wiem, skąd u nich kasa? On niby do roboty jeździł, ale honda nówka, szóstka, ze trzydzieścia klocków najmniej. Komputerów jak w sklepie, a ona bez zajęcia. W domu siedziała!

- Ja od takich numerantów – celuje we mnie palcem, jakbym to ja był temu winien – chcę być z daleka. Później nie powiesz w sądzie, że o tym,czy o tamtym nie wiedziałeś. Ja nie potrzebuję kłopotów.

- No to jeśli tak – drążę obejrzenie basement’u – skrzyknę kumpli i zrobimy remont przez weekend.Na mój rachunek. Materiały, robocizna. Ale obejrzeć muszę. Sam rozumiesz – nie ustępuję – nie będę kota w worku brał. Spodoba się – zaliczka do ręki – wyjmuję portfel.

To go przekonuje, bo podnosi się po klucze.

- Stasiek – osadza go w miejscu. W korytarzu, prowadzącym w głąb domu, staje kobieta z dzieckiem na ręku.- Stasiek, pozwól...

- Stasiek, ty z nim za dużo nie gadaj – słyszę jej podniesiony głos. – Ty go spław, bo cholera go wie, co to za jeden, że tak ciebie przepytuje...

- Przepytuje, bo za kwaterą przyszedł.

- Za kwaterą? – przedrżeźnia męża. – A może tamten sukinsyn języka podsadził i z tałnu na przeszpiegi wysłali.

- Toć słyszysz, że po polsku gada.

- Ty głuptaku! Myślisz, że tam Polacy nie pracują?

- Piniądze pod zaliczke daje...

- I tylko patrzy, czy weźmiesz.Stasiek, ja ci radzę po dobroci: Ty go spław.

- Cholera, klucze od bejsmentu gdzieś zapodziało. Szukałem i nie mogę znaleźć...Ooo, przypominam sobie – robotnikom, co remont mają robić, dałem - Stasiek wraca ustawiony odpowiednio.

- Wie pan dobrze, że remont to kłamstwo, a mieszkanie nie jest zdewastowane – niespodziewanie atakuję landlorda, a tego usztywnia, jakby kij połknął.- Wyrzucił pan tych ludzi...

- Jaśnista cholero! Mówiłam ci, ale ty mnie się nigdy nie słuchasz! –ni stąd, ni zowąd pojawia się przy nas Staśkowa.

- Nie mamy o czym rozmawiać! Proszę wyjść z mojego domu! Ale to już! – wiejski osiłek napiera na mnie, kierując do drzwi.- Natychmiast, bo dzwonię po policję za najście!

 

*             *              *

 

- Jeśli w istocie było tak, jak pan mówi, to ten człowiek, wyrzucając pana z domu, nie mógł wybrać gorszej opcji – polski prawnik z rozwagą wypowiada słowa.

I zastrzega z miejsca, że zgoda na rozmowę z dziennikarzem wyklucza ujawnianie personaliów oraz adresu kancelarii.

Wyjaśnia również powody.

(„Relacje polsko-polskie, a takie zachodzą przy wynajmowaniu mieszkań, przeważnie z omijaniem prawa, zawsze budzą niezdrowe emocje, kończące sie często komplikacjami.

Rodacy, z natury rzeczy, wynieśli sprzeciw przeciwko państwu jako instytucji ustanawiającej prawo, a oszukiwanie fiskusa należało w Polsce do najwyższych cnót. Zupełnie odwrotnie, aniżeli w Ameryce, gdzie przestrzeganie prawa, ładu oraz porządku są podstawami ustroju tego kraju, a obywatelska subordynacja cechą wysoko cenioną, nakazem wręcz”.)

- Niezależnie, czy rentował zgodnie z uprawnieniami, czy też ich nie miał, jest to działalność gospodarcza. A tutaj obowiązuje odpowiedni standard postępowania w stosunku do klienta. A szykany, jakim poddawani są wynajmujący, są niezgodne z prawem i w każdej chwili można je zaskarżyć.

- Zacznijmy od tego, że – jak znam temat z autopsji – 80- 90 proc. Polaków rentujących mieszkania robi to nielegalnie.

„Wystarczy, że masz na downpayment, podstawowe opłaty i prawnika – a nowo kupiony dom spłacą lokatorzy” – taki schemat myślenia, i niestety – postępowania,  wśród rodaków jest powszechny.

Tyle że ma to często krótkie nogi i kończy się żałośnie.

Dom, projektowany pod określone potrzeby, siłą rzeczy nie może „obsłużyć” technologicznie dwóch czy trzech dodatkowych rodzin. Na wskutek nadmiernego obciążenia szwankują ogrzewanie, zasilanie, kanalizacja, wodociągi. Na te właśnie elementy baczną uwagę zwracają inspektorzy z Permits Section w Building Division, zajmujący się kontrolą domów przed wydaniem permitu na jego zasiedlenie, bądź też na wynajmowanie. Co jest równie ważne – permity na rentowanie są okresowe i trzeba je odnawiać.

 

Ponadto – używanie przy budowie łatwopalnych materiałów, głównie drewna, nakłada szczególną odpowiedzialność na inspektorów. Przypomnijmy tragedię sprzed kilku lat, kiedy  w pożarze przepełnionego domu w Nasssau county zginęło trzech latynoskich imigrantów. Właściciele łatwych pieniędzy skończyli w więzieniu z niebotycznymi odszkodowaniami dla rodzin ofiar.

Głośna była również sprawa polskiego małżeństwa ze wschodniego Suffolk county, które „gospodarskim sposobem” zaadoptowało na „apartament” garaż w nowo nabytym domu. Jak było do przewidzenia, zimą, mieszkający tam ludzie, korzystali z dodatkowych grzejników, które – obciążając nie dostosowaną sieć – wywołały pożar.

Straż z urzędu zapytała i gospodarzy, i administrację town’u o pozwolenie, którego nie było, a także o dokumentację remontu. I w tym momencie dla właścicieli rozwiązał się worek z kłopotami.

Na dzień dobry ukarano ich grzywną za nielegalne rentowanie. Pamiętajamy, że ta może sięgnąć nawet pięciu tysięcy dolarów. Kolejna kara za samowolę budowlaną przy remoncie. Ponadto - sędzia zainteresował się, czy właściciele odprowadzali podatki od dodatkowych dochodów. W tym celu wysłał zapytanie do IRS. Na domiar złego firma ubezpieczeniowa odmówiła pokrycia strat, motywując niedotrzymaniem warunków umowy, czyli użytkowania garażu niezgodnie z przeznaczeniem. Dalej – jeden z lokatorów doznał dosyć groźnych poparzeń. Wymagały one hospitalizacji, a później parotygodniowej rekonwalescencji. Prawnik poszkodowanego wystąpił z żądaniem przeniesienia na landlordów kosztów leczenia oraz odszkodowania z tytułu utraty zarobków oraz szoku pourazowego. Sąd przychylił się ku temu.

Tymczasem IRS odpowiedział negatywnie. Trzeba pamiętać, że niepłacenie podatków w Ameryce, w świetle prawa federalnego, jest nie wykroczeniem, lecz przestępstwem kryminalnym. I to zagrożonym karą bezwzględnego więzienia. W przypadku imigrantów - nawet i deportacją, przed czym nie chroni status rezydenta, a takim legitymowali się Polacy. Nie wspominając o konieczności uregulowania kary finansowej.

Nie wiem, czym zakończyła się rzeczona sprawa. Pamiętam jednak, że ci państwo na gwałt szukali wziętego prawnika, który wybroniłby ich przed najgorszym, tzn. przed rozpoczęciem procedury deportacyjnej.

Z kolei znana już mi sprawa z Islip (nie dodam którego), jaką prowadziłem niedawno z zupełnie odmiennym finałem.

Otóż Amerykanin polskiego pochodzenia kupił nowy dom, a dotychczas użytkowany zdecydował się wynajmować. Być może za podszeptem duchów przodków postanowił rzeczywistość podretuszować.

W tym celu do dwóch legalnie wynajmowanych pięter dołączył nielegalnie zaadoptowany strych. Parę tysięcy włożone w materiały, które nielegalni robotnicy zamienili w przytulną garsonierę, miało procentować przez lata.

Tyle że polskie małżeństwo, jakie zamieszkało pod tym adresem, miało w pamięci szeroki wachlarz przekrętów, robionych powszechnie w dawnej ojczyźnie.

Po kilku miesiącach pan – nazwijmy go – Włodek stwierdził, że rachunki za gaz wcale nie zmniejszają się. Aczkolwiek szło do lata i z ogrzewania gazowego dawno nie korzystali. Kiedy w lipcu i sierpniu rachunki były równie wysokie jak i zimą, pan Włodek wezwał firmę, celem przeprowadzenia audytu.

Okazało się wówczas, że pomysłowy inaczej landlord ogrzewanie, wodę oraz kuchnię na strychu podłączył do systemu grzewczego sąsiada z dołu. Będąc przekonanym, że ten, a na Polaka popadło, nie połapie się w szachrajstwie.

Pan Włodek zaś, mając dowód w postaci opinii na piśmie, pojechał do gospodarza. I tutaj powtórzyła się sytuacja, jaka spotkała pana. Nie dość, że lokator został zbesztany i nieomalże wyrzucony z domu, to na dodatek zagrożono mu doniesieniem do służb imigracyjnych.

Mocno wystraszeni państwo Władkowie zgłosili się do mojej kancelarii. Posprawdzałem podane przez nich fakty i dzwonię do exlandlorda. Pojawia się nazajutrz ze swoim prawnikiem, który pyta mnie, co ma uczynić jego klient, by sprawie ukręcić łeb, wyrażając się po polsku.

Jako prawnik pojął bowiem, że to Polak – jeżeli zechce - może wyrządzić jego klientowi większe kuku, aniżeli on. Przerażała go nie tyle parotysięczna grzywna, co odebranie permitu na rentowanie domu oraz wścibstwo IRS. A jest ono – pamiętajmy – dogłębne i nie podlegające przedawnieniu. W takich przypadkach potrafi pechowca przenicować do spodku.I to za wiele lat do tyłu, do czego najwyraźniej Amerykanin nie chciał dopuścić.  

Sprawa zakończyła się szybko i bezboleśnie. W mojej obecności strony podpisały porozumienie o polubownym rozwiązaniu problemu. Jestem przekonany, bo dalej nie interesowałem się, że wiązało się to z zadośćuczynieniem finansowym ze strony zachłannego landlorda.

 

ZAKOŃCZENIE

 

Przypadkowo spotkaliśmy się w „szalonym trójkącie”, jak mawiają w Copiague o polskiej biznesstrefie.

Niefortunni lokatorzy, za namową rodziców Maćka oraz wujka Karola,przestali myśleć o szukaniu mieszkania. Przekonano ich, że wspólnie jest raźniej i przyjemniej. A także bezpieczniej, kiedy podeszły wiek różne niespodzianki może przynieść, a obok jest ktoś bliski, kto przyjdzie z pomocą.

Musieli tylko przystać na jeden warunek: oni na piętrze, wujkowie na dole, żeby nie musieli trudzić się chodzeniem po schodach. Ale dla nich, młodych, żaden to problem.

Za dwa lata Matt’owi kończy się kontrakt z armią. Przez ten czas zgromadzą na solidny downpayment i pomyślą o swoim.

A jesienią, Kasia dostaje wypieków z emocji, lecą do Polski. To będzie ich pierwszy, wspólny urlop. Maciek dokupuje butelki na wieczory z kolegami, ona wypełnia walizkę książkami, notesami, wycinkami z gazet. Pierwszą doktorancką konsultację rozłożyli na dwa dni. Marzy się jej praca na NYU, jako nauczyciela akademickiego. To zaś zależy od jakości doktoratu, no i – formuując oględnie – od siły przebicia. Dlatego już teraz angażuje się jako wolontariusz w polonijnych placówkach i instytutach, współpracujących z Uniwersytetem.

- A Stasiek? – nieopatrznie przywołuję upiora.

- Tydzień temu mignął nam w kościele. Głowę odwrócił, jak gówniarz. Udał, że nie poznaje.

- Maciek, jeszcze zobaczysz. Jeszcze przekonasz się, bo tacy jak on trafiają do piekła.

Kasia, w dziecięcej naiwności, a zdawałoby się, iż to już po trosze pragmatyczna pani doktor, wierzy, że Pan Bóg nie ma nic lepszego do roboty, jak tylko zajmować się losami nieuczciwych landlordów z Long Island.

  

P.S. Personalia bohaterów reportażu zmieniłem na ich życzenie.

 

 

*          *          *

 

... JAKO I MY ODPUSZCZAMY NASZYM WINOWAJCOM

 

Od autora

 

Przyrzekłem sobie, że kiedy przyjadę do Polski, kupię najpiękniejsze kwiaty, jakie będą w Suwałkach i złożę je u Pani Ireny.

I – porozmawiam z Nią o tym wszystkim, co ulotnością dawnych lat uciekło z naszych spotkań wówczas.

Wiem – to nietaktownie, choćby się było nie wiadomo kim,  pytać kobietę o tę jedną i zawsze pierwszą miłość jej życia, lecz ja coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że podczas ostatniego wieczoru nie wszystko zostało dopowiedziane do końca.

Dzisiaj nie mam już wątpliwości, iż to właśnie nieśmiałe, dziewczęce zauroczenie umiejscowiło Jej postać w panteonie najbardziej tragicznych kobiet.

Przynajmniej w moim odczuciu.

                                 

*         *         *

 

 - To prawda, że chcę sprzedać dom wraz z posesją - przy czym słowo posesja wymawia z taką emfazą, jak byłby to co najmniej Ogród Luksemburski.- Nie mówiłam o tym jeszcze nikomu.Dopiero panu, teraz – i mruży wyblakłe starością oczy w filuternym uśmiechu.

 

Patrząc na jej twarz, pomyślałem, że przed laty musiała być interesującą kobietą. Z klasą. Nawet dzisiaj, mimo siedemdziesiątki, włosy pozostały kruczoczarne, gęste, bez odrobiny siwizny. Pod czołem gładkim, przedzielonym cienką zmarszczką, oczy kiedyś piwne, teraz o kilka tonów jaśniejsze, szeroko osadzone, przenikliwe. Twarz proporcjonalna, pociągła, zachowała pamięć dawniej urody, z ledwo dostrzegalną starością na policzkach. Jedynie w kącikach ust, kiedy uśmiechała się, odsłaniając tanie protezy z ubezpieczalni, rysowała się siateczka zmarszczek. Ciepła chusta nie dość dokładnie okrywała plecy i szyję, na której przebijały wątrobowe plamy.

 

Widziałem ją w łaszącym się po kątach półmroku. I byłem pewien, iż z każdym tygodniem, miesiącem stawała się coraz bardziej bezradna wobec mijających lat, ale kiedyś naprawdę była ładną kobietą.

- Niedługo przed wyzwoleniem mąż postawił ten drewniaczek. I wie pan co? – dobrze, że pospieszył się, bo w czterdziestym  piątym przyszła na świat Jadzia. W rok później – w tym momencie twarz skrywa rękoma w dziewczęcym jakby zawstydzeniu – Wandeczka.

- Władeczek, Boże mój, co to był za dobroci człowiek, świeć Panie nad jego duszą, zawsze powtarzał: Iruś, odchowajmy dzieci, przez ten czas zbierzemy trochę pieniędzy i dostawimy pięterko.Dla naszych dziewczynek, ażeby dopatrzyły na starość, w samotności nie zostawiły. Mój Boże, jaki zapobiegliwy był to człowiek...Taki dobry...Taki przyjaciel kochany – cichnie, bo mowę ze wzruszenia odbiera.

- Pani Ireno, jeżeli pozwoli pani tak mówić – a ona kiwa przyzwalająco, gdy wpadam w ton rozwlekły narzekającego kupca – sama pani widzi, że to kompletna ruina. Wprawdzie szalunek  niedawno robiony....

- Siedem lat temu obstalowałam – wpada w słowo przytomnie.

...ale cała reszta – tylko do rozbiórki. Tu nie da się mieszkać. Tym bardziej z rodziną, dzieciakami...

- A czy ja mówię, że trzeba zaraz mieszkać? – przerywa żartem, lecz z przyganą w głosie, niczym stary handlarz. – Toć sama widzę, że dom niewiele wart.W ścianach korniki, bez ubikacji, wody, łazienki....- nie pytana wylicza mankamenty. – Ale liczy się działka, prawda? Mam rację? – dopomina się o pochwałę.

- Wie pan,że położenie dobre,lepszego w Suwałkach ze świecą szukać. Hańcza za płotem, spokój, cisza, ogród duży – zachwala.- Do centrum niedaleko, a i plany urzędowe wykupu przymusowego nie obejmują. Można stawiać spokojnie. Córka wypytała w magistracie, jak na urlop ostatnio zjechała. O resztę też nie ma co się martwić: hipoteka czysta, bez obciążeń, może mi pan wierzyć.

- No, no, jaka ze mnie gospodyni! Nawet herbatką gościa nie poczęstowałam – strofując samą siebie truchta prędziutko do kuchni,po drugiej stronie sionki, skąd po chwili dochodzi odgłos przesuwanych po płycie fajerek.

 

*            *             *

 

W liście podane było wyłącznie nazwisko, jakie nosiła grubo ponad pół wieku wstecz. Tylko tyle. Nic więcej. Bez cienia sugestii,czy żyje, a jeśli tak – czy nadal mieszka w Suwałkach.

Jak odnaleźć człowieka, o którym nic nie wiadomo? Poza tym, że pięćdziesiąt lat temu miał takie a nie inne imię i nazwisko?

Po kilku tygodniach łażenia po urzędach byłem bliski rezygnacji. Wielodniowe ślęczenie nad stosami dokumentów nie zaprocentowało najmniejszym punktem zaczepienia. Na nic zdało się wertowanie kartotek w biurze ewidencji ludności, odkurzanie archiwalnych staroci i wertowanie opasłych tomów akt zgonów. Nade wszystko - mieli mnie dosyć wszędzie, gdziekolwiek zdążyłem otworzyć drzwi.

Pomyślałem w końcu, że może starzy suwalczanie, którzy w pamięci zachowali niejedno, pomogą odnaleźć właściwy trop.

Przez ludzi do ludzi dotarłem do Mirosława Cz. Ten przypomniał sobie, że jako podrostek, przed wojną, miał kolegę z podwórka przy Kamedulskiej, który terminował u siodlarza o nazwisku wymienionym w liście. Rzemieślnik ów miał niewielki warsztacik  w dzielnicy Małe Raczki i przyjmował zlecenia od wojska.

Wyglądało na to, że pierwszy, nikły punkt zaczepienia miałem za sobą. Tylko – czy właściwy?

Nie dane mi jednak było rozmawiać z niedoszłym mistrzem w szyciu siodeł dla suwalskich i krechowieckich ułanów. Tadeusza Gobell’a wywieziono do obozu w jednym z ostatnich transportów, jakie odeszły z Prus Wschodnich. Tak więc nadal nikt nie mógł potwierdzić,czy rymarz miał córkę Irenę.

Czas upływał, a ja nadal tkwiłem w miejscu.

Nie do zniesienia było również i to, że listu nie mogłem okazać nikomu. Nie miałem moralnego prawa aż do momentu potwierdzenia zarzutu.Miałem świadomość, że jest on ciężkim oskarżeniem. A jeśli niewinnej zupełnie osoby? Dopuszczałem ewentualność, iż potwarz może być także diabelskim zamysłem wyrównania dawnych krzywd, rachunków, może nawet i zemstą, gdzie jej osoba jest efektem skutku, lecz nie powodem.

- Czy aby kobieta, o którą pan rozpytywał, nie wyszła za mąż

za.... tu padło nazwisko – w 1942 roku? – Mirosław Cz. przedzwonił wieczorem.

- Wie pan, ta sprawa nie daje mi spokoju – usprawiedliwiał późny telefon.– Niedawno byliśmy u dalszej rodziny i szwagierka jakby coś spamiętała.Ona mieszka...

- To było późną wiosną...- waha się przez moment -  albo wczesnym latem, w .42 roku – słyszę, kiedy nazajutrz rano melduję się pod wskazanym adresem.

– Mieszkałam z rodzicami przy Placu Piłsudskiego, koło kościoła św. Aleksandra i naszą – dziewcząt – jedyną przyjemnością i rozrywką było oglądanie ślubów. A tamten zapamiętałam, bo jak na okupacyjne czasy był nad wyraz okazały.I powiem panu, że tak pięknej panny młodej nie widziałam ani przedtem, ani potem – dodaje jakby z odświeżoną zazdrością.

- Jeśli to ta, której pan szuka, to lepiej jej wydać nie mogli – komentuje towarzyszący mi Mirosław Cz. – Jego rodzina zasiedziała w Suwałkach od Bóg wie jak dawna i na długo przed wojną interesy prowadzili.

- Żyje ktoś z jego rodziny?

- Z pewnością miał brata, ale czy ktoś jeszcze żyje? – nie powiem – rozkłada bezradnie ręce. – Ale co? – zaciekawia się - pomoże to panu w czymś?

 

Wtenczas jeszcze nie wiedziałem, lecz przeczucie podpowiadało mi, że wyprawa w drugi koniec miasta nie pójdzie na darmo.

Jeszcze tego samego dnia złapałem właściwy trop.Powojenny rejestr rzemieślników suwalskich, do którego wgląd wyżebrałem w Cechu Rzemiosł Różnych, zawierał  nazwisko, jakie wymieniono kilka godzin wcześniej. I pozostałe dane: personalia współmałżonka, stan rodzinny i...adres z roku 1950.

Niemniej to wystarczyło, aby ustalić resztę szczegółów.

Nazajutrz, po sprawdzeniu nazwisk właścicieli domów zamieszkujących przy ul. Nadrzecze, nie miałem wątpliwości: list mówił pierwszą część prawdy  – Irena Kamila... mieszkała nadal w Suwałkach.

 

                     *                 *                *

 

Kiedy wyzbyłem się wątpliwości, że dane mogą nie być prawdziwe, począłem,niczym termit, wgryzać się w jej przeszłość. Wystarczająco długo pracowałem jako dziennikarz, bym nie miał znajomości tam, gdzie akurat były one wskazane.Co najważniejsze, wiedziałem do kogo „stuknąć”, by otrzymać akurat te informacje, których potrzebowałem.

Notes pęczniał zapisywanymi stroniczkami. Drobiazgami, ale i tymi ważącymi. W archiwum dotarłem do dokumentów szkoły, do której uczęszczała przed wojną, odtworzyłem część nazwisk koleżanek z klasy. W garnizonowej izbie pamięci, poświęconej suwalskim ułanom, zachowało się kilka kwitów dostawczych, na  których widniało nazwisko jej ojca.

Udając zainteresowanie starociami obszedłem domy sąsiadów, którzy na strychach, w piwnicach przechowywali jeszcze niejedną piękność, powleczoną patyną. Urzeczony kolekcją Mariana Cylwy, znanego suwalskiego kolekcjonera, rozpytywałem o zegary ścienne, dawne meble,obrazy, stare książki, a  przy okazji niejako, ot, tak sobie, o ludzi.A kto?, a co?, a gdzie i kiedy? Do każdego nazwiska dodawano garść miałkich ploteczek, dla mnie znaczących w przypadku tej jednej, jedynej.

Usłyszałem więc o córkach, które dawno powychodziły za mąż, założyły rodziny i mieszkają w świecie, z dala od matki, jej chorób i bolączek.I to, że w .76, w sile wieku zmarł jej mąż, człowiek porządny wielce i sąsiad szanowany.A ją, dopóki nogi służyły, ludzie widzieli codziennie na cmentarzu, opowiadającą swojemu Władeczkowi radości i smutki.Szeptali także o adoratorze, względami którego wzgardziła, bo ponoć przychodził wyłącznie za pieniędzmi. A także i o tym, że od jakiegoś czasu przepytywała o ceny domów i parceli w tej części miasta.

 

*            *               *

 

Z imbryka, stojącego na gustownej, lakowej tacy, ubywa herbaty. Jest ciekawa świata, więc bez żenady wypytuje o wszystko. Gdzie pracuję, skąd pochodzę (a dowiedziawszy się, że z diecezjalnej Łomży z uznaniem kiwa głową:O, to dobrze, biskupa swojego macie), ile mam dzieci, czy żona miejscowa, czy przywieziona, i jak to jest z tym pisaniem do gazety, kiedy mam zamiar budować: na kredyt bankowy, czy gotówką płacony?

- Nich mi pan wierzy – gdyby żył Władeczek, wszystko byłoby inaczej. Nie wystawiałabym domu na handel. A tak – muszę, bo kto przy mnie starej będzie chodził? Córki dobre, kochane, ale po co im matka nad grobem stojąca? Toć to tylko zawalisko a pożytek żaden. Co innego pieniądze...Podzielę, a sobie kupię dziupelkę w bloku, na parterze i – da Bóg – w spokoju doczekam...

Nie kończy. Zamyśla się, strzepując z rękawa niewidzialny pyłek, dalekimi oczami smutek goniąc za oknem, gdzie listopadowa szarówka cienie kładzie po ścianach.

- Tak, tak – potwierdzam bezwiednie, bo naprawdę nie wiem, co mam jeszcze powiedzieć, kiedy słyszę rozbrajającą szczerość w tonie rozmowy, starczą bezradność wobec życia.

Nie wiem też, jak podjąć ten wyjątkowy, szczególny temat, do którego przygotowywałem się długie tygodnie.

 

... Nie raz i nie dwa, siedząc godzinami w zimnym samochodzie, niedaleko jej domu, wymyślałem różne warianty tego spotkania. Różne kombinacje dialogów chodziły po głowie. Zadawałem pytania i-tak,jak gdybym był nią – sam na nie odpowiadałem. Twierdząco i przecząco. Odpowiedzi przeczące rozbudowywałem o hipotetyczne reakcje, jakich mógłbym oczekiwać z jej strony.I kiedy już byłem zdecydowany zapukać do drzwi – lęk paraliżował moje kroki, mowę odejmował. Strach przed niewiadomym. Obawa przed tym jednym, drobnym elementem, który może nie zagrać, którego zabraknie. Wówczas mój plan runie a ja wraz z nim.

 

Załóżmy, że zaprzeczy. Właśnie. Co będzie, jeśli wyprze się, narobi rabanu,od głupców wyzwie,za drzwi wyrzuci? Co wtedy?  Że mam ten list? Ironią prychnie w twarz, bo żaden to dowód. I na tak sformułowane pytanie nie znajdowałem już odpowiedzi, gdyż - prawdę mówiąc - takiej ewentualności nie przewidywałem. Może inaczej: takiej odpowiedzi nie dopuszczałem do głowy, co z gruntu było fałszywe.

 

*            *              *

 

Za plecami godny muzeum, szafkowy „dortmundczyk”  pracowicie wywija wahadłem. Na dworze coraz ciemniej. Pora na mnie, czas się zbierać. Więc jednak nie dziś.Trudno.Myśli gorączkowo poganiają jedna drugą. Nakłamię, że decyzję o kupnie raz jeszcze muszę przemyśleć. Skonsultować z prawnikiem,obgadać z rodziną... Chyba tak.Tak właśnie jej powiem.

Lecz przecież – tłumaczę sam sobie – to w niczym nie zmieni sytuacji, bo – następnym razem, kiedy tu będę – znowu stanę w punkcie wyjścia.I spektakl powtórzy się według tego samego scenariusza: zaborcza wręcz chęć rozmowy z jej strony i zdawkowe półsłówka z mojej, bo żaden moment nie będzie stosowny do zadania tego pytania.

- Pani Ireno, czy dawno, dawno temu, przed wojną, znała pani Olka? – z przerażeniem słyszę wypowiadane słowa i – na Boga! – wiem już, że miało być nie tak! Nie teraz! Nie dzisiaj!

Zdążyłem dostrzec otwierajace się powoli usta i wypalone oczy rozszerzone zaskoczeniem?, przerażeniem?, czymś niewytłumaczalnie groźnym, co pozostaje w źrenicach.

Ponoszę porażkę.

Przy „Olku” zegarowi zebrało się na bicie i czysty, donośny dźwięk wypełnił pokój.

Sześć uderzeń trwało całą wieczność, podczas gdy my siedzieliśmy naprzeciw wpatrzeni w siebie, niczym zahipnotyzowani, wiedząc, że to, co najgorsze, dopiero przed nami.

- Jak..., jak pan powiedział...? – słowa zduszone, chrapliwe z trudem wydobywały się z jej gardła. – O..., O..., Ol...ka? – w kącikach oczu zbierały się łzy.

- Tak, Olka, i wiem, że drugim pani imieniem jest Kamila. Dopiero po wojnie Irena zastąpiła Kamilę w dokumentach – wziąłem głęboki oddech, jak przed skokiem do wody, bo teraz już nie miałem odwrotu.

- Olka? – z wyczuwalnym wahaniem rozciągnęła frazę dla zebrania myśli, a może przypomnienia, a może ucieczki w przeszłość.

- Olka? Nie, nie znałam żadnego Olka – bez przekonania. I usiłowała spojrzeć mi w oczy,a ostatnie słowa szeptała wprost. Poczem wzrok opuściła na drżące ręce, splecione na poddołku.

- A kogoś, kto Olkiem nie był, a podawał się za Olka? Za osobę o takim imieniu. Powiedzmy, że był to taki fałszywy Olek. Taki Olek na niby...Pani Ireno, zapytam wprost – czy przed wojną miała pani kontakty z policją? – musiała być pewna, że patrzę na nią, lecz nie stało jej już sił, a może też i odwagi, by podnieść głowę. I zawalczyć o siebie, o spokój nocy bez rozdrapanego życiorysu, o młodzieńczą przeszłość, ciężarem kładącą się u schyłku lat.

Dzisiaj, kiedy piszę historię Kamilii, jestem pewien , że w tamtej, jedynej chwili uświadomiła sobie, że nie ma sensu dłużej zapierać się. Że - zrządzeniem Losu – nadszedł czas sposobny, by – rozliczając się przed Bogiem i samą soba – wyznać prawdę.

 

Dałbym wiele, by dowiedzieć się, co działo sie w jej duszy. Bo kiedy w końcu podniosła głowę, oczy jej patrzyły na mnie z taką nienawiścią, że powinienem stopić sie niczym sopel lodu.

I wtedy...

...hałas padającego krzesła. A ona niezdarnie podnosząca się z kolan. Z wysiłkiem, trudem nie do opowiedzenia i narastającym płaczem.

I raptem:

- O Jezusie Nazareński!!! O Matko Chrystusowa!!! O Jezu!!! O Jezu!!! - zwierzęcy skowyt wibruje w ciszy pokoju,uderza o sufit, że na ulicy słychać.

Siedzę znieruchomiały lękiem o tę drobną kruszynę, a ona klęczy przed mną, prawą rękę wsparwszy o stół, usiłuje podnieść się z kolan.

Zanosi sie płaczem głębokim, do dna serca, a łkanie rzuca jej ciałem.

- Boże mój! Boże litościwy, dlaczegoś mnie tak pokarał! – opada z sił zawodzeniem coraz cichszym, coraz słabszym.

- Przyjdę tu jeszcze, pani Ireno – jest we mnie żal i niemoc, kiedy patrzę na chude plecy targane spazmami.

 

*                   *                  *

 

Zupełnie jak w życiu, tak i spotkanie z Ireną Kamilą ... było kwestią przypadku.

Zimą .85 na moim biurku znalazłem list z Netanii. Pisał Józef Chrust – dziennikarz, historyk, pedagog, zainteresowany tematyką, jaką publikowaliśmy na łamach Tygodnika, od wojny mieszkający w Izraelu.

„Krajobrazy”, którym sekretarzowałem długie lata, zamieszczały wówczas wiele materiałów poświęconych działalności Armii Krajowej Obwód „Jeziora” w Suwalskiem, Augustowskiem oraz na Litwie.

Dwa doskonale udokumentowane artykuły autorstwa Waldemara Monkiewicza, pracownika prokuratury wojewódzkiej w Białymstoku, zajmującego się ściganiem zbrodniarzy hitlerowskich, o likwidacji getta żydowskiego w Augustowie, zawędrowały do Izraela.I one to zainteresowały p. Chrusta, który – poprzez redakcję – szukał kontaktów z ocalonymi.

W taki oto sposób zapoczątkowaliśmy naszą znajomość.Wplotło się w nią przygotowanie i opracowanie przeze mnie materiałów do księgi pamiątkowej o suwalskiej gminie żydowskiej, wydanej w Tel Avivie, w 1988r. Jak również kolejna znajomość – z Davidem Sternem, rodzonym bratem, pochodzącego z Suwałk, Abrahama Sterna, Jair’a. Twórcy i przywódcy Irgun Zwai Leumi,organizacji walczącej o wyzwolenie Palestyny spod brytyjskiej okupacji,a rozstrzelanego przez Anglików na krótko przed utworzeniem państwa Izrael.O tym wszystkim usłyszałem od Davida Sterna, którego wraz z rodziną, parokrotnie gościłem w moim domu, w Suwałkach.

Po kilku miesiącach od pamiętnego listu p. Chrusta, napisał do mnie, powołując się na przyjaciela, Jedidiach Ackermann, którego wojna wypędziła z rodzinnych Suwałk, a generał Anders przywiódł do Ziemi Obiecanej.

 „(...) Będę wdzięczny Panu sercem starego Żyda – pisał J. Ackermann - jeżeli zeche Pan sprawdzić zbiór faktów o Żydach suwalskich. Po co to nam? – Pańskie prawo zapytać, a my odpowiemy tak:

Przed ciemną nocą Shoah było wielu kupców, rzemieślników, urzędników, pracowników i młodzieży zdolnej wyznania Mojżeszowego. O naszych Braciach pokolenia zrodzone w Wolnym Państwie Izrael nic nie wiedzą, nic nie pamiętają. A napisane zostało w piątej Księdze Mojżeszowej: „Zachowaj też w pamięci całą drogę, którą Pan, Bóg Twój, prowadził cię przez czterdzieści lat po pustyni, aby cię upokorzyć i doświadczyć,  i aby poznać, co jest w twoim sercu, czy będziesz przestrzegał Jego przykazań, czy nie”.

Świętym obowiązkiem naszym przed śmiercią jest przypomnienie młodym Izraelitom o poświęceniu ich Ojców i Dziadów. (...) Wiemy też, że przed wojną,w naszym mieście, w naszym Gimnazjum  była założona organizacja młodzieżowa syjonistyczna. Długo ona nie działała, bo wydała ją policji uczennica Irena ...../tu wpisano nazwisko/, Polka.Na ten czas aresztowano wielu starozakonnych, wielu sądzono, wielu skazano, a organizację rozbili.

My tu w Izraelu wiemy, że dokumenta z tej sprawy w biurze materiałów dokumentalnych w Suwałkach były jeszcze w 1963 roku i wtedy żyła Irena imienia drugiego Kamila z domu.... Z ręką na Torze i sercem u Jahwe opowiadali o tym Żydzi, których po 68 roku wypędzono z Polski,a którzy zdążyli w Ziemi Izaaka kości złożyć”.

 

*            *             *

 

Zniszczona szara teczka wiązana na niebieską wstążkę z ozdobnym szlaczkiem dookoła. Jako autora wpisano Komendę Powiatową Policji Państwowej w Suwałkach. Jest i tytuł, jak przystało na wartościowe dzieło, środkiem biegnący: „Wywiad konfidencjonalny Kom. Pow. P.P. w Suwałkach o ruchu organizacji KPZB, w gimnazjum  żydowskim w Suwałkach i wśród ludności żydowskiej”. W nawiasie „ 1935 – 36”. Zamiast oficyny wydawniczej czerwona pieczątka: Archiwum Państwowe w Suwałkach.

Wewnątrz dziesięć arkuszy podaniowego papieru wypełnionych wyblakłym, maszynowym pismem. Tak wyglądają raporty z rozmów z konfidentem „Olkiem”. Dalej – pięć ćwiartek papieru  a na nich rozkazy, ustalenia, dyspozycje tajne, poufne, bardzo pilne. Wśród nich jedyny dokument, który dowodzi, że „Olek” był kobietą.

 

„Starosta Powiatowy Suwalski B.Pilne Tajne                                   

Nr 157/35

Dn. 27.VIII.35 r.

akcja komunistyczna w żydowskim gimnazjum w Suwałkach.

 

Do Powiatowej Komendy P.P w Suwałkach.

Nawiązując do sprawozdania z dn. 12 bm. Nr 1/0 i z dn. 20 bm. Nr 2/0 w sprawie informacyj konfidentki „Olki” (podkreślenie moje – A.G.) polecam szczegółowo rozpracować uczniów żydowskiego gimnazjum w Suwałkach, sympatyzujących z ruchem komunistycznym.

Niezależnie od tego polecenia, ustalić nazwiska Kierownika „M.O.P.R” (organizacja komunistyczna założona w 1922 r. w Moskwie. Jej celem była pomoc rewolucjonistom  w zwalczaniu kapitalizmu oraz wspieranie więźniów politycznych i ich rodzin.Podporządkowana Międzynarodówce Komunistycznej,  rozwiązana w 1947r.- przyp. mój – A.G.) i członków „Makabi” (organizacje sportowe i gimnastyczne, nawiązujące nazwą do powstania pod wodzą Judy Machabeusza przeciwko Grekom w latach 166-164 p.n.e. oraz ich wypędzeniu z Jerozolimy – przyp. mój – A.G.) sympatyzujących z ruchem wywrotowym”.

Podpis nieczytelny

 

W ten oto sposób przeszłość przypomniała Irenie Kamilii....,  pseudonim w Policji Państwowej „Olek”, że zbyt pospiesznie  chciała zejść ze sceny. Mimo upływu dziesięcioleci, jakie odgradzały ją od tamtych wydarzeń, do momentu spotkania z reporterem, który postanowił rozwikłać tę historię.

 

*             *             *

 

Nota konfidencjonalna nr 1. Informacje o ruchu w organizacji KPZB (Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi – przyp. mój – A.G.). Informacje uzyskała Kom. Pow. PP w Suwałkach. Konfident „Olek”. Uzyskano dn. 11.VIII.35 r.

Treść: W koedukacyjnym gimnazjum żydowskim w Suwałkach jest grupa uczniów sympatyków organizacji komunistycznych, którzy zamierzają zorganizować kółko literackie, w tym celu by mieć możliwość lepszego grupowania się i omawiania  spraw komunistycznych. Jednym z tych, którzy chcą zorganizować kółko jest niejaki Albert (imię na razie nieznane) wzrostu niskiego, włosy czarne, szczupły.

W  żydowskim stowarzyszeniu sportowym „Makabi” w Suwałkach  jest grupa członków sympatyków organizacji komunistycznych, która zamierza zorganizować klub szachistów, w celu uzyskania nieskrępowanego wstępu do lokalu i tam omawiania spraw komunistycznych.

Jakie zarządzenia wydano i co na miejscu zrobiono: Ponieważ  konfident został niedawno zaangażowany, polecono mu nawiązać łączność z osobami podejrzanymi o działalność komunistyczną. Odnośnie grup komunizujących w gimnazjum i w „Makabi” polecono konfidentowi ustalić, czy kółko literackie i klub szachistów został zorganizowany, jeśli tak – to kto do nich należy, oraz polecono pogłębić wywiad odnośnie ich działalności.

 

Pod spodem pieczątka:Komendant Powiatowy P.P. w/z Z. Włoczewski, aspirant. Odbito w 2-óch egz.: 1/ do p. Komendanta Wojewódzkiego P.P (Urząd Śledczy) i 2/ do p. Starosty Powiatowego.

 

Nota konfidencjonalna nr 2. Uzyskano dn. 18.VIII.35 r.

Treść: Do grupy sympatyków organizacji komunistycznych, która zamierza zorganizować kółko literackie w koedukacyjnym gimnazjum żydowskim  w Suwałkach należy Bromberg Dawid, uczący się w tem gimnazjum.

Żydowskie stowarzyszenie „Makabi” w Suwałkach jest przeciwne założeniu klubu „Szachistów” podejrzewając, że będzie on wykorzystywany do celów wywrotowych. Sprawa ta jest jednak nadal aktualna i kiedy zostanie definitywnie zdecydowana nie wiadomo.

W Suwałkach przebywa nieznanego nazwiska mężczyzna Żyd, kierownik „MOPR”, który ma kontakt z CK KPZB (Centralny Komitet Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi – przyp. mój – A.G.) w Wilnie. Nazwisko i bliższe dane tego Żyda  będą przez konfidenta w niedługim czasie ustalone.

Komuniści w Suwałkach wyborami do Sejmu i Senatu nie wykazują żadnego zainteresowania i czy wezmą udział w głosowaniu – nie wiadomo.

Co zrobiono: Konfidentowi polecono..

 

Nota konfidencjonalna nr 3. Uzyskano 28.VIII.35 r.

Treść: Działacze komunistyczni w Suwałkach posiadają kontakt partyjny z OK KPZB (Okręgowym  Komitetem Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi – przyp. mój – A.G.) w Grodnie. Kto ma ten kontakt konfident na razie nie ustalił. Około 3-4 tygodni temu wstecz w Suwałkach był jakiś delegat OK KPZB Grodno w sprawach partyjnych. Bliższych danych o tym delegacie konfident nie posiada.

W sprawie 1 września, obchodu M.D.M. (Międzynarodowego Dnia Młodych – przyp. mój – A.G.)działacze komunistyczni w Suwałkach żadnej propagandy nie prowadzili dotychczas i żadnej akcji zewnętrznej nie zamierzają przeprowadzać.

Przebywający w więzieniu suwalskim , a przetransportowani z więzienia  grodzieńskiego działacze komunistyczni dotychczas  kontaktu z działaczami w Suwałkach nie posiadają.

Kilka tygodni temu pracownik elektrowni miejskiej w Suwałkach – Glikson Abram, bundzista, rozmawiał z niezwykłym działaczem komunistycznym w Suwałkach w sprawie jednolitego frontu robotniczego.Rozmowy skutku nie dały, gdyż Glikson na propozycję działacza komunistycznego nie zgodził się.

Co zrobiono: Konfidentowi polecono...

 

Nota konfidencjonalna nr 4. Uzyskano 19.IX.35 r.

Treść: Kierownikiem „MOPR” w Suwałkach jest Gołębiowski Szloma – Jankiel, syn Zelika-Pejsacha i Chjeny-Sary z Gliksonów, ur. 18.I.1899 w Filipowie,z zawodu buchalter i sekretarz Gimnazjum Żydowskiego w  Suwałkach, kawaler, narodowości żydowskiej, zam. w Suwałkach przy ul. Noniewicza 18 m 3. Wymieniony w swoim czasie posiadał kontakt z CK MOPR w Wilnie. Czy obecnie posiada – konfidentowi nie wiadomo, lecz dane te dostarczy w najbliższym czasie.

W grupie sympatyków komuny w gimnazjum żydowskim w Suwałkach, którzy chcą zorganizować kółko literackie są: Bronberg Emanuel-Dawid, syn  Abrama i Estery, ur. 17.II.1916 w Łodzi, kawaler, zam. w Suwałkach przy ul.Berka Joselewicza 42 i Rozental Abram, syn Chaima i Cyryli ze Żmijewskich,ur. 1918 w Suwałkach, zam. w Suwałkach przy ul. Berka Joselewicza 67 m 1. Kto więcej należy do sympatyków komuny – konfident będzie starał się dowiedzieć i po uzyskaniu danych będzie meldował.

Dotychczas działacze komunistyczni w Suwałkach bezpośredniego kontaktu z więźniami komunistycznymi w Suwałkach nie mają, lecz starają się go nawiązać.

Co zrobiono: Konfidentowi polecono...

 

Nota konfidencjonalna nr 5. Uzyskano dn. 21.X.35 r.

Treść: Konfident informuje, że Lenczewski Rubin upatrzył sobie na przyszłych członków KPZB w Suwałkach następujące osoby: 1) Jurkowskiego Berela, zam. przy ul. Noniewicza, z zawodu krawca, 2)Lewina Mendla,zam. przy ul. Wesołej, bez określonego zajęcia i 3)Grodowskiego Icka, zam.przy ul. 3 Maja, bez określonego zajęcia, wszystkich stałych mieszkańców. Wszyscy w/w od czasu do czasu przebywają w towarzystwie  Lenczewskiego Rubina i dyskutują  o sprawach komunistycznych. Największym zaufaniem Lenczewskiego cieszy się Lewin Mendel, co do którego informator przypuszcza,że będzie on  w przyszłości sekretarzem komórki KPZB. Wymienieni są przekonań komunistycznych i z tem nie kryją się przed innymi zaufanymi lub byłymi działaczami komunistycznymi.

Według twierdzenia Lenczewskiego Rubina dotychczas działacze komunistyczni w Suwałkach kontaktu partyjnego z OK Grodno nie posiadają. Natomiast Lenczewski posiadał kontakt osobisty z KPP w Warszawie. Czy obecnie posiada go – nie wiadomo.

Co zrobiono: Konfidentowi polecono...

 

Nota konfidencjonalna nr 6. Uzyskano dn. 5.XI.35 r.

Treść: Dn. 22.X.35 r. w Suwałkach spotkali się działacze komunistyczni Krasnopolski Ałter z Lenczewskim Rubinem, który w toku rozmowy  zapytywał Krasnopolskiego, czy ludność wiejska odrabia szarwarki i płaci podatki. Na to Krasnopolski, który trudni się handlem szmatami po wsiach odpowiedział,że narazie w  terenie jest spokój i ludność swoje powinności  wypełnia. Następnie Krasnopolski nadmienił, że zbliża się rocznica rewolucji październikowej dn. 7.XI.35 r., wobec czego zapewne jego, tj. Lenczewskiego policja aresztuje. Na to Lenczewski odpowiedział, że o to się nie obawia, gdyż obecnie w myśl nakazu wyższych władz partyjnych akcja  techniczna w terenie nie jest przeprowadzana, gdyż zawsze przy tej okazji policja zawsze aresztowała najwybitniejszych działaczy komunistycznych udowadniając im winę. Natomiast akcja taka była prowadzona sporadycznie w wypadkach niezwykłej wagi, jak np. śmierć jednego z wodzów komunistycznych , „zamordowania” komunisty przez policję itp. Ponieważ w czasie obchodu  obecnej rocznicy rewolucji październikowej akcji technicznej nie będzie, policja nikogo nie będzie mogła aresztować.

Następnie Krasnopolski zapytał Lenczewskiego, czy Lewin Mendel i Gradowski Icko są dobrymi chłopakami (działaczami). Lenczewski wyraził na to zdziwienie, że on jako stary karany działacz komunistyczny nie zna zasad konspiracji i pyta o takie rzeczy.

Dn. 26.X.35 r. spotkali się znów Krasnopolski i Lenczewski. W toku rozmowy Krasnopolski zapytał Lenczewskiego, czy nie ma jakiej sprawy partyjnej na wieś, gdyż mógłby mu to załatwić, na co Lenczewski odpowiedział, że ze wsią kontaktów nie ma.

Dn. 1.XI.35 r w zakładzie fryzjerskim Rozendorfa Mejera spotkali się Krasnopolski Ałter i Osiński Josel,którzy    rozmawiali ze sobą o sprawach komunistycznych. Ciekawych momentów w ich rozmowie nie było.

Co zrobiono: Konfidentowi polecono...

 

Nota konfidencjonalna nr 7. Uzyskano dn. 21.XI.35

Treść: Konfident informuje, że Lenczewski Rubin już od 2-ch tygodni jest  obłożnie chory i z domu nie wydala się nigdzie.

Około miesiąca temu wstecz w Suwałkach przebywał funkcjonariusz OK KPZB Białystok w sprawach partyjnych. U kogo wymieniony zamieszkiwał – konfident nie ustalił. Delegat ten kontaktował się z Lenczewskim Rubinem, lecz w jakim miejscu, o jakiej porze i co omawiał, konfident nie wie.

Dn. 14.XI.35 r. spotkali się komuniści Krasnopolski Ałter, Grodowski Icek i Lewin Mendel.W czasie rozmowy Lewin narzekał, że w Suwałkach są trudne warunki pracy komunistycznej, gdyż nie ma żadnej legalnej organizacji żydowskiej, w lokalu której mogliby się grupować komuniści i omawiać różne sprawy. W dalszej rozmowie twierdził, że w Suwałkach wśród komunistów panuje ogólny brak zaufania w wytrwałości pracy konspiracyjnej ,jak również obawa o to, że w razie aresztowania któregokolwiek z działaczy komunistycznych, w dochodzeniu wyda on innych.

Co zrobiono: Konfidentowi polecono...

 

Nota konfidencjonalna nr 8.Uzyskano dn. 27.XI.35 r.

Treść: Konfident informuje, że Lenczewski Rubin wyzdrowiał i że dn. 24 bm. spotkał się z komunistą Krasnopolskim Ałterem w mieście,z którym rozmawiał o sprawach komunistycznych. W toku rozmowy Lenczewski Rubin powiedział Krasnopolskiemu, że dotychczas w Suwałkach organizacja komunistyczna nie istnieje, gdyż działacze komunistyczni obawiają się prowokacji i wzajemnie sobie nie ufają. W dalszej rozmowie Lenczewski Rubin opowiedział Krasnopolskiemu, że prenumeruje komunizujące czasopismo pt. „Przekrój tygodnia”, wychodzące w Warszawie pod redakcją Józefa Aptera przy Placu Żelaznej Bramy nr 4 m 2. Cena tego czasopisma wynosi 20 gr za egzemplarz. Ile takich egzemplarzy Lenczewski otrzymuje – nie mówił.Na tem swoją rozmowę obydwaj zakończyli.

Co zrobiono: Konfidentowi polecono...

 

Nota konfidencjonalna nr 1.Uzyskano 8.III.36 r.

Treść: Dn. 7.III.36 r. Lenczewski Rubin spotkał się na ulicy w Suwałkach  z komunistą karanym więzieniem – Ałterem Pejsachem  Krasnopolskim,który zapytał, czy nie ma w Suwałkach literatury komunistycznej , gdyż chcialby coś poczytać. Na to Lenczewski Rubin odpowiedział Krasnoplskiemu, że obecnie literatury nie ma, że niedawno była i znów będzie, a wówczas da mu trochę do przeczytania. Na to Krasnopolski zwrócił się do Lenczewskiego z wymówką, dlaczego w tym czasie, kiedy była literatura nie dał mu jej do czytania, lecz mówił, że nie ma.Lenczewski odpowiedział, że jakkolwiek ma zaufanie do Krasnopolskiego , jako do byłego działacza karanego więzieniem, jednak ponieważ ten przez dłuższy czas odsuwał się od spraw komunistycznych, zajmując się swym życiem prywatnym, sprawami handlowymi i uprawiał praktyki religijne, a ponadto, że jest żonatym oraz kaleką – uważa go za nieodpowiedniego do organizacji. Ostatecznie obiecał Krasnopolskiemu sprawę tą wyjaśnić w niedalekiej przyszłości. Dalej mówił mu, że obecnie program pracy organizacji KPZB zmienił się w stosunku do poprzednich warunków bardzo i tak jak  dawniej praca  polegała prawie że na kolportażu literatury, urządzaniu większych zebrań, wywieszaniu transparentów itp. – dziś tego nie ma.  Natomiast prowadzi się robotę, jak się wyraził Lenczewski, „podziemną” , unikając większych zebrań i ograniczając się do kolportażu literatury wewnątrz organizacji, tj. wśród członków, zaś wywieszania transparentów  obecnie prawie się nie praktykuje w mniejszych ośrodkach ludności,jak np. Suwałki. Na tym wymienieni rozmowę zakończyli  i rozeszli się.

Co zrobiono: Konfidentowi polecono...

  

Tajne akta policyjne nie zawierają dalszych raportów  „Olka”. Wygląda na to, że po ośmiomiesięcznej współpracy kontakty zostały zerwane.

 

*             *               *

 

 Nie było w niej krzty zdziwienia, zaskoczenia, lęku nawet, kiedy na powrót stanąłem w drzwiach jej domeczku przy Nadrzecznej.

Postarzała się przez ten tydzień, poszarzała jakby, zmalała. Twarz ściągnął smutek, cierpienie bez Boga a oczy patrzyły na mnie dwoma płatkami niezapominajek.

Przywitaliśmy się milczeniem. I tym nicniemówieniem dała znak, że mogę wejść.A potem szedłem za nią krok w krok, i usiedliśmy w tym samym pokoju, na tych samych miejscach co wtenczas.

Jakby pomiędzy czasem dawnym minionym a obecnym nie wydarzyło się nic szczególnego.

Usta obojgu nam zasznurowało. I czekaliśmy jedno na drugie, kto zacznie.

- No, tak, tak...- dopiero teraz spojrzała na mnie z tym swoim bezgranicznym smutkiem w oczach. – No, tak, tak... Widocznie on tak chciał...

Nie powiedziała kto, a ja bałem sie zapytać i do dzisiaj nie wiem, o kim myślała w tamtej chwili. O mężu? O pierwszej, młodzieńczej miłości? O Bogu?

Popołudnie przyoblekło czerń nocy, a kolejne imbryki z herbatą i stary „dortmundczyk” radowały się wraz z nami.Bo w miarę upływu czasu zbliżaliśmy się ku sobie, łagodnieli, napięcie w nas ustępowało.

- To nieprawda, że lata tamte przeżyłam bez strachu. Lęk o siebie, za to, co popełniłam, szedł za mną niczym cień, tylko w miarę mijania życia jakby oddalał się, malał.

- Kiedy zaczęłam się bać? Już w wojnę – ręce splotła na kolanach zwyczajem starych kobiet i spowiadała się głosem cichym, jednostajnym, z koniecznością wypowiedzenia tego wszystkiego, co do tej pory taiła przed samą sobą nawet.

- Ludzie przepowiadali, co wyrabiano z Żydami. Ocaleni z obozów świadczyli, jak tamci szli do swego Boga przez kominy. Spokojnie, bez sprzeciwu,bez woli walki, z jakąś bezgraniczną rezygnacją, którą widziałam na ich twarzach na długo przed wojną.

- Inni widzieli, jak palili getto w Białymstoku, jak wywozili Żydów z getta w Łomży,jak mordowali ich w obozie w Augustowie.Jak strzelali,tropili,wieszali,gnębili do ostatniego.

- Matka moja, kiedy jeszcze żyła, pytała głupkowatą Fejgę, posługaczkę w żydowskim  przytułku: Fejga, a gdzie wasz Bóg się podział, że tyle was pozwolił wytracić? A Fejga odpowiadała: Sza, pani, sza. Przyjdzie dzień, że Bóg światu wskaże wszystkich wrogów Izraela.

- Jej słowa zapadły we mnie, bo brzmiały mocą przepowiedni.I wtedy właśnie zaczęłam się bać, gdyż pomyślałam, że ci, co zostaną, wzrastać będą z taką nienawiścią w sercach, że ta zabije każdego współwinnego śmierci ich sióstr i braci, matek i ojców. Obojętnie: Niemca, Polaka czy Litwina, bo i tacy nierzadko przytrafiali się.

- Ja stawiałam się w tym rzędzie. Tak jak oni byłam winna. Niechaj mi pan nie tłumaczy, że zdrada zdradzie nierówna, że daje się usprawiedliwić, złagodzić, czymś wyjaśnić.Sytuacją, okolicznościami,uczuciem, rozkazem czy prośbą. Wiem o tym, pamiętam. Lecz wiem również i to, że pozostanie ona zdradą we mnie,w mojej pamięci.Czynem podłym, choćby wszyscy  wmawiali we mnie, że fakt ten nie miał żadnego wpływu na czyjś los, czyjeś życie.

- Żyłam z tą świadomością i bałam się. Tak, fizycznie bałam się o swoje życie. Pierwsze lata po wyzwoleniu aż gęste były od śmierci dziwnych, nagłych, tajemniczych, nie wyjaśnionych do dzisiaj. Ludzie przestawali żyć, bo wiedzieli za dużo. Widzieli to, czego nie powinni byli widzieć, a wolnością swoją zagrażali wolności innych. Zresztą...któż by dzisiaj dociekał przyczyn?  W każdym przypadku były one inne.

...- Chodziłam z Wandeczką, kiedy zdecydowałam się opowiedzieć wszystko mężowi. Nękała mnie natarczywa myśl, że nie urodzę szczęśliwie, a Bóg pokaże mnie za TAMTO, za moje grzechy, za moje sprzeniewierzenie się.

- Najsampierw byłam u spowiedzi. Mówię: Ojcze duchowny, poradź, co mam czynić, jak postąpić, żeby do grobu nie prześladowały mnie czyjeś przekleństwa i łzy.

- Ksiądz, gdy mu opowiedziałam dokładnie, z detalami, rozgrzeszył mnie:Córko, idź w pokoju ducha swego. Nie bierz na siebie krzyża winy,bo jesteś niewinna.To, co zrobiłaś, jest dobrym postępkiem, bo kierowałaś się miłością do ojczyzny. Do prawdziwej ojczyzny, pamiętam, zaznaczył. A miłość do ojczyzny, obok miłości do Boga, jest wartością najdroższą na ziemskim świecie. Wracaj w spokoju ducha.I nie obarczaj bliźnich swoim czynem, pamięć o nim przechowaj tylko ty.

- Wróciłam, lecz spokój ducha widać nie był mi sądzony.Może i dlatego, że zabronione miałam wspominać o tym komukolwiek, mężowi nawet. Co prawda przez pierwsze lata, kiedy byłam zajęta wychowywaniem dziewczynek, że na sen czasu brakowało, myślałam,Stwórcy w duchu dziękowałam, że przeszłość zamknęła się za mną bezpowrotnie.

- To jednak było tylko złudzenie. Wmawianie w siebie rzeczy niemożliwych.Lęk prześladował mnie namacalnie, jak zły duch, który czyhał za każdym rogiem. Wystarczyło, że na ulicy dojrzałam czyjąś twarz, którą widziałam po raz pierwszy, a w twarzy tej przypominał się układ ust, czerń oczu czy krzaczaste brwi, gdy gorąc strachu buchał we mnie od nowa.Nocą szczury harcowały po strychu, a ja zlana potem prosiłam męża: Wstań, Władeczku, spojrzyj, kochany, czy aby kto za drzwiami nie stoi.Potem już nawet męża nie niepokoiłam, nasłuchując szmeru, skrzypnięcia, dźwięku najcichszego.I kiedy tak leżałam ze wzrokiem utkwionym w ciemność i nie mogłam oczu zmrużyć do rana, z czerni sufitu spływała jego twarz – młodzieńcza, radosna, pachnąca tkliwymi pocałunkami.

- Ja wiedziałam, zdawałam sobie sprawę, że za to, co zrobiłam, zostanę ukarana. Jak nie na tym, to na tamtym świecie. Córeczko, powtarzała moja matka od dziecka, zapamiętaj jedno: Pan Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy, co za dobre nagradza, a za złe karze i nikt nie ukryje się przed Jego sądem. Taką kolej  rzeczy wpoili we mnie rodzice i Kościół, chociaż ksiądz mówił co innego. Zło nie może być na wierzchu, bo  w takim razie, gdzie szukać dobra?

 

- Byłam pewna, wiedziałam, że któregoś dnia stanie się to, co stało się teraz.Synku – powiedziała do mnie i położyła swoją małą, drobną dłoń, żyłkami nabrzmiałą, na moim ręku, a w gardle uwiązł mi skowyt żalu za czymś nieokreślonym, utraconym bezpowrotnie -  nie miej za złe tej sceny starej kobiety.Wiesz sam – przeszła na ty i w tym momencie popatrzyła w okno, jakby tam ktoś czekał - że śmiertelniśmy, ale bronimy się przed  tym, myśl tę odsuwamy  jak najdalej od siebie. Do tej chwili, do tego końca, kiedy nie ma to już znaczenia.

- Tak, tak...Wiedziałam,byłam pewna, że do tego dojdzie.Do takiej rozmowy, do takiego spotkania. Nie wiedziałam tylko kiedy, ani kto wejdzie do mojego domu.I dlatego, daruj - nie przyszykowałam się, jak należy. Ciebie, widać, synku – już ośmielona, po raz kolejny tak powiedziała – Bóg naznaczył na mojego spowiednika.Wierzysz w Boga? – spytała nieoczekiwanie i popatrzyła w oczy, a kiedy potwierdziłem, usłyszałem to jej półszeptem: Tak..., tak... – ni to aprobatę, ni to wątpienie.

- Uwierz mi: Z głębi duszy, z całego serca pragnęłam,a i nie jeden różaniec odmówiłam, żeby TO stało się przy Władeczku.Bym zwolniona z zachowania tajemnicy mogła wyznać mu, co zaszło w moim życiu.Przez lata byłam pewna jego ramienia, więc i wtedy wsparłby mnie. Sił dodał, uchronił przed potępieniem, pomógł udźwignąć ciężar hańby.

- Kiedy zabrał się z nagła,tak pospiesznie, że myśli nie zdążyłam zebrać, miałam mu za złe, że odszedł tak szybko, niespodziewanie i mnie zostawił samą. A potem już zobojętniałam na wszystko, co niosły ze sobą dnie. Na pory roku,na grób zaniedbywany,starczą samotność.Już i nie cieszyło szczęście córek, ich udane małżeństwa, wnuki, ani to, że Bóg dał mi przeżyć jeszcze jeden dzień. Tylko przed snem, klękając do pacierza, dłużej zamyślałam się nad sensem jednego, jedynego zdania: I odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.

- Ale o czym to ja zaczęłam?

- Aha, pytał pan – wróciła do dawnej formy - jak do tego doszło? W bardzo głupi sposób, dziecinny zupełnie... – ręką zasłoniła usta i chichotała cichutko, w zawstydzeniu. A  w chwilę potem ujrzałem ją, po raz pierwszy, uśmiechającą się , jasno i radośnie, do tamtych lat, wspomnień, rozdzielonych wiekami niepamięci.

 

- No, więc było tak... – nieoczekiwanie jej policzki zakwitają różem a oczy nabierają blasku. – Na początku był prezent gwiazdkowy Donki. Nie zna pan Donki? Oooo.. – z przyganą w głosie i odpływa w najpiękniejszą podróż swego życia.- Ależ , naturalnie, bo niby i skąd, prawda?

- Z Donką Szwejkowską uczyłyśmy się w jednej klasie, w gimnazjum kupieckim, przy Kościuszki. Dobrymi byłyśmy koleżankami, najlepszymi pod słońcem. Na śmierć i życie, do samej wojny, bo później jej rodzice podpisali volkslistę i wyjechali do Generalnej Guberni.

- Więc Donka dostała pod choinkę patefon.Piękny, że zazdrość brała:politurowany, z podnoszonym wiekiem, na korbkę i z błyszczącą, miedzianą trąbą. To było - zaraz, zaraz - w trzeciej? Czy w czwartej? Tak, w czwartej, bo zdawałyśmy maturę.

- Dostała ten patefon i w pierwszą niedzielę karnawału – rok to mógł być .35?, .36?, Boże, już pamięć nie ta, ale tak jakoś – sprosiła nas, byśmy piosenek posłuchały.Chciałyśmy -  my dorastające pannice – urządzić wieczorek tańcowalny, zupełnie jak w Resursie albo Pod Kominkiem, gdzie czasami chadzali rodzice.

- Szwejkowscy, jak pan pamięta, mieszkali w tej kamienicy przy więzieniu, na końcu Noniewicza. Jej ojciec był tam jakąś grubą rybą, bo Donkę za mury wpuszczali bez niczego. Do ojca, oczywiście, a mnie razem z nią.

 - No więc jesteśmy na wieczorku u Donki.Za oknem śnieg do pasa, zapach Bożego Narodzenia, bo w jadalni choina pod sufit. Są ciasteczka, herbatka, lemoniada i nawet butelka wina z zapasów jej ojca.Na domiar złego ani jednego kawalerczaka i patefon do obsługi.

- Z początku jako tako szło, w zgodzie,  ale później, po lampce wina, żadna nie chciała stać kołkiem  i kręcić korbką,  i patrzeć, jak koleżanki walczyki wywijają. Pospierałyśmy się w końcu, aż na ten harmider wszedł stary Szwejkowski. Dowiedziawszy się o co chodzi, zburczał nas i nawstydził.

- Opowiedziął to widocznie swoim gościom, bo w soboty na karty znajomych spraszał, dość, że po chwili w pokoju pojawił się młody mężczyzna. Przedstawił się szarmancko i grzecznie oznajmił, że będzie kręcił patefon, a my możemy się bawić.

- Ano i zabawiłam się...Na całego. Dzisiaj na taki afekt mówią - zakochanie się od pierwszego wejrzenia.  Mnie też się wydawało, że miłość ścieżkę przestąpiła. Podobał mi się - nie skłamię, bo bym zgrzeszyła – od razu.A i ja w oko mu wpadłam, bo co i raz na mnie zerkał. Boże mój... – widzę, jak pod przymkniętymi powiekami na nowo wyczarowuje raz jeszcze, może już ostatni, tamtą chwilę – jaki on był przystojny.Wysoki, smukły, z wąsikami na dziecięcej buzi. W ciemnym garniturze, białej koszuli z modnie zawiązanym krawatem. Z warszawska, bo nie był z Suwałk. Przyjechał tu do pracy.

- Z dziewcząt ja miałam najdalej do domu. Podczas gdy one  mieszkały w mieście, ja chodziłam aż za Arkadię, pod koszary,gdzie za Hańczą, pod drugiej stronie, rodzice mieli domek.

- Do placu Piłsudskiego doszłyśmy wszystkie razem.Mróz siarczysty skrzypiał pod nogami, a śnieg bielą niebo zasłonił.Potem Donka zaczęła przekomarzać się z  panem Stefanem...? – przez chwilę wątpi w swoją pamięć – o, tak, z całą pewnością – Stefanem, żeby ten odprowadził mnie pod sam dom, skoro ojciec wysłał go z nami.

- Nie minęło mało wiele i już nie raz  żegnaliśmy się przed furtką. Z początku wstydziłam się, że pracuje w policji i zajmuje się brudami. Złodziejami, panienkami z deptaku, oszustami zapalniczek. Tak wtenczas myślałam.W policji są różne prace i różne stanowiska, a żadna praca nie hańbi, kiedy służy Polsce – tłumaczył mi cierpliwie.

- Ojciec mój, bo – naturalnie - wywiedział się szybko, jakiego to córka ma „narzeczonego”, a szło mnie już na osiemnasty, więc ojciec mój, świętej pamięci, nie krył zadowolenia, kto wie? – może nawet i dumy. Zapamiętaj, córeczko, że wojsko i policja to ostoja Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Żeby nie polski mundur, to ta wszawa żydokomuna zjadłaby nas do szczętu, jak końskie ścierwo – z kopytami.

- Przepowiedziałam to Stefanowi, a ten uśmiał się setnie. Jaki tam ze mnie policjant? Zwykłym urzędnikiem od przekładania papierków jestem, nikim innym. Tyle że nie w starostwie, a w policji, choć biurka i u nas, i tam – jednakowe,bagatelizował.

 

- Nie mam prawa potępiać ojca za jego poglądy.Wspominał nie raz, że od małego marzył o wojaczce, bo to ich rodzinna – Krakusów – tradycja.I kiedy tylko Naczelnik ogłosił legiony, zaciągnął się w pierwszej setce, nie pytając ojców ani o zgodę, ani o błogosłąwieństwo nie prosząc.I stało się – Bóg pokarał jego niepokorę. Nie za długo kozacka lanca strzaskała mu kolano i jako niezdolnego do służby zwolniono.

- Mając uprawnienia osiedleńca wojskowego, dostał sześć morgów odłogów na Litwie.Tylko tyle, nic więcej. Honor nie pozwalał wrócić, ukorzyć się przed rodzicami.Próbowali więc z matką gospodarzyć – bez koni, ziarna, pieniędzy, za to naddatkiem nienawiści miejscowych. Kolejnej zimy na Wieleńszczyźnie już nie przetrzymali – Bóg zapomniał o nich i z pomocą Litwinów przepędził. Tym bardziej, że matka chodziła ze mną, a i ojciec nie chciał, by rodziła w czworakach, jak prosta chłopka.

- Zjechali do Suwałk, akurat na czas połogu. Ojciec, że przy koniach od małego chowany, a i zdolny  w rękach był, do Żyda rymarza poszedł. Po paru latach, gdy odkuł się i na nogi stanął, wydzierżawił połowę parteru na Małych Raczkach, gdzie zakładzik niewielki otworzył.

-No, tak..., ale ja przecież nie o tym chciałam – uśmiecha się przepraszająco, nie zdając sobie sprawy, że, wraz ze swoją opowieścią, zapadła w moje serce i wielką radością jest słuchanie jej.

- Z początku spotykaliśmy się niezbyt jawnie, ukradkiem raczej, a i on do domu nie zachodził.Dopiero, kiedy powiedziałam, gdzie pracuje, ojciec zapragnął poznać Stefana. I później już dopytywał, kiedy pan Stefan „wizytę złoży”. Nie mógł się doczekać, a późnowieczornym politykowaniom przy nalewce z aronii nie było końca, aż matka wzrokiem pokazywała zegar. Nie ma co – przypadli sobie do gustu, aż nieraz zazdrosna byłam o te ich dyskusje.

- Oboje czuliśmy, że to, co pomiędzy nami, to dużo, dużo więcej, aniżeli znajomość z wieczorku u Donki. Wie pan, takie fluida człowiek wyczuwa, serce zaraz daje znać, prawda? A Stefan już i w niedzielę, bywało, po kościele z dorożką na nas czekał, do domu odwoził, uprzednio na lody, na Chłodną wstąpiwszy.Przed całym miastem adorował jak narzeczony, choć o zrękowinach słówkiem nie napomknął.Ale, co tam? – matka machała ręką – bo inne czasy były, nowocześniejsze takie.

- Nie, nie powiem, żeby krył coś o sobie. Wspominał o rodzicach pozostawionych w Miłosnej,o ciotkach, wujkach.Przez cały czas na porządnego wyglądał,na takiego, co prawdą się obchodzi i muchy nie skrzywdzi. Chociaż potem zaczął unikać mnie.

- Ja miałam straż u grobu Chrystusowego w przedwielkanocne czuwanie, kiedy po raz pierwszy napomknął o tej organizacji w żydowskim gimnazjum. Ale ot, tak sobie, zupełnym przypadkiem, tak wtedy sądziłam.I od tamtej pory zmienił się nie do poznania. U mnie matura na nosie, to prawda, a on jakby o mnie zapomniał i nasze spotkania coraz rzadsze już są,  chłodem ciągną. Myślałam, że kobietę gdzieś po boku ma, jakieś troski rodzinne, albo co.Wtedy wyznał, że kłopoty w pracy. Przesunęli go do innego referatu, a tam obowiązki takie, że tylko się powiesić. Na domiar złego wypuścili mnie na toń, a ja nie znam tu nikogo, nie mam znajomości, układów,sam jak palec o , coś w tym guście mówił.

- W jakiś czas potem wrócił do tej rozmowy o gimnazjum. Tym razem w zupełnie innym tonie.Po balu maturalnym, pamiętam, czerwcową nocą wracamy dorożką do domu. Ja uszczęśliwiona, ufna w życie i mężczynę u mojego boku, a Stefan zamyślony, ponury, nieobecny. Co jest Stefciu, co ciebie trapi?, dopytuję, a on odpędza się ode mnie, niczym od komara.

- Przed Hańczą zatrzymał woźnicę i dalej już poszliśmy pieszo.Dopiero wtenczas Stefan zwierzył się, że w pracy powiedzieli mu, że albo będzie śledził komunistów, albo wróci tam, skąd przyszedł – do Warszawy.

- Polityką nie zajmowałam się, ale wiedziałam, że w Suwłkach mieszkają komuniści i jak tylko mogą, tak szkodzą prawdziwym Polakom i katolikom. Tak mówili w szkole, tak powtarzał ksiądz na kazaniach, tak opowiadali ludzie. Tak wreszcie wpajał we mnie rodzony ojciec. Taki też zaczął być i Stefan.

- Kamiś, przekonywał mnie, kiedy byliśmy we dwoje, chociaż ja nie o tym pragnęłam słyszeć. Kamiś,moja Kamiś, wymawiał miękko tym swoim ciepłym głosem, zrozum, kochana, że naszym – Polaków – obowiązkiem i świętą powinnością jest chronić kraj przed komuną i Żydami.Popatrz sama -  kto psuje nam gospodarkę?, handel?, rzemiosło?, przemysł?, naukę? - pytał i domagał się, żebym potwierdziła, że wszystkiemu winni są Żydzi i komuniści. Gdzie nie spojrzysz, tam wszędzie Żydzi – w urzędach, w kupieckim stanie, od jarmarku do szarwarku – jakbym ojca słyszała.

- Bądź pewna, że i twojej rodzinie żyłoby się lepiej, gdyby nie to całe żydowstwo – uświadamiał mnie, a ja przytakiwałam, bo wszyscy dookoła tak powtarzali. Popatrz na Suwałki - więcej obrzezańców tu się włóczy, aniżeli katolików mieszka , znowu potakiwałam, bo była to prawda.Pochodzisz z szanowanej, polskiej rodziny, więc pragniesz dobra swego kraju, prawda?, a innym razem rozpoczynał od komunistycznego zagrożenia.

- O, takimi historyjkami mnie wziął. Z początku były to same błahostki, naprawdę – drobiazgi nic nie znaczące. Byleby tylko znalazł godzinkę , byleby tylko mógł spotkać sie ze mną.

 

- Po maturze podjęłam pracę w sklepie kolonialnym u pani Lisowej z pensją 80 złotych na początek. Doroślejąc, żyłam jeszcze beztroską, szkołą i koleżeństwem z gimnazjalnych bali i rowerowych wyjazdów nad Zatokę Słupiańską.Wtedy różnicy nie było, czy to protestant, prawosławny, Żyd czy katolik. Dopiero wojna uświadomiła nam wagę podziałów i cenę istnienia od tego zależną.

- Ale Stefan był w moim życiu na pierwszym planie, dopiero potem znajomi. Spotykaliśmy się już jakby na wpół prawdziwe narzeczeństwo, tak nas zaczęli kojarzyć, a i mamę przepytywali o datę ślubu.

- Tyle że ja zaczęłam dostrzegać,że między nami coraz mniej  uczucia i rozmów o przyszłości, a coraz więcej jego służbowych tematów. To, co z nami związane na drugi plan schodziło, a ważniejsze już było to, gdzie, kto, z kim, kiedy. Wystarczało jednak, że objął, przytulił, pocałował, Kamiś, głuptasku, wydaje ci się, wyszeptał w ucho tym swoim aksamitnym głosem, a ja miękłam, puszczałam wszystko w niepamięć.

- Później doszła sprawa tego gimnazjum. Kamiś, kochana, prosił, przepytaj, złociutka, ale wiesz, dyskretnie, jak tylko ty potrafisz.Przecież masz tam koleżanki, kolegów.Dowiedz się, o czym rozmawiają, podsłuchaj ich. Powiedz, że i ciebie to ciekawi, chyba mają do ciebie zaufanie, prawda? To nic zdrożnego, przysięgam. Nie mniej wyrzutów sumienia, uspokajał. Zrozum, jest jeszcze czas, by uchronić tych młodych przed niebezpieczeństwem i kłopotami. Oni są w twoim wieku, a wiesz sama, że za polityczne sprawy sąd pobłażania nie ma. Na takie zachowanie prawo zgody nie wyraża.Pomyśl o rodzicach, odwiedzających synów w więzieniach.

- Kiedy ma się osiemnaście lat, wiara w  prawo i porządek jest niewzruszona, bo to oznacza ład w życiu, które dopiero zaczyna się.

- Tak jak przedtem spotykaliśmy się. Czasami w Arkadii, zmierzchaniem na bulwarze nad Hańczą, czasami szliśmy na długi spacer traktem do Augustowa.Nie był nachalny w wypytywaniu. Bardziej się jakby radził, jakby zdania mojego słuchał, ciekaw ogromnie wszystkiego.Jaki ten, a jaki tamten? Rzucał od niechcenia. A tego znasz? – podawał nazwisko -  bo on podobno  to i to, lecz czy to może być prawdą? – sam ni wiem. Popatrz Kamiś, a ja lubiłam, kiedy zwracał się do mnie w ten sposób, ten znowu wcale nie wygląda na takiego, a jednak...

- Broń Panie Boże, ażebyśmy spotykali na policji czy gdziekolwiek urzędowo. Noga moja by tam nie stanęła, mimo wszystko, a ze znajomością koniec.  Nigdy nic nie notował, nic nie pisał. Tylko pytał i słuchał. Słuchał i wypytywał. Bywało, że nawet i po dwa razy o to samo.  Ot, stara głowa, niczym rzeszoto dziurawa, i uśmiechał się prześlicznie.

- Ja pomagałam mu, jak umiałam najlepiej. Znosiłam zasłyszane strzępy rozmów z ulicy, w zakładzie ojca. Jakieś ploteczki, nowinki. Teraz częściej chadzałam do koleżanek, i do Polek, i do Żydówek, chociaż częściej do starozakonnych. Uważniej przysłuchiwałam się rozmowom w ich domach, by nie zapomnieć – wielokroć powtarzałam nazwiska.Miasto znałam na wylot, ludzi, ich sprawy, tu urodzona, wychowana, a umysł młody chłonny jak gąbka.Układałam w pamięci zasłyszane strzępy rozmów, a w i pracy ochotniej wdawałam sie w rozmowy z klientami. Czułam, że Stefan tego właśnie potrzebuje i nie myliłam się.

- Jakoś w rok później, przed Bożym Narodzeniem, w .36, przemówiłam się z mamą ostro. Co, to, Iruś, na przechrztę idziesz?, bo na mieście tak ludzie wygadują. Że do żydowskich domów bez skrępowania zachodzisz, w żydowskich sklepach kupujesz, jakbyś u siebie nie mogła i bez wstydu  rozmawiasz z nimi na ulicy. I tak od słowa do słowa. Ale co...? Miałam jej powiedzieć, że Stefan prosił mnie, ażebym zbliżyła się do starozakonncyh, bo tylko tą drogą mogłam mu pomóc? Im z kolei schlebiało, kiedy zostawałam na kolacji, a mężczyznom, żem nie taka płochliwa, jak te ich Żydóweczki.

- Kiedy wahałam się, czy aby po chrześcijańsku postępuję, przekonywał mnie zaraz.Chcesz, żeby ojciec poszedł na bruk albo do więzienia? To proste – jest kapitalistą. Ma zakład, ucznia, gotówkę. A ty pojedziesz na białe niedźwiedzie, do łagru, tak mnie straszył.Potem wyjął zdjęcie jakiegoś mężczyzny. Przypatrz mu się uważnie: to groźny komunista i tacy jak on chcą naszej zguby. Zguby naszej Polski i zatracenia wiary. Organizują się wszędzie, żeby wprowadzić swoje rządy. Tak jak w Rosji, gdzie głód, bieda  i Boga nie ma. Znasz,Kamiś, jego córkę...

- Prawda, znałam. Zaznawałam też uczucia  cichej radości, spełnienia powinności wobec Polski, dumy, gdy był zadowolony.  Bo przecież to, co robiłam było słuszne i każdy  Polak na moim miejscu tak by postąpił, chwalił i..- zastanawia się, czy może zdradzić tajemnicę – buziaczki na policzki dawał. Po cóż młodzi z „Makabi”  mieliby pójść do więzienia? Po cóż mieliby płakać rabini w synagodze, wykrzykując Torę?  A ponadto ani ja, ani ktokolwiek w moim otoczeniu nie pragnął przyjścia komunistycznych rządów. Tak wtenczas myślałam.

- Zastanawiałam się też, dlaczego Stefan kilka razy porównał mnie do Olka, rodzonego brata, o którym parokrotnie wspominał. Jesteś z charakterem, odważna, jak Olek. W policyjnej służbie karierę byś zrobiła, a ja prychałam niczym rozeźlona kotka na taką propozycję.  Ale widzi pan, uleciało jakoś i zapomniałam go o to spytać.

- W rok?, a może też i trochę później, Stefan zniknął  z mojego życia tak samo nagle, jak nagle pojawił się.Z początku nie dopuszczałam  do siebie myśli, że zostawił mnie – bez powodu, słowa wyjaśnienia.Kiedy przez tydzień, i drugi, i trzeci nie dawał znaku życia, przemogłam się i poszłam na policję, wstyd kryjąc. Nie dopuścili do nikogo ważniejszego, przez dyżurnego kazali powiedzieć, że został przeniesiony służbowo i poza rodziną nikomu adresu nie podają

- Ja...zawierzyłam mu... – patrzy mi w oczy miłością tamtej, osiemnastoletniej Kamiś i wiem, że w głębi serca taka zawsze była. I taka już pozostanie do końca – dorastającą panienką, która na wieczorku u Donki zakochała się.

 

*              *                *

 

Dzisiaj, dokładnie po półwieczu od tamtych wydarzeń nie sposób jednoznacznie wyrokować, czy zachodzi związek przyczynowy pomiędzy działalnością Iremy Kamilii primo voto..., rzekomego konfidenta Policji Państwowej w Suwałkach, pseudonim Olek, a aresztowaniem grupy działaczy Komunistycznej Partii Zachodniej Białorusi.W Archiwum Państwowym w Suwałkach nie zachował się żaden dokument temu poświęcony, co potwierdziła Irena Filipowicz, dyrektor placówki, po dokładnym przebadaniu zasobów.

- Wobec tego – mówiła pani dyrektor – wskazywanie bohaterki pańskiego reportażu jako sprawcy aresztowania i skazania młodych Żydów, o czym pisał pan Ackermann, jest daleko posuniętą nadinterpertacją faktów historycznych bez pokrycia w materiałach archiwalnych.

Zbieżną opinię wygłasza płk dr Zygmunt Kosztyła, dyrektor Muzeum Wojska w Białymstoku, znawca dziejów północno-wschodniej Polski przed - i w latach II wojny.

- Jest znikome prawdopodobieństwo, by osoba zupełnie nieprzygotowana do takich działań, jak właśnie ta dziewczyna, służyła jako konfident „dwójki”, bo o wywiad polityczno-wojskowy zapewne chodziło w mieście nadgraniczym, jakim przed wojną były Suwałki.Bardziej skłonny jestem twierdzić, że zaaranżowano tutaj pozorowaną grę operacyjną, kiedy to „wystawia” się na wabia,dla zmylenia, na „odstrzał” nic nie znaczącą osobę,na której skupia się uwagę przeciwnika. Równolegle, w głębokim ukryciu prowadzi się rzeczywistego wywiadowcę, który ma wtenczas niczym nie skrępowaną możliwość penetracji operacyjnej.Sądzę, że właśnie w tym przypadku taki wybieg zadziałał z dobrymi – dla mocodawców - rezultatami.

 

Faktem jest, że dopiero w rok później od przyjęcia ostatniego meldunku od „Olka” , 9 stycznia 1937 roku, o godzinie 9.35 rano w Suwałkach zatrzymano Judela Ałtera Krasnopolskiego. W dwie godziny później Rubina Lenczewskiego, a o 13,15 – Alberta Borucha.

Tego dnia w godzinach 9.35 – 14.50 policja aresztowała 12 członków  Rejonowego Komitetu KPZB.

„Na skutek likwidacji został rozbity Rejonowy Komitet KPZB z sekretarzem Krasnopolskim  Judelem na czele, aktyw zawodowy tegoż komitetu działający na terenie związków zawodowych z kierownikiem Lenczewskim na czele, czerwona pomoc z Grabowskim Abramem na czele i technika z Ratomskiem Janelem na czele. W czasie dochodzenia stwierdzono, że  Rada Związków Zawodowych w Suwałkach  i TUR (Towarzystwo  Uniwersytetów Robotniczych – przyp. autora) były opanowane przez KPZB” – doniósł nazajutrz w tajnym raporcie do starosty powiatowego  komendant P.P w Suwałkach – J. Makarewicz.

 

*              *               *

 

Ostatnie dni kwietnia 1987 roku.

- Pan jest ostatnim Żydem w Suwałkach – siedzę na wprost Natana Adelsona, w szkole przezywanego Naumem, jednego z blisko dziewięciu tysięcy Izraelitów mieszkających tu przed wojną.

- Tak, ostatnim – dochodzi do mnie po dłuższym milczeniu, jakby ta oczywistość była aż tak trudna do wypowiedzenia, do uwierzenia.

 - A tamci... – i wymieniam nazwiska.

 - Nie ma już tamtych. Krasnopolski w .39 poszedł za Rosjanami.Ci za wierność zrobili go burmistrzem czy sekretarzem magistratu w Augustowie. W czerwcu 1941 rozstrzelali go Niemcy. Nie żyje też Bronberg, nie ma Abrama Gliksona, Lewina Mendla. W Izraelu zmarł Szloma Gołębiowski, którego we wrześniu Rosjanie zabrali ze sobą. Z tego, co wiem, Abram Rozental żyje w Izraelu. Żyje także Rufko, czyli Rubin Lenczewski, mieszkający w Argentynie. Jego siostra, w której, zdradzę, podkochiwałem się trochę, została w Izraelu....

 

Przerywa w pół słowa, jakby nikogo więcej nie było już do wymienienia. I milknie,by bólem ciszy uszanować  wspomnienia, które duchami przeszłości wypełniły pokój.

 - Coraz mniej nas. Coraz mniej... – szepce.

I patrzy ponad moją głową w dal, jakby chciał gdzieś tam, na łąkach niebieskich, dojrzeć braci swoich.Długo tak patrzy,  łkaniem przepędzając łzy zbierajace się w dużych, o wiele za dużych, jak na tak starego Żyda przystało,oczach.

 

 

 

Od autora:

 

Oboje nie mieliśmy szczęścia: Bohaterka mojego reportażu - w życiu, ja z tekstem życie Jej opisującym.

Już w trakcie gromadzenia materiałów, czego w Suwałkach, niestety, nie dało się ukryć, słyszałem jakże często zadawane mi pytanie:Cóż to za temat? Komu jest on potrzebny? Kto „to-to” będzie czytał? Po co rozgrzebywać  przeszłość, przywoływać upiory?

Pryncypialnie pouczano mnie, co powinienem wziąć pod uwagę, iż ewentualne opublikowanie tekstu – jeśli do tego w ogóle dojdzie - na pewno nie zaważy, ale też i nie wpłynie korzystnie na postępującą wtenczas normalizację stosunków pomiędzy Polską a Izraelem.

 

Był rok 1987.

 

Reportaż ten nigdy nie ukazał się w całości.Także i dlatego, że dałem słowo mojej Rozmówczyni, iż za Jej życia nie opublikuję najmniejszego fragmentu, mogącego przyczynić się do identyfikacji. Stąd w roku 1987 w Tygodniku „Krajobrazy” ukazał się tylko krótki wyimek wyrwany z kontekstu – odgrzebane w archiwum meldunki „Olka”. Jednakże bez słowa komentarza czy wyjaśnienia, co dla czytelnika  pozostało li i wyłącznie ciekawostką historyczną.

 

Od momentu, kiedy zakończyłem prace nad tektsem, jakiś niewytłumaczalny racjonalnie ciąg zagadkowych wydarzeń kładł się nad nim brzemieniem. Jakby bohaterka reportażu niewidzialną mocą nadal strzegła tajemnicy, a fatum chciało ukarać śmiałków za pokalanie sacrum.

Będąc jeszcze w Polsce doszła mnie wiadomość, że Jedidiach Ackermann, autor listu, wyjawiającego tajemnicę Kamilii, miał niezbyt groźny wypadek samochodowy. Niemniej zmarł po paru miesiącach, co równie dobrze mogło być naturalnym zrządzeniem losu, wziąwszy pod uwagę wiek.

Ja zaś dowiedziałem się, owym zadziwiającym przypadkiem, że interesują się mną odpowiednie służby, o czym mogę teraz napisać.

Pan A.H.(stopień, imię i nazwisko znane piszącemu) z Urzędu Bezpieczeństwa w Suwałkach po pijaku zgubił dokumenty z klauzulą „Tajne”. Dotyczyły one mojej osoby i moich rzekomych powiązań z prawicą w Izraelu. Teczkę z kwitami znalazła pani, która przyniosła ją do redakcji, a której nawet nie zdążyłem podziękować, co czynię niniejszym, jeśli czyta ten tekst.

Dzięki temu jednak poznałem pseudoliterackie fantasmagorie smutasów, których opisywactwo urojonej rzeczywistości miało na celu kwitowanie comiesięcznych poborów. Ja zaś, po skopiowaniu dokumentów, oryginały oddałem pechowcowi ze słabą głową.

 

Dziesięć lat później, w 1997 roku tekst przywiozłem do Ameryki.Byłem święcie przekonany, że gdzie jak gdzie, lecz tutaj – w kolebce demokracji i wolnego słowa – z pewnością ujrzy światło dzienne.

Daremnie! Ponad rok półkownikował w pewnej redakcji, a ja pocztą pantoflową dowiedziałem się, że – zupełnie jak dawniej – jest niewygodny  światopoglądowo i nie z tych co należy pozycji napisany.

 

Z Polski natomiast poraziła mnie smutna wiadomość – w 1998 r., przeżywszy lat 81, zmarła Irena Kamila primo voto...,z domu....

Pochowano Ją w rodzinnym grobowcu na cmentarzu parafialnym przy ul. Bakałarzewskiej w Suwałkach.

Że co? Że nawet teraz nie podaję Jej nazwiska? Jakie to dzisiaj ma znaczenie? A Ona niechaj spoczywa w Pokoju.

 

W jakiś czas później reportaż zaproponowałem gazecie „Polski dzień”. Tekst przyjęto do publikacji, pod warunkiem zaakceptowania bardzo poważnych skrótów, na jakie początkowo nie chciałem zgodzić się.W końcu przystałem na nie, pragnąc, by historia Kamili nie była li i wyłącznie naszą wspólną tajemnicą.

Jakież było moje zaskoczenie i niedowierzanie, kiedy przeczytałem, że „Historia niezawinionej zdrady” była jednym z ostatnich tekstów w ostatnim wydaniu „Polskiego dnia” (# 187 z 07/04-06/2008).Po tej dacie gazeta przestała ukazywać się.A we mnie zrodziła się pewność, że Kamila – po raz kolejny – dała znać o sobie, karząc redaktora likwidacją tytułu za ingerencję w jej życie.

 

Tak więc opowiedzenie historii Kamilii – po raz pierwszy w całości i bez skrótów – miało miejsce na łamach suwalskiego portalu http://www.suwalki24.pl/, w 2008 r.Po ponad 20 latach powróciła do tego miejsca, gdzie narodziła się Ona i mój pomysł o spisaniu Jej życia.  

 

Suwałki 1986/87 - Centereach 1998 – Nowy Jork 2008

 

 

 

PONAD PRAWEM

 

 

Mimo kończącego się sezonu, Ruciane Nida wypełnione tysiącami turystów. Przepowiadacze pogody wróżą również piękny wrzesień, więc na Mazury ciągnie kto żyw. Parking z dziurami niegodny tej klasy kurortu zastawiony opona przy oponie. Pospołu smażą się dachy pordzewiałych syren, przysadzistych a pakownych maluchów i trabantów z demoludów oraz prawdziwie zagranicznej elity: rożnych audic turbo, wolkswagenów i majestatycznych merców z dyskretnym D na tylnej szybie. Opaleni żeglarze i zrelaksowane panienki, robiące za balast na jachtach, nawet nie zatrzymują się przy straganie, gdzie papryka po osiemset a jabłka zgniłki po ćwierć tysiąca za kilo. Za taką kasę można mieć pół marynarskiego wora piw, a wtenczas szantowa balanga odchodzi, że miło patrzeć. Aż do rana.

Tak więc chodzą przybysze ze świata po znanym mazurskim wczasowisku i... nie czują nic. Dosłownie nic!  A w Rucianem śmierdzi, jak cholera. Fetor niesie taki, że miejscowym na sam dźwięk słowa „smród” nosy wykręca, głowy spuszczają i idą, gdzie oczy poniosą. Byle tylko nie słyszeć.

Prawdę powiedziawszy śmierdziało, jakby stado skunsów główną ulicą przebiegło, dotarło i do wojewódzkich Suwałk. Drzwi gabinetów najważniejszych przeniknęło, przydało smrodku palmom i kotarom, ponoć nawet woni odrażającej garniturom urzędowym użyczyło.

Tyle że nad Hańczą charaktery twarde, nosy w niejednym śmierdzielstwie zaprawione, a spojrzenia baczne i czujne, bo nikt o żadnym fetorze od Rucian ciągnącym nie słyszał.

A jeśli nie słyszał, to tym bardziej rozmawiać nie chce. Bo nie ma o czym.

 

*          *           *

 

 - Na egzekutywie podjęliśmy określone działania: zrobimy wszystko, aby uniknąć podobnej afery z podsuwalskich Raczek. Jeśli jednak województwo nie zajmie zdecydowanego i odpowiedzialnego stanowiska, ja za skutki nie ręczę – Leszek Michalak, Pierwszy w Rucianem Nidzie kilkanaście godzin wcześniej wrócił ze służbowego wyjazdu na Litwę.

 I w kawu i w urzędzie wojewódzkim wiedzą doskonale, co tu się dzieje. Doszło do tego, że w Rucianem władza nic nie znaczy. Radny jest niczym, a naczelnik nie ma nic do powiedzenia. Upada autorytet władzy, ludzie nie przychodzą na zebrania, tylko czekają na rozwój wypadków i patrzą, kto okaże się silniejszy: czy Lota, komendant posterunku milicji, czy też prawo.

 Sprawa ciągnie się od ubiegłego roku – przypala kolejnego papierosa, cały w nerwach. – Na listopadowej konferencji sprawozdawczo-wyborczej komendant Lota nie otrzymał wystarczającej ilości głosów i do władz nie wszedł. To zapoczątkowało nagonkę z jego strony na nas, przedstawicieli władz.

 Od tamtego czasu atmosfera stała się nie do zniesienia. Ludzie zaczęli się bać. Każdy robi tylko tyle, ile musi, nic więcej.Nikt nie chce mieć przyczepionej etykiety przestępcy i rozrabiaki. Każdy wie, że - w razie czego – zostanie sam, nikt za nim nie stanie w obronie.

 Faktem jest, że to właśnie na wniosek egzekutywy komendantowi cofnięto rekomendację partyjną. Pamiętam jak dziś: siedmiu było za wnioskiem, dwóch wstrzymało się. Przeciwko nie głosował nikt, a to już o czymś świadczy, nieprawdaż? – zawiesza głos i spogląda pytająco, szukając potwierdzenia.

 Towarzysz Berdyga zna sytuację na bieżąco, informowałem go o rozwoju wypadków. Obiecał interweniować i dlatego oczekujemy z jego strony pomocy i zdecydowanego działania – w popielnicze rośnie stos niedopałków.

 Tutaj, w miasteczku – uważa za stosowane wprowadzić mnie w meandry ruciańskich układów –  od lat wszystko postawione jest na głowie. O ile dawniej, kiedy prokuratorem rejonowym w Piszu był, najpierw Rogoziński, a po nim Tańcula, współpraca między nami układała się bez zadrażnień. To teraz schodzi na psy.

 Od jesieni ubiegłego roku piska prokuratura, której podlegamy organizacyjnie, nie raczy mnie informować dosłownie o niczym. Nawet o wszczęciu postępowań przeciwko członkom partii. Z ich strony nie ma żadnego gestu dobrej woli. Nie ma spotkań, rozmów,, o tym jak np. rysuje się przestępczość na naszym terenie. Doszło do tego, że przed pójściem na urlop, w lipcu, wystosowałem pisma do prokuratury wojewódzkiej i wojewódzkiego urzędu spraw wewnętrznych o nadzór nad podległymi placówkami, by w końcu stosunki te jakoś unormować.

 Może urlopy to sprawiły – zastanawia się głośno – że szefostwo w województwie nie jest w stanie gruntowniej wejrzeć w temat?

 Doszło do tego, że – wraca do głównego wątku – komendant posterunku uważa, że wystarczy mu legitymacja służbowa do aresztowania człowieka, a rewizję może robić bez nakazu prokuratorskiego. Czy tak ma wyglądać praworządność w tym kraju, o czym coraz głośniej mówi się? – pyta retorycznie.

 

 Ale to wyłącznie drobna przygrywaka, bo po tym, co przeszła dyrektora banku, wszystkiego można się spodziewać – podejmuje kolejny temat, a widząc mnie skrupulatnie notującego, mówi powoli, bym zdążył zapisać.

 Tutaj każdy boi się posądzenia – akcentuje raz jeszcze, dla podkreślenia. – Każdy lęka się robienia tzw. atmosfety wokół jego osoby, co jest głównym zajęciem komendanta.    Wystarczyło, że prezes gminnej spółdzielni, a na nieszczęście mąż dyrektorki banku – Ruszczyńskiej, sprowadził do sklepów piwo żywieckie i pepsi, a już miał kontrole na głowie.Oprócz tego chodzili i tacy, którzy dopytywali się, ile dał, komu, gdzie, bo w głowie im się nie mieściło, że jeśli nie ma tego w Piszu i w Białej Piskiej, to niby dlaczego ma być w Rucianem?

 O kontroli Izby Skarbowej w banku spółdzielczym, właśnie u Ruszczyńskiej, już zapewne wiadomo, prawda? – wstęp uznaje za zbędny – to nie będę mówił. Ona opowie o szczegółach, a ja proszę tylko o odpowiedź: Jak to możliwe, ażeby kontrola za wszelką cenę usiłowała udowodnić przestępstwo tam, gdzie go nie ma? Przecież w tym roku, a mamy dopiero połowę, w banku było już sześć kontroli i żadna nie wykazała nic. Dosłownie nic! No, ale cóż – nerwowo gniecie ręce – jeżeli kontrolujący nawet nie kryją się, że są nasłani na wniosek organów ścigania, to całą resztę można sobie dośpiewać...

- Zresztą, co ja będę przekonywał. Proszę porozmawiać z ludźmi, a jestem przekonany, że przed dziennikarzem, człowiekim z zewnątrz, otworzą się. Zobaczymy, co wam powiedzą – podchodzi do okna, za którym puszczańskie sosny jednakowo szumią i swoim, i obcym, nieczułe na ruciańskie układy, koneksje i zależności.

 

*           *           *

 

 Posterunek milicji w Rucianem Nidzie, niczym kaczeniec,pomalowany na żółto, widoczny jest z daleka. Szefa nie ma, bawi w terenie. Jak długo?, kiedy wraca? – nie wiadomo, bo to już jest tajemnica służbowa.

- Też okradziony? – nagabuje mnie dżinsowy młodzian z Włocławka, jak okazuje się, kiedy grzejemy ławę w poczekalni.Usłyszawszy przecznie, wylewa żale.

- To, panie, lepsze cwaniaki – zdradza szeptem, wskazując głową drzwi,za którymi słychać podniesione głosy.

- Okradli nas na wczasach, to my meldunek złożyliśmy, jak trzeba. Owszem, napisali, że zginęły kartki benzynowe. Lecz u mnie, we Włocłąwku, nie chcą wydać duplikatu, bo pisemko z milicji nie ma liczby dziennika. A wiesz pan dlaczego? – jakby tajemnicę odkrył. – Bo gdyby przeciągnęli przez dziennik, to wtedy musieliby zająć się sprawą. I z wykrycia gówno by wyszło, bo takich kradzieży w sezonie tutaj na pęczki. A każde niewykrycie psuje statystykę, wiadomo.

 

- Tymczasowo jestem zajęty – podporucznik Józef Lota, komendant posterunku MO w Rucianem Nidzie zajmuje się korespondecją, wysłuchawszy, co sprowadza mnie pod jego dach. – Zanim jednak my – akcentuje to my - porozmawiamy, pogadajcie z towarzyszem Adamskim. On najlepiej wie, jakie jest odczucie społeczeństwa w tej sprawie – spławia mnie, a sam zamawia kawę u sekretarki.

Zgodnie z poleceniem – rozmawiam.

Leopold Adamski jest aktywnym członkiem ORMO i pasjami zaczytuje się w jedynie słusznej lekturze, jaką jest organ „W służbie narodu”, za czym przyjechał aż z Wejsun. Dodatkowo jest także społecznym sekretarzem podstawowej organizacji partyjnej, ale kiedyś ho!, ho! Był osobistością znaczącą w ruciańskiej gminie.

Na początku był operatorem ciągnika, czyli po prostu traktorzystą w spółdzielni kółek rolniczych. W dowód uznania wkrótce powierzono mu kierowanie firmą, co rychło okazało się zajęciem przerastającym jego możliwości. Spółdzielnia zakończyła żywot podle – odnotowała 33 mln zł strat, co w latach .70 graniczyło z rekordem. Wobec tego połączono ją ze spółdzielnią w Mikołajkach, były prezes zaś zakończył karierę za ladą sklepu monopolowego nieopodal Rucianego.

- Dobrze, że zechciał pan zająć się tym bagnem – sklepowy Adamski bez ogródek przechodzi do sedna, kiedy komendant Lota użycza nam swego gabinetu. – Oko ludzkie tego nie widziało, co oni chcą zrobić z tym człowiekiem – o swoim szefie ze strukur ORMO, a ze współczuciem z głosie. – On, panie, wódy nie pije, jak inni, nie ulega im, jak Palmi, to niedobry, znaczy się.

- Powiem tak: gdyby komendant wojewódzki go odwołał – nawiązuje do krążących tu i ówdzie plotek – to okazałby się słabym komendantem. Ten wojewódzki – żeby nie było niejasności i bije się ręką w piersi. – Zanim on tu przyszedł, po Szczytnie – głową wskazuje drzwi, za którymi zniknął szef - całe towarzystwo chadzało niczym bezpańskie psy. Gang pijaków, co łamie prawo i sam jest ponad prawem. Niech mi pan wierzy: każdy z członków egzekutywy jest w konflikcie z paragrafem. Jak nie bimber pędzi, to nielegalnie prowadzi działalność turystyczną – recytuje Adamski jak lekcję wykutą na blachę, że ledwie nadążam. – Tu, panie, naczelnik po pijaku jeździ, sekretarz kombinuje załatwienie sprawy, a jak komendant zaprowadził porządek, to hura na niego, wiadomo.

- Phi, partia w działaniu? – pan raczy żartować – nabiera oddechu do dalszego ciągu oracji. – Jak tu partia może być aktywna, skoro dyrektor Nidy prowadzi pół legalny handel meblami?! Prominentom w Suwałkach i Olsztynie sprzedał coś z siedemset kompletów. Tylko fakturty w sklepie opłacali.

- Swoją drogą nie wiem, skąd oni tego karmazyna i aparata wytrzasnęli.U niego wyłącznie drinki i mędrkowanie odchodzą – o sekretarzu Michalaku wypowiada się bez ogródek. – Od X zjazdu nie ma u nas żadnych przyjęć, zastój kompletny, zniechęcenie całkowite.

- Albo szkoła, weźmy na ten przykład. To cud, panie, że kara takiego jeszcze nie dosięgła, bo Grzymkowskiemu nie wybaczymy nigdy, że od dziesięciu lat budowę szkoły w Wejsunach hamuje. Jest, panie, hektar placu, opodatkować się możemy nawet i po 30 tysięcy.To mało? Jak mało, damy po więcej. My – Polacy – chcemy mieć polską szkołę! Czas najwyższy, żeby nasze dzieci przestały się gnieździć w poniemieckich budynkach. Czyż nie zasłużyły na polską szkołę w tyle lat po wojnie?

- Kiedy ja jestem w porządku, to komendant jest do mnie grzeczny i uprzejmy. U niego, panie, jedna jest moralność: jest czysty jak łza. Alkoholu do ust nie weźmie za żadne skarby, w układy nie wchodzi, za czyny społeczne łapówek nie bierze. I pod takim człowiekiem – artykułuje wyraźnie – dołki się kopie. I to jest właśnie skandal nad skandale!

- Panie, czy pan myśli, że ja tak to wszystko na gębę? Bym tak bez pokrycia gadał? – stuka placem w rozłożone kartki. – Na wszystko jest potwierdzenie, na wszystko są zebrane dowody. U nas nic nie ma na gębę.

 

*             *              *

 

- Wiele by mówić o tym, co się u nas dzieje – przyjście komendanta zwalnia Adamskiego, który żegnając się, spiesznie odchodzi. – Słyszał pan wyraźnie – chociaż porucznika przy rozmowie nie było – wszyscy są przeciwko mnie. A przecież ktoś musi pilnować tutaj porządku.

Ja wskaźniki w wykrywalności mam bardzo dobre, jedne z najlepszych w województwie. W .83 było siedemdziesiąt cztery koma jeden, a w zeszłym już 94 koma zero zero. Postęp – z której strony by nie spojrzeć – widoczny. Na dowód mam biuletyny resortowe, dyplomy, listy pochwalne.To jeszcze mało?

- A tu takie podziękowanie za ciężki trud – pociera spracowaną ręką zafrasowane czoło, przeskakując z tematu na temat. – Człowiek haruje od rana do nocy, świątek, piątek dziewiętnaście lat tu jestem, na tym posterunku – wali ręką w stół konferencyjny dla podkreślenia, że tylko prawdę rzecze. – I to bez możliwości awansu! Do tego teren trudny, jak nie wiadomo co. Na prośbę kierownictwa resortu jestem w Rucianem, a tu ci masz! I za to, że człowiek chce te niegospodarności ukrócić, te korupcje i malwersacje - takie podziękowanie!, taka wdzięczność! Wie pan, o której dzisiaj się położyłem? O czwartej nad ranem! I co pan na to?! – jego twarz przybiera cierpiętniczy wyraz.

- O każdym z tamych – kciukiem wskazuje za siebie – można by o – tyle – powiedzieć – rozkłada szeroko ramiona, jakby chciał obrazowo pokazać ile, gdy pytam o konkrety, wymieniając nazwiska. – Proszę bardzo, tu nie ma czego ukrywać, tu sama jawność.

- Weźmy, na ten przykład, Rodzima Henryka, tego owczarza z Ukty i Ruszczyńskiego Zenona, prezesa gminnej spółdzielni. To jedna spółka, jedna ręka, że tak się wyrażę, bo kiedy z zaopatrzeniem w mięso kiepsko było, to Rodzim sprzedawał Ruszczyńskiemu owce do restauracji. Czy to nie biło ludzi po oczach? Tu, panie, bryndza i tylko haki w mięsnym, a tu owca w restauracji. I to jak sprzedawał?! Po pierwsze – sprzedawał po cenach niekorzystnych dla spółdzielni, ale dla siebie – ho!, ho! Mało tego! Ci dwaj po niskich cenach odkupili skóry. A pan wie, co to znaczy skóra z barana? Jaki to pieniądz?! A oni wiadomo – do spekulacji. A 70 czy 80 skór to majątek.

- Wierutne kłamstwo! – replikuje prezes Ruszczyński i odszukuje w dokumentacji kwit przelewu nr 45/67 z 5 lipca 1984r. z gs w Mikołajkach, a tam wyraźnie stoi, że za 50 skór owczych po 7 tys. Zł i 15 po 5600 zl, kwotę 434 tys. Zł przelano na konto GS w Rucianem Nidzie. – Panie – dodaje – chyba tylko ktoś o niezdrowych zmysłach pchałby się w dzisiejszych czasach w takie kłopoty.

- Owce sprzedawałem po obowiązujących wtedy cenach – wyjaśnia Henryk Rodzim, którego odszukuję w Ukcie. – Skóry natomiast osobiście odwoziłem do Mikołajek, na skup. A to z tego względu, że jestem ich stałym dostawcą i ze mną nie mogliby pograć, jak z pierwszym lepszym, bo znam się na klasie i jakości.

- To jest zgrana sitwa – ciągnie komendant. – Kto z nimi nie trzyma, tego zaraz pozbywają się.Chyba że człowiek jest mądry i sam stąd ucieka. Niech pan zapyta Stanisława Kobylarza, byłego wiceprezesa gs, dlaczego odszedł. Mnie powiedział wyraźnie: Nie chcę leźć w to gówno, a potem w kryminale siedzieć. Niech pan spyta – zachęca – na pewno nie zaprzeczy.

- Co mi pan chce tu wmówić? – obrusza się do żywego były wiceprezes spółdzielni, z którym spotykam się w Rucianem. – To wierutne kłamstwo wyssane z palca. Nic takiego komendantowi nie mówiłem – denerwuje się coraz bardziej. – Do sanepidu w Piszu przeszedłem za porozumieniem stron, z własnej woli,ale nie z przyczyny, jakie panu przedstawiono.

- Oni dobrali się, jak w korcu maku – porucznik Lota ma także niezłe rozeznanie w stosunkach panujących w radzie nadzorczej banku spółdzielczego. – Sobie milionowych kredytów udzielają, a wzorowemu rolnikowi, postępowemu, figę z makiem pokazują. Taki Zadrożny Jan, z Ukty, dla przykładu. Zdaje rocznie za milion siedemset, a nie może wyprosić sto tysięcy pożyczki na remont domu.

- Pożyczka? Jaka pożyczka? – Zofia Zadrożna w żaden sposób nie jest w stanie przypomnieć sobie, by mąż ostatnio występował o pieniądze do banku. Milczy długo, usiłując skojarzyć fakty. - Owszem – odgrzebuje w pamięci – składaliśmy kiedyś, ale to było w .73, może w .74, najwyżej w .75 – sprawę uważa za przedawnioną. Tym bardziej, że banku spółdzielczego w tamtych czasach w Rucianem nie było.

- Na pewno doszły do pana wieści o naszym przeszukaniu u Kubackich – Józef Lota odkrywa kolejne karty. – Ale to są bzdury niczym nie poparte.Po pierwsze: do budynku nikt nie wchodził. Po drugie: z podporucznikiem Rozentalem z rejonowego urzędu spraw wewnętrznych w Piszu asystowaliśmy czterem komisarzom z Izby Skarbowej w Suwałkach w czynnościach lustracyjnych. Pomagaliśmy, bo oni nie znają terenu. Po trzecie – liczy na palcach – Kubaccy wykupili pięć kilometrów linii brzegowej nad Bełdanami, gdyż chcą pensjonat na dwadzieścia parę pokoi stawiać. Ale niech pan nie szuka – gdy grzebię w stosie podsuniętych zdjęć – tej willi żeśmy nie sfotografowali. Oni niby miętą się zajmują, a w rzeczywistości – kto ich tam wie... – ruch ręką obrazuje coś nieokrślonego.

- Zdaję sobie sprawę, że dla urzędu gminy rolnictwo to przede wszystkim żywiec, mleko i zboże – Marian Cezary Kubacki oprowadza mnie po gospodarstwie, które, wraz z żoną, prowadzą od 12 lat. Dzisiaj oni właśnie są największymi producentami mięty w kraju. W zeszłym roku zdali 20 ton suszu, a dochodowość wyniosła prawie 4 mln zł. – To fakt,że żona jest członkiem rady nadzorczej, ale przez ten czas tylko raz przyznano nam pożyczkę: milion sześćset na remont budynku.

- To był prawdziwy desant – wraca pamięcią do tamtego wydarzenia. – Spadli, niczym grom z jasnego nieba. Tu jedni fotografują, inni mierzą, a reszta zabrała się do przeszukania domu. To nie są gołosłowne zarzuty – Kubacki ma świadomość, co grozi mu za zniesławienie władzy. – Mogą poświadczyć to naoczni świadkowie. Na dodatek, nas przy tym nie było. W domu byli wyłącznie goście. Kiedy dzieci zawiadomiły nas o wtargnięciu, wyprosiłem milicję. Na odchodne usłyszałem od podporucznilka Loty, że on specjalizuje się w nękaniu ludzi, a podporucznik Rozental służbowo zabronił mi komentowania wyrazu jego twarzy.

Nazajutrz przyjechali w celu poszukiwania rzekomo nielegalnie zatrudnionych. Tak jak i poprzednio – bez nakazu przeszukania. Kiedy żona stanowczo ich wyprosiła, komendant Lota oświadczył, że żaden nakaz nie jest mu potrzebny. W zupełności wystarczy legitymacja służbowa.

 

- Tego rodzaju przykładów mam dziesiątki – porucznik Lota wie dokładnie, co dzieje się na jego terenie. – Metelski, na ten przykład, miał kolegium za kłusownictwo jenotów. Rolnika Wnuka kolegium ukarało grzywną – 22 tysiące, kuzynowi sekretarza zabrano prawko za jazdę po wódeczce, naczelnikowi też. A on sam, naczelnik, znaczy się, na ostatnim balu narobił w spodnie. Niech się pan nie uśmiecha – z przyganą w głosie – są na to świadkowie. Oni też mogą zeznać, że kiedyś, przy ognisku, naczelnik tak popił, że rozebrał się do naga. Takie numery tu odchodzą!

- Nadużycia wykryliśmy również w kawiarni „Maszaberla”, prowadzonej przez gminny ośrodek kultury. A tam dyrektorką jest żona sekretarza Michalaka – i podnosi palec do góry, jakby nawoływał mnie do pokojarzenia faktów. - Nie dość, że ajent kupował peweksowskie alkohole za dewizy nie wiadomo jak zdobyte, to jeszcze znaleźliśmy 160 lewych bloczków z wejściówkami. Na ponad dwa miliony złotych! – podkreśla dla oddania dramatyzmu sytuacji.

- Akurat tydzień temu mieliśmy rekontrolę z wydziału finansowego urzędu wojewódzkiego w Suwałkach, piątą w ciągu ostatnich dwóch tygodni – Stanisława Michalak, dyrektorka ośrodka kultury ma serdecznie dosyć plotek, podejrzeń i atmosfery nagonki

– Nie stwierdzono żadnej spekulacji. Alkohole do kawiarenki kupujemy za złotówki w państwowych sklepach na Wybrzeżu, podobnie jak ci, którzy prowadzą lokale na odpowiednim poziomie. Zresztą, dwa miliony dochodu od sierpnia o czymś świadczy. Co zaś tyczy się owych bloczków, to jakieś wielkie nieporozumienie, żeby nie nazwać wprost:insynuacja. Wszystkie są opieczętowane i ponumerowane, i nie ma absolutnie żadnej mowy o nadużyciach i lewych korzyściach. Ilość sprzedanych na dyskoteki wejściówek musi zgadzać się z wpływami, to logiczne i nietrudne do sprawdzenia.

 

- Jestem za praworządnością, a fanatyków prawa szczególnie teraz nam potrzeba. Mówią o tym najważniejsze osobistości w państwie, przy każdej okazji – przypomina sobie tytuły z branżowej prasy. – Czy pan sądzi, że ktoś doceni, że to ja właśnie byłem w pierwszej trójce oficerów, która wdzierała się do pomieszczeń liderów Solidarności 13 grudnia? – nie przerywając monologu szuka w papierach odpisu pisma skierowanego do egzekutywy kawu partii w Suwałkach. – Na 26 zarzutów 90 proc. było bezpodsatwnych. Ale niech pan czyta sam.

Czytam więc sam.

„Skarżę się na uchwałę egzekutywy KMG PZPR w Rucianem Nidzie: 1/absolutnie bezpodstawnych i demagogiczych zarzutów wysuniętych przeciwko mojej osobie, 2/nieprzestrzeganie głównych założeń polityki kadrowej przyjętej na XIII Plenum KC PZPR, 3/braku moralnego prawa przynajmniej ze strony połowy członków Egzekutywy KMG do dokonywania oceny postaw moralno-etycznych, 4/niepodanie tematu Egzekutywy KMG zwołanej na 18 lipca 1987 r.”

- To nie wszystko – porucznik Lota tak łatwo nie poddaje się i walczy dalej.- Tutaj, panie, człowiek nie jest pewien dnia ani godziny. Niech pan czyta, co mi grozi – zaznacza akapit placem.

Czytam.

„(...)po kontroli, jakiej dokonali funkcjonariusze MO wspólnie z Urzędem Skarbowym, powiedział, że wyznaczył nagrodę w wysokości pół miliona dla tego, kto tego skurwysyna załatwi lub przeniesie”.

- A wie pan, kto to powiedzaił? – zniża głos do szeptu, by nawet tutaj, w budynku posterunku MO w Rucianem Nidzie, nikt tego nie usłyszał. – Chutkowski!!! Największy bogacz w mieście! To ten sam, co ma pięć samochodów! To właśnie u niego kończą się największe imprezy naszej śmietanki towarzyskiej – z przekąsem.

 

- Ładnie to tak władzę straszyć? – zagaduję Edmunda Chutkowskiego, porządkującego kawiarnię przed otwarciem. – Pan zdaje sobie sprawę, co to znaczy grozić komendantowi?

Oczy starszego człowieka nie ustępują wielkościom spodków  na stoliku. Z wrażenia nie może wykrzusić słowa.

- Co? Jak? Co za niedorzeczności pan opowiada! Człowieku, zastanów się, co mówisz?!

Przytaczam fragment pisma, już znanego i w województwie.

Siada całym ciężarem, jak ktoś, kogo dobiło nagłe nieszczęście.Widać, że nie może zebrać myśli. Przywołuje żonę na świadka rozmowy.

- Człowieku, to najgorsza potwarz, jaką w życiu usłyszałem – butelka dzwoni o szklankę, gdy nalewa wodę. – Tych słów nigdy nie wypowiedziałem! Boże, co za los spotyka mnie na stare lata!

Uspokaja się, już może mówić.

- Nieprawdą jest, że odbywają się tutaj jakieś imprezy dla wybranego towarzystwa. Nie był tu ani sekretarz, ani naczelnik. Przepraszam, naczelnik był chyba ze trzy razy, kiedy organizował choinki dla dzieci, bo jako jedyni w Rucianem mamy video. To wszystko.

Papiery są w porządku i nikt mi szwindli nie zarzuci. Alkohole sprowadzamy z Gdańska, za złotówki, są na to wszystkie rachunki. Nie ma mowy o jakimś układzie z naczelnikiem, bo decyzję na prowdzenie kawiarni wydaje województwo.Na rok, potem trzeba występować o przedłużenie. Miejscowe władze wyłącznie opiniują , po roku pozwolenie albo przedłużają, albo i nie.Ale w Suwałkach.

 

Prawda – jestem zamożny, lecz pieniądze zdobyłem ciężką pracą. Legalnie – podkreśla. – Byłem w Stanach i dolary zainwestowałem w biznes, który teraz przejął syn. On także był dwa lata za granicą i dorobku nie roztrwonił. Mamy cztery samochody – każdy z synow ma swój, ja także. Mamy również dostawczy, bo biznesu bez bagażówki prowadzić nie sposób, to chyba wie każdy, kto ma choć trochę pojęcia w głowie. Tylko za lipiec wpłaciłem siedemset tysięcy podatku, a to mówi samo za siebie.

Jak na mój rozum – już trochę uspokojony – komuś bardzo zależy, żeby niezgodę i zamęt siać w miasteczku. Tylko komu? – zastanawia się, przedłużając milczenie, bym i ja pomyślał.- Jeśli do mnie sześć instancji zjeżdża, żeby odszukać ubikację, co – rzekomo – w papierach jej nie ma, to o czym dalej mamy dyskutować?

Za oknem kawiarni „Roxana” przechadzają się rozleniwieni urlopową sjestą wczasowicze, nieświadomy, że zjechali do miasteczka, w którym w każdej chwili może dojść do eksplozji.Ludzkich namiętności, zawiści, donosów, podsrywań, tak bliskich naturze człowieczej.

 

         *               *                *

 

Im dłużej jestem w Rucianem Nidzie, tym gorszych rzeczy dowiaduję się. To one właśnie powodują, że mnie także nasuwają się niemiłe skojarzenia z lat, które – na szczęście – znam tylko z historii. Tutaj natomiast – o zgrozo! – żyją i pracują ludzie, którym odtrącona przeszłość na powrót zalazła za skórę, oczy zamgliła i doskiera boleśnie na każdym kroku.

Dowiaduję się zatem, że przeciwko 17 osobom, oskarżonym o nielegalny handel meblami (zarzut:spekulacja) prokuratura wojewódzka w Suwałkach umorzyła śledztwo (akta sprawy DS 6/85).

Dalej słyszę, ze pporucznik Józef Lota na moście w Ukcie pobił syna Wiesława Kozackiego, kilkunastoletniego chłopca. Przez półtora roku szykanował Metelskiego, posądzając go o kłusownictwo, podczas gdy to psy na jego polu zagryzły jenota.

Słyszę także o dużej ilości drewna, które kupił sam komendant za 130 tys.Owszem, legalnie, tyle że na dzień przed podwyżką, nie mając przy tym pozwolenia na budowę.

Dowiaduję się też o bezprawnym aresztowaniu Jerzego Wnuka, jednego z najlepszych gospodarzy w gminie, niestrudzonego społecznika od lat. I to za co? Za domniemywane przestępstwo.

- Nie przeczę, że szkoła w Wejsunach nie jest potrzebna – wyjaśnia Adam Grzymkowski, inspektor oświaty i wychowania, przewodniczący miejsko-gminnej rady narodowej, także posądzany o lewe interesy.- Musimy jednak brać pod uwagę realne możliwości finansowe, a takich obecnie nie ma. Ośrodek Polskiej Akademii Nauk w Popielnie wycofał się z wcześniejszych uzgodnień i partycypowania w kosztach, i stąd trudności. Widzieliśmy pilniejszą potrzebę – w Nidzie, i tam oddaliśmy szkołę, wybudowaną przy znacznym zaagażowaniu społeczeństwa. Co nie oznacza bynajmniej, że wejsuńskich bolączek nie dostrzegamy.

 

- Dwukrotnie byłem zatrzymywany na 48 godzin – zaznacza we wstępie Franciszek Dąbrowski, zastępca przewodniczącego miejsko-gminnej rady narodowej, ongiś prezes ZSL, od października .86 bez pracy. – Milicja za wszelką cenę chciała udowodnić, że, jako pracownik gminnej spółdzielni, kupowałem świnie od rolników w celach spekulacyjnych, naturalnie z korzyścią dla siebie. Kiedy siedziałem w areszcie, „nieznany” sprawca włamał się do mojego biurka w poszukiwaniu dokumentów. Zamierzano wykazać, że fałszowałem je. Że miałem z tego 23 tysiące złotych zysku.Dzisiaj nikt nie chce przyjąć mnie do pracy. I wszędzie słyszę: Chłopie, zrozum, ale ja nie chcę przez ciebie mieć kłopotów. Wiesz sam od kogo, więc nie nalegaj – przypomina, niczym powtarzany refren. - Przez całe życie pracowałem uczciwie – bez kar,upomnień, dyscyplinarek, broń Boże. Angażowałem się społecznie, a teraz postąpili gorzej niż z Cyganem złapanym na gorącym uczynku – mężczyzna zakrywa twarz chusteczką.

- Jestem zaskoczona potęgującą się działalnością represyjną w Rucianem Nidzie. Niedługo dojdzie do tego, że ludzie będą bali się wyjść na ulicę – powiedziała podczas pamiętnej egzekutywy T. Waszkiewicz, a mnie potwierdziła to samo.

- Nie ukrywam, że zmuszony zostałem do zrezygnowania ze służby – zwierza się były funcjonariusz MO, pan Karol, obecnie taksówkarz. – Dzisiaj jest tak, że w Rucianem matki straszą niegrzeczne dzieci – wie pan kim? – porucznikiem Lotą – wypowiada to z jakimś smutkiem, bez uśmiechu, choć to dowcip przedni i na czasie, bo teraz z władzy podworować można.Byle wiedzieć przy kim i nie za głośno.

Chyba dlatego, że jego ojciec, siedemdziesięcioletni staruszek, został aresztowany na 54 godziny za wręczenie łapówki.

- Panie, we wszystko bym uwierzył, tylko nie w to – kończy,choć chciałby jeszcze pogadać, lecz pasażer już drzwi taksówki otwiera. – Ojczulek jest chciwy, jak wszyscy diabli. On i łapówki! Dobre sobie!

 

 

*             *             *

 

 

Plakat w centrum miasteczka zaprasza na wrześniowe spotkania z poezją Gałczyńskiego, który lata przemieszkał w niedalekiej leśniczówce Pranie.

Swego czasu Mistrz Ildefons, znakomity obserwator życia ojczyźnianego, który po wódce całował konie krakowskich dorożkarzy w chrapy, napisał był wierszyk:

 

       Rząd jak piórko w górę leci,

       a naród jak ten kloc z ołowiem –

       i stąd powstaje, moje dzieci,

       pewna dyspepcja, że tak powiem.

 

            Bardzo bolesny jest ten przedział,

            myślalem właśnie wczoraj w windzie...

            Boże mój, gdybym wcześniej wiedział,

            tobym urodził się gdzie indziej.

 

 

*              *              *

 

 

Post scriptum

 

Reportaże  „Ponad prawem”, a potem „Działka dla praworządnego” ukazały się w listopadowych numerach Tygodnika Krajobrazy.

Było to w siedem lat po Sierpniu i my, dziennikarze, z dużą dozą nieufności, ale jednak, uwierzyliśmy w zapewnienia płynące z najwyższych trybun.

Uwierzyliśmy, że władza naprawdę dąży do demokratyzacji życia, skąd chce wyeliminować patologie, dające znać o sobie na każdym kroku – układy kolesiów, nepotyzm, korpucję, hegemonię partii i zamordyzm służb specjalnych.

Byliśmy przekonani, że Sierpień, i to wszystko,co działo się później, były wystarczającą lekcją politycznego rozsądku. Że teraz już intencje władz są czyste i uczciwe, podyktowane nareszcie  - po tylu dziesięcioleciach – dobrem narodu.

Miało okazać się, iż były to kolejne kłamstwa, dalsze oszukiwanie naiwnych, gra na zwłokę.Mamienie obietnicami, których tyle już było w przeszłości, a i przyszłość ich nie poskąpiła.

W tym czasie ja przebywałem na urlopie w RFN,gdzie, pracując jako gastarbeiter, zbierałem materiały do Dojcze Triptychon (o czym w reportażu Nicht Arbeit).

Natychmiast okrzyknięto mnie zdrajcą, który za judaszowe srebrniki ojczyznę zaprzedał i uciekł na Zachód. Za oskarżeniem o sianie niepokoju społecznego (piszę o tym w reportażu „Działka dla praworządnego”), występowanie

przeciwko porządkowi i ładowi oraz destabilizację sytuacji w gminie i miasteczku Rucianem Nida kryło się żądanie mojej głowy – wyrzucenie z zawodu oraz zakaz publikowania. Trzeba przy tym pamiętać, że w tamtych latach były to naprawdę ciężkie zarzuty.

Władza, choć przeczuwała koniec, jeszcze pokazywała zęby, jeszcze usiłowała gryźć. Nagłośnieniem mojego przypadku chciała przekazać środowisku dziennikarskiemu wyraźny sygnał, że kontroluje sytuację, a nieprawomyślnych czeka pohybel.

Dalej wszystko potoczyło się jak za najlepszych lat Iosifa Wissarionowicza – za zamkniętymi drzwiami, bez możliwości obrony i wyłożenia swoich racji,bez udziału obwinionego, którego zapoznano jedynie z „wyrokiem”, wydanym zaocznie.

Jak dowiedziałem się później, wybronił mnie mój Naczelny – Marek Starczewski i fakt, że nie sprzedałem się za judaszowe srebrniki i w terminie wróciłem do kraju.Tyle że już nie na poprzednie stanowisko w redakcji.

 

Teraz, kiedy przypominam sobie wydarzenia sprzed ponad dwudziestu lat, na usta cisną się słowa piosenki Nie warto było z losem się droczyć, bowiem nadal wszystko jest jak dawniej.

Prawie wszystko.

Prawie, bo ja raz na zawsze przestałem ufać władzy, choćby nie wiem z jakiego nadania pochodziła, bowiem limit mojej wiary został wyczerpany.

 

 

DZIAŁKA DLA PRAWORZĄDNEGO



Tekst wyróżniony III nagrodą w ogólnopolskim konkursie na reportaż sądowy w 1989 r., organizowanym przez „Prawo i Życie”


W tym miejscu Bełdany podpływają do lądu szeroką, piaszczystą plażą, wymarzoną do kąpieli. Dalej, niby naturalny żywopłot, strzegący to cudowne miejsce przed zawistnymi spojrzeniami, wiekowe sosny Puszczy Piskiej.
Wieś przytuliła się do ściany drzew długą zabudową. Jednodrożną ulicówką, biegnącą wzdłuż brzegu.Tęże samą, którą wytyczono w 1711 roku, kiedy to z nadania księcia Fryderyka Wilhelma osadnicy otrzymali do zagospodarowania dwie włóki ziemi. Mimo obfitości ryb w jeziorach, zwierzyny w lasach oraz wielu przywilejów zaledwie pięciu kmieci zdecydowało się na osiedlenie w Wigrinnen.Przeżywająca okres bujnego rozkwitu w połowie XIX w., wieś podupada po II wojnie, co wiązało się z ucieczką Mazurów z Prus Wschodnich. Zelektryfikowana dopiero w 1960 r. , w blisko 30 lat później (w 1987r.) wieś sołecka Wygryny liczy 385 mieszkańców.
- Co z tego, kiedy miejscowych, tu urodzonych na palcach obu rąk łatwo policzyć.Dzisiaj nie ma już Wygryn. Tych prawdziwych, mazurskich - powie mi z żalem Leszek M., dawniej I sekretarz partii w Rucianem Nidzie, gdy przyjdzie nam roztrząsać problemy turystycznego zagospodarowania gminy. – W zamian za to jest trochę Białegostoku i Łomży, lecz dominują Warszawa i Łódź.

Faktycznie – przed dawnymi chatami, pamiętającymi lipcowy plebiscyt na Warmii i Mazurach w .20 roku, niklami błyszczy paryski salon samochodowy. Z rzadka przeświecają motoryzacyjne wypierdki z demoludów, skrywane wstydliwie w cieniu stodół. Za opłotkami, tfu! – za solidnymi parkanami, ostrzegającymi groźnie brzmiącym PRIVATE, nowobogacka architektura na indywidualne zamówienie.I reklamówka Ameryki przeniesiona w puszczańską głuszę - kolorowe parasole, dostanio ubrane dzieci,dobrze odżywione, zadbane psy. W eksportowej wiklinie, zdobytej nie wiadomo jak, podochocone towarzystwo, zmęczone drinkowaniem, upałem, robieniem interesów i szmalu. W tle światowe przeboje, rozbrzmiewające ze sprzętu, jakiego daremnie szukać od Bałtyku po Tatry. Na stolikach pewex, w powietrzu woń zagranicznych papierosow, potraw godnych delikatnych podniebień i świeżo parzonej kawy.
Nadchodzący wieczór kończącego się sierpnia zgromadził prawie wszystkich mieszkańców kurortu.Początek – jak już mówi się modnie – łikendu skrzyknął rezydentów rozsianych po Polsce.
- Niech pan popatrzy – dawny aparatczyk prowadzi mnie na przystań, wychodzącą daleko w jezioro.Nieopodal, w rytm wieczornej bryzy, bujają się cudeńka po kilkadziesiąt milionów sztuka. – Czujesz pan? – a kiedy mówię, że śmierdzi wyłącznie gnijącym sitowiem i wodorostami, exsekeratrz przywołuje mnie do porządku.
-Mój panie, TU nie ma prawa śmierdzieć. TU wyłącznie pachnie. I to forsą tak wielką, że obaj razem wzięci nie jesteśmy w stanie tego wyobrazić.
Jakby dla potwierdzenia tej oczywistości o nieboskłon uderza zaśpiew damsko-męski o wysokim stopniu spożycia. Sokoły mieszają się z Czerwonym pasem, a później z bogoojczyźnianą Ukrainą i Góralem. Różnokolorowe lampiony rozbłyskują poświatą, muzyczka full, a wówczas Wygryny wydają się być najszczęśliwszym miejscem na ziemi pod wdrapującym się na niebo miesiączkiem.

- Kto ma tutaj kawałek chałupy albo działeczkę, niewielką nawet – zdradza tajemnicę miejscowych Leszek M. – to tak, jakby miał kartę wstępu do elitarnego kluby dla wybranych. Czy wobec tego dziwić można się ludziom – uogólnia przykład – że gotowi są na niejedno, byleby łyknąć najmniejszy choć spłachetek gdzieś nad jeziorami mazurskimi?

+ + +
Z listu:

„Proszę nie posądzać mnie o zawiść, ani o to, że jestem stronniczy. (...) Dlaczego jednak działkę w Wygrynach ma dostać porucznik Lota, a nie rolnicy: Piętak czy Albin? Przecież Lota pracuje, dostaje pobory, i to wysokie (proszę zobaczyć w „Polityce”, ile wynoszą średnie zarobki pracownika MSW), podczas, gdy dla nich gospodarka jest wyłącznym źródłem utrzymania. A jakże to pan naczelnik, co działkę panu porucznikowi przydzielił , sobie wyobraża: mieszkanie w Rucianem, praca w Piszu, a pole w Wygrynach? Każdy panu powie, że to wierutna bzdura, bo tu nie chodzi o żadne uprawy, tylko inwestycję rekreacyjną.(...)
Jak długo jeszcze w Polsce faworyzowana będzie milicja? A u nas pan porucznik Lota, co niejednemu człowiekowi łez z oczu nawyciskał. I takiemu to „rolnikowi” lekką rączką przyznaje się prawie cztery hektary gruntów, chociaż wszyscy w okolicy wiedzą, że ta ziemia nigdy nie ujrzy trudu polskiego rolnika.(...)”

List o takiej treści – zaadresowany Red. Andrzej Gawecki, Tygodnik Krajobrazy, Suwałki - dotarł na moje biurko na początku lipca 1989r. W półtora roku po opublikowaniu reportażu Ponad prawem.
Kartka maszynopisu sygnalizowała dwa ważne problemy: w Rucianem Nidzie nadal o spokoju można wyłącznie co najwyżej pomarzyć, a strach przed ujawnieniem nazwiska jest silniejszy od zapewnień o wprowadzaniu praworządności w Polsce, co słychać do czasu do czasu z Warszawy.
W każdym bądź razie osoba Józefa Loty, dawniej komendanta MO w Rucianem Nidzie, obecnie pracownika rejonowego urzędu spraw wewnętrzynych w pobliskim Piszu na powrót stała się obiektem społecznego zainteresowania.

+ + +

Najważniejsze to wstrzelić się w trop. Ten właściwy, bez pudła, by nie tracić czasu, a rozpytywaniem nie wywoływać zbędnych dociekań i sensacji w małym miasteczku. Co w przypadku anonimu dalekie jest nawet od pobożnych życzeń.
Od czegóż jednak dziennikarski nos,lata praktyki i przysłowiowy łut szczęścia?
- Przed kilkoma laty, może pięć, może sześć, porucznik Lota złożył podanie. Chciał, by przydzielono mu działkę budowlaną pod pensjonat przy ul. Słowiańskiej w Rucianem – po długich zabiegach i przepytywaniach docieram do Ryszarda K., dwa lata wstecz odwołanego ze stanowiska naczelnika miasta. – Wspólnie z Adamem G., poprzednim przewodniczącym rady narodowej, mieliśmy je rozpatrzeć. Oczywiście, komisyjnie, i to wraz z paroma innymi podaniami.Wiadomo jednak, jak można rozpatrywać, prawda? – patrzy mi w oczy, jakby spojrzeniem chciał przekazać tajemnice różnych wariantów tej czynności.
- Co tu się czarować? – byliśmy w bardzo niezręcznej sytuacji, bo zdawaliśmy sobie sprawę, że Lota do działki dopadnie w cuglach. A my nie chcieliśmy maczać w tym rąk, ani tym bardziej swoimi nazwiskami parafować protokół.Domówiliśmy się między sobą i obaj – wraz z przewodniczącym - dopisaliśmy się do listy chętnych, co, w świetle przepisów, eliminowało nas ze składu komisji. Ta jednak zreflektowała się, co jest grane, a może też i instrukcje ciche z Suwałk przyszły, dość że działką obdarowano pracownika z zakładu płyt wiórowych w Rucianem Nidzie.
Pamiętam tę sytuację,jak dziś. Lota po ogłoszeniu decyzji komisji podszedł do mnie: Was tu nie będzie, a ja swoje dostanę.
Jak pan widzi, jest cierpliwy i konsekwentny – kończy aktualnie etatowy pracownik obsługi rolnictwa, wiedząc, za czym tropię kolejny dzień po przyjeździe do znanego mazurskiego wczasowiska.

- Cóż w tym dziwnego, że przydzieliłem działkę porucznikowi Locie? – Zbigniew Popielarczyk naczelnik miasta i gminy daje mi wyraźnie do zrozumienia, że przedmiot moich dociekań zadowoleniem go nie napawa.
Zrazu próbuje rozmowę zwekslować na boczne tory, podsuwając bardziej– jego zdaniem, jako władzy – interesujące dziennikarza tematy. A tym samym zbagatelizować podnoszący się tu i ówdzie szumek tzw. niezadowolonego społeczeństwa.
- Skorzystałem wyłącznie z przysługujących uprawnień i działkę przydzieliłem osobie gwarantującej efektywne jej wykorzystanie. Czyżby tropił pan wszystkie decyzje w województwie?– ironizuje. – Dobrze.Jeśli już pan tak bardzo nalega, udostępnię dokumenty, ale po raz kolejny powtarzam: Nie widzę tu żadnego przyczynku do sensacji.
W ten oto sposób dotarłem do teczki kryjącej tajemnice działki nr 86/2, o powierzchni 3,82 ha, leżącej we wsi Wygryny, nad brzegiem jeziora Bełdany, na Mazurach.
Jej dzieje były zupełnie prozaiczne.
Przez długie lata pastwiska poślednich klas, trochę lasu i nieużytków obrabiał w dzierżawie Jerzy Albin, rolnik. Powodów do radości z tego tytułu bynajmniej nie miał: ziemie kiepskie, z Funduszu, zaniedbane. Niedoinwestowane, więc nic dziwnego, że chętnego do kupienia nie było, mimo że władza na siłę nieomalże wpychała.
Jedyna korzyść – grunta graniczyły z Albinowymi, zatem i turbacji przy obrabianiu nie było. Jeśli już, to z powiększającym się stadem owiec, na pastwiska dla których w 1986 r. dokupili część ziemi.
Pozostała prawie czterohektaowa resztówka. I tę właśnie na początku 1989r. gmina na sprzedaż wystawiła, sołtysowym obwieszczeniem na tablicy w środku wsi Wygryny wieszając.
Wtenczas to Albinowie, po rodzinnej naradzie, doszli do wniosku, że takiej okazji przegapić nie można, bo co swoje, to swoje, a nie dzierżawione. Tym bardziej, że kierunek zdecydowany na hodowlę biorą, a każda tona paszy to dodatkowe pieniądze przy powiększonym stadzie.

6 lutego 1989r. bank spółdzielczy w Rucianem Nidzie pozytywnie opiniuje starania Jerzego Albina. Jedynego chętnego do schedy po Państowym Funduszu Ziemi.
Kiedy– wydawało się – godziny tylko dzieliły od uprawomocnienia się decyzji, w banku zjawili się, jakby obudzeni z letargu, następni kandydaci: Józef Lota, pporucznik milicji oraz Michał Piętak, rolnik z paroletnim stażem i warszawskim rodowodem.
I w tym właśnie momencie wydarzenia zaczęły nabierać iście szekspirowskiej dramaturgii. Tym bardziej, że w gabinecie dyrektorki banku urywał się telefon od naczelnika Popielarczyka z wyraźną „sugestią” , by uwzględnić nie tyle dwa, co jedno – i tu powiedziano które – podanie. No dodatek sprawę rozpocząć od nowa.
Na taki wabik szefowa wziąć się nie dała. Zachowała w pamięci smutny przypadek ex naczelnika i teraz ona nie chciała brudzić rąk śmierdzącą z daleka sprawą.
Odpisała uprzejmie lecz stanowczo:
„(...) Po terminie złożyli wnioski Ob. Józef Lota oraz Ob. Michał Piętak.Z tego powodu nie będą one rozpatrywane przez bank spółdzielczy. Nie wyklucza się jednak rozpatrzenia wniosków na ogólnym zebraniu kółka rolnicznego w Wygrynach.”

I w sierpniu, i w lipcu 1989r., a więc w kilka miesięcy po pamiętnym referendum, powtarzano w Rucianem , iż zebranie miało być wyłącznie przyklepaniem już podjętej odgórnie decyzji.
Jako pierwszy do walki o działkę przystępuje pracownik organów. Ten sam,który jeszcze nie tak dawno chełpił się dziennikarzowi, że był w pierwszej trójce wdzierających się do pomieszczeń liderów Solidarności w pamiętną, grudniową noc.
10 marca 1989r. przedkłada naczelnikowi Popielarczykowi własnoręcznie opracowany elaborat pt. „Założenia produkcyjne gospodarstwa szkółkarskiego we wsi Wygryny, o pow. 3,8 ha”. Z treści jasno wynika, iż życiową pasją pana porucznika milicji było, jest i będą nasadzenia krzewów ozdobnych i doglądanie drzew „ z uwagi na brak tego typu działalności oraz znaczne potrzeby indywidualnych nabywców”.
Dołączony wykaz obejmuje blisko dwadzieścia pozycji uprawowych i dowodzi, że rolnik z przyspieszonego kursu detalistą bynajmniej nie zamierza być.
Roczna „produkcja” obejmuje m.in. 1000 sadzonek „jabłoni kolumnowej balerina okulant kopany”, 2000 wiśni niskopiennych, 3000 borówki wysokiej, po 300 porzeczki czarnej, czerwonej i białej, 200 aronii, 200 leszczyny pontyjskiej, 500 jabłoni rajskiej, 5000 grabu, 100 dębu czerwonego, 100 sumaka octowca itp itd.
Z listy wynika niezbicie, że autor z literaturą przedmiotu zapoznał się gruntownie, wiedząc, co dzisiaj na rynku popłaca najbardziej.Potwierdza to wskaźnik efektywności, fachowym wyliczeniem stwierdzając, że roczna wartość produkcji gospodarstwa sięgnie 12 mln zł.
- Boże święty, to wcale nie było tak – słyszę od autentycznie wystraszonego instruktora Dziamowskiego z piskiej spółdzielni ogrodniczo-pszczelarskiej, kiedy usiłuję skonfrontować pobożny koncert życzeń ogrodnika in spe z realnymi potrzebami lokalnego rynku. Pytam go o to, jako że własnoręcznym podpisem i firmową pieczątką potwierdził tzw. Arkusz wskaźnika produkcyjności.
- Było zupełnie inaczej – słyszę teraz. – Pan Lota, nie, nie znałem go wcześniej, przyszedł do mnie i poprosił o wyliczenie wskaźnika z warzyw. Ma działkę, tak mówił, gdzieś pod Rucianem, postawi tunel i na miejscowy rynek będzie dawał wszystkiego po trosze: Wiosenne pomidory, sałatę, ogórki, no, warzywa, jednym słowem. Przyniósł gotowy formularz i te warzywa...Wszystko na papierze. Nie byłem na miejscu, nie oglądałem gospodarstwa...
- Obym mylił się, lecz sądzę, że pana Dziamowskiego celowo wprowadzono w błąd – odzywa się Hilary Jańczyk, kierownik hurtowni, przysłuchujący się naszej rozmowie.
- Po pierwsze: nikt rozsądny nie podpisałby się pod produkcją szkółkarską na tym terenie, bo nam – zwłaszcza w sezonie turystycznym – brakuje truskawek, kapusty, wczesnych zmieniaków, a nie leszczyny pontyjskiej.
- Po drugie – dzieli się spostrzeżeniami z szesnastoletniej pracy – dotychczasowe zapotrzebowania na drzewa i krzewy ozdobne pokrywamy w całości importem sadzonek z głębi Polski. Dodam w tym miejscu,że są to zamówienia jednostkowe.
Ponadto – w naszym regionie nie ma odpowiednich warunków klimatycznych do uprawy tak delikatnych roślin. Za zimno jest. Ponadto - zabierając się za tak poważną inwestycję, trzeba mieć bogatą praktykę ogrodniczą. Do tego koniecznie dobrą ziemię, nie taką jak tam, no i kapitalik – zamyśla się chwilę – jakieś 50 milionów przy dzisiejszych cenach. A zresztą, jakby pointował swój monolog – nie obiło mi się o uszy, aby ktokolwiek w tej części województwa suwalskiego na podobny wyczyn porywał się. Toż to niedorzeczne – cicho, do siebie.
- Wiem, że nie powienienem sporządzać wyliczenia bez szczegółowej dokumentacji, ale był w tej sprawie telefon z Giżycka. Dzwoniła pani dyrektor Listkiewicz i ona poleciła przygotować operatyw. Nie chcę kłamać, lecz nie przypominam sobie, czy dodała, żeby dobrze wyliczyc. Bo, wie pan, różnie można napisać. Różnie można wyliczyć, bo papier wszystko zniesie.
- To prawda, wydałam taką decyzję – słyszę nazajutrz od pani dyrektor, która pod żadnym pozorem nie życzy sobie ani imienia, ani nazwiska w prasie.
- Nie pamiętam, kiedy to było, ale telefonował do mnie naczelnik Rucianego, pan Popielarczyk. Sprawiał wrażenie osobiście zainteresowanego sprawą, bo zaczął od tego, że ma nowego producenta żywności. Pana Lotę, pracownika organów, jeszcze zażartował, lecz ja nie znałam. Prosił zatem, żeby sporządzić mu wyliczenie efektywności, bo do dokumentów niezbędne. Odparłam, że załatwię to, jak tylko będę mogła najszybciej, bo o tym, że to potrzebne „na wczoraj”, również nadmienił.Przedzwonię do Pisza, niech się tam zgłosi z papierami. Pan Lota nie przyjeżdżał do mnie, nie widziałam jego dokumentów.

+ + +

Z kolejnego listu, jaki na moje nazwisko trafił do redakcji.

„(...) Nikt, kto dłużej siedzi na Mazurach, nie zaprzeczy, że Lota dąży do urządzenia gospodarstwa szkółkarskiego. On tego pragnie z całych sił. I kiedy tylko dostanie te hektary, z kopyta ruszy do roboty.Weźmie pożyczkę, albo współudziałowców i zainwestuje miliony. Za jakiś czas dalsze pieniądze. I tak będzie przez parę lat, ale bez wyników, bo niemożliwością jest, żeby na podmokliskach cokolwiek wyrosło. Jak nie wygnije, to wymrozi. Ale jemu o to chodzi, bo ludzie będą żałować: Popatrzcie, jaki ten Lota biedny. Powróz na szyję uplątał, do końca życia z długów nie wyjdzie.Teraz on, odebrawszy szkodowe, zwróci się do urzędu o wyłączenie gruntów z działalności rolniczej. Proszę bardzo, powie wszystkim, widzieliście sami: Na tym nic nie urośnie. I tutaj dotykasz pan sedna.
Wiosną tego roku (1989 – przyp. mój – A.G.)za metr kwadratowy działki pod domek brano w naszej gminie po dwie, trzy marki, w zależności od położenia. Ten areał to 38200 m kw., a więc resztę można dośpiewać.
Albo tak: wyłączam grunta, wydzierżawiam pod zabudowę pensjonatów i kasuję czysty grosz.
Albo jeszcze inaczej: wchodzę w udział z przedsiębiorcą z erefenu. Wspólnie coś tam szykujemy, budujemy, przyjeżdżają turyści, płacą dewizami. Jak widać, kombinacji jest całe mnóstwo.”

+ + +


Okazjonalne zebranie kółka rolniczego, mającego „wolą ludu wyznaczyć” prawowitego sukcesora spornych hektarów, zorganizowano 5 maja 1989r., o osiemnastej.Miejscowych, z Wygryn, przyszło piętnastu. Jakby dla zrównoważenia sił, naczelnikowi Popielarczykowi – jak rzadko kiedy w wyjeźdźie – asysta towarzyszyła liczna.Stawili się kierownik referatu rolnictwa, przedstawicielka banku spółdzielczego, inspektor ds. gospodarki ziemią oraz – ni z gruchy, ni z pietruchy – kierownik urzędu stanu cywilnego.
Atmosfera od samego początku gęstniała z minuty na minutę i wiadomym było już, że spokoju nie będzie.

Z protokołu:
„Pan Lota powiedział, że ma uprawnienia rolnicze, a na nowo nabytym gruncie zamierza uprawiać krzewy ozdobne.(...) Zebranie nie przebiegało w spokoju. Ob. Naczelnik powiedział, że skoro zebranie nie przyniosło rezultatu, decyzja będzie trudna do rozpatrzenia”.
- Protokół nie zawiera wszystkiego, o czym wtenczas mówiono – zdradzi w cztery miesiące później Urszula Piętak, którą odwiedzamy z byłym sekretarzem. – Tego mianowicie, co kompromituje naczelnika Popielarczyka jako przedstawiciela administracji państwowej.
- Chcę zauważyć – informuję moją rozmówczynię – że mówi pani przy świadkach – Leszku M., teściowej, mężu.
- Mam tego pełną świadomość.Otóż w tym czasie, kiedy Lota szykował się do przejęcia działki, myśmy zdecydowali się odsprzedać znajomemu kawałek gruntu. Niewielki.Tyle, by stanął tam domek letniskowy. Od naczelnika usłyszałam: W tym miejscu plan przestrzennego zagospodarowania wsi Wygryny nie przewiduje zabudowy rekreacyjnej. Trzeba by zmienić dokument, co jest niemożliwe.
- Chyba że ty – pani Piętak przyznaje, iż z naczelnikiem są po imieniu – pomożesz mi załatwić działkę Locie, wtenczas ja „przepchnę” twoją sprawę.
- Natomiast po majowym zebraniu podeszłam do naczelnika i powiedziałam mu wprost, przy ludziach, że to, co zrobił, jest wielkim świństwem. Bo on przez cały czas prowadził to zebranie i na okrągło powtarzał, że jedynym dobrym gospodarzem będzie Lota. A przecież powinien rozpatrzeć, omówić i poddać pod głosowanie kandydatury całej trójki.
- Wtedy on, po tym zebraniu, do mnie, że musi sprzedać działkę Locie, a ja powinnam mu w tym pomóc. Poprzeć go przy ludziach, żeby wyglądało, że społeczność wiejska tak chce.
- Może nawet i nie zabiegalibyśmy o ten kawałek, gdyby nie zachowanie Loty. Wszystko jeszcze wisiało w powietrzu, nikt nic nie wiedział, ale on czuł się tak pewnie, jakby to już było jego własnością. Wiosną jakoś zwiózł do Wygryn połowę rejonowego urzędu spraw wewnętrznych, jakichś prokuratorów, sędziów z Pisza,i oprowadzał po okolicy, niby jaki dziedzic po włościach.
- Z Wygrynami, tym przepięknym zakątkiem Mazur związana jestem od dwudziestu lat – wyznaje pani Aleksandra, żona znanego poety i prozaika Stanisława Piętaka, przysłuchując się rozmowie. – Za honorarium za „Jasia Kunefała” kupiłam i wyszykowałam tę chałupę. Teraz trzy miliony za wydanie zbiorowe dzieł męża włożyliśmy w ziemię. Sześć lat temu syn spieniężył własnościową kawalerkę w Warszawie, inwestując tutaj każdą złotówkę. Dokupuje ziemię, maszyny, stawia budynki. Nie ma roku, by Michał nie wyjechał na saksy na miesiąc, dwa, w tym wyłącznie celu, by dofinansować i urządzić należycie swój nowy warsztat pracy.
- Czy sądzi pan, że ja nie mam ustosunkowanych przyjaciół w Warszawie? – zadaje mi retoryczne pytanie. – Mam. I to wielu. I gdybyśmy chcieli wejść w posiadanie tej działki, jestem przekonana, że od dawna byłaby naszą własnościa.Wystarczyłby jeden telefon. Uważam jednak, że w tym kraju w końcu powinno zapanować poszanowanie prawa, wobec którego wszyscy są równi. Oficer milicji, rolnik czy syn głośnego pisarza.

W jakiś czas później, w związku z zupełnie inną sprawą, potwierdzę tę oczywistość w liście do ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, pisząc m.in: „ Szacunek i poważanie trzeba i należy mieć do państwa prawa, do państwa praworządnego, które w jednakowy sposób, nie faworyzując absolutnie nikogo, traktuje swoich obywateli. W przeciwnym razie pozostaje wyłącznie pogarda.”


+ + +

Przed trzema laty, mniej więcej o tej porze, tzw. sprawa Loty przetoczyła sie lawiną przez tytuły regionalnej i ogólnopolskiej prasy, w telewizji goszcząc również. O skandalu nad Bełdanami pisały suwalskie Krajobrazy, olsztyński Dziennik Pojezierze, białostockie Kontrasty oraz Gazeta Współczesna, ogólnopolski Tygodnik Kulturalny, a dwa teksty przetrzymali naczelni na telefony z „góry”, wstrzymujące publikację.
Czego temat dotyczył?
Wrzód pękł na konferencji sprawozdawczo-wyborczej partii w Rucianem Nidzie, w 1986 r., kiedy to komendant milicji w miasteczku, pporucznik Józef Lota nie otrzymał wystarczającej ilości głosów i nie wszedł do władz. Po raz pierwszy w najnowszej historii partii słusznie rządzącej nie zadziałał tzw. klucz, lecz do głosu doszła demokracja.
Wydarzenie bez precedensu w skali kraju odbiło sie głośnym echem. Oto bowiem tzw. doły partyjne ośmieliły się jawnie wystąpić przeciwko odgórnie narzuconym dyrektywom.
Póki co komendantowi, na wniosek egzekutywy (siedem głosów za, dwa wstrzymujące się) cofnięto rekomendację partyjną, niezbędną do sprawowania funkcji.Jako powód podano stawianie swojej osoby i reprezentowanego urzędu ponad prawem, bezpodstawne zatrzymania oraz szykanowanie obywateli, wykorzystywanie stanowiska do czerpania korzyści, z czym wielu mieszkańców Rucianego i gminy nie kryło się publicznie.
Wnet okazało się,że było to pyrrusowe zwycięstwo wierzących w demokrację obywateli mazurskiej gminy.Co w Polsce – znowu – nie było wówczas czymś nadzwyczajnym.Bowiem do prawdziwej demokracji droga jest daleka, ciernista, ofiarami usłana.
Po blisko rocznym przesileniu, komendant Lota, przy pomocy władz wojewódzkich w Suwałkach, a szczególnie przy czynnym zaangażowaniu wojewódzkiego urzędu spraw wewnętrznych (milicja i służba bezpieczeństwa) przeszedł do natarcia.Spowodował, że ze stanowisk odeszli główni oponenci – I sekretarz partii, naczelnik oraz przewodniczący rady narodowej w Rucianem Nidzie.
Wprawdzie Lota przestał komendantować w miasteczku, lecz bynajmniej nie został skrzywdzony. Przeniesiono go do...rejonowego urzędu spraw wewnętrznych w Piszu. Teraz chełpił się, że po wsze czasy przetrącił kręgosłup ruciańskiej mafii.

+ + +



„ A przecież ktoś musi tutaj pilnować porządku. Ja wskaźniki w wykrywalności mam bardzo dobre, jedne z najlepszych w województwie.W .83 było siedemdziesiąt cztery koma jeden, a w zeszłym już 94 koma zero zero.(...)
A tu takie podziękowanie za ciężką pracę – pociera spracowaną ręką zafrasowane czoło, przeskakując z tematu na temat. – Człowiek haruje od rana do nocy, świątek, piątek. Dziewiętnaście lat tu jestem, na tym posterunku – wali ręką w stół konferencyjny dla podkreślenia, że tylko prawdę rzecze. – I to bez możliwości awansu! Do tego teren trudny, jak nie wiadomo co. Na prośbę kierownictwa resortu jestem, a tu ci masz! I za to, że człowiek chce te niegospodarności ukrócić, te korupcje i malwersacje takie podziękowanie!” – pisałem w reportażu Ponad prawem.
W dziewiętnaście lat później, już jako emerytowany naczelnik wydziału ruchu drogowego w komendzie powiatowej policji w Piszu oraz członek Stowarzyszenia Sadyba, powie z całą szczerością:
- Statystkę robi się czasami pod potrzeby. Sam robiłem kiedyś podobne statystyki i wynikało z nich... (Gazeta Wyborcza, dodatek olsztyński z 2006/04/13).

+ + +

Dokładnie w osiemnaście dni po zebraniu rolników, naczelnik Popielarczyk, świadom odpowiedzialności wobec reprezentowanego urzędu, parafuje decyzję sprzedaży spornych gruntów Józefowi Locie. W uzasadnieniu pisze m.in.:
„W październiku 1988 r. ob. Józef Lota zgłosił chęć nabycia tych gruntów i przedłożył zamierzenia zagospodarowania działki. (...) Ob. Jerzy Albin – mimo wcześniejszej propozycji – nie był nimi zainteresowany, a ob. Michał Piętak nie prowadzi produkcji zwierzęcej. Z kolei tylko ob.Józef Lota gwarntuje najodpowiedniejsze ich wykorzystanie”.
Jeszcze tego samego dnia Urszula Piętak, żona Michała, sobie tylko wiadomym sposobem, dowiedziawszy się o powzięciu decyzji, pisze do naczelnika:
„Na zebraniu Ob. Naczelnik zobowiązał się do podjęcia decyzji co do ustalenia nabywcy w ciągu tygodnia. Ponieważ jestem zainteresowana kupnem tej ziemi, byłam u Ob. Naczelnika, aby dowiedzieć w przedmiocie decyzji w następujących dniach: 12, 15, 19 oraz 22 maja 1989r., ale jak do tej pory nie uzyskałam żadnej odpowiedzi. Ob. Naczelnik zwodzi mnie mówiąc: Jeszcze nie teraz, jeszcze jest czas.
Zapytuję więc: Jak długo to będzie trwało i na co jest czas?”

Widać, że naczelnik Popielarczyk ma dużo czasu na udzielenie odpowiedzi i nie obowiązują go administracyjne terminy, bo – doprowadzeni do ostateczności Albinowie i Piętakowie, nie doczekawszy się odpowiedzi, powiadamiają Suwałki o dętej aferze na Mazurach. W piśmie do głównego geodety wojewódzkiego odwołują się od werdyktu lokalnej władzy.
„Pragnę zwrócić uwagę Ob. Geodety – pisze m.in. Michał Piętak – na naganne postępowanie Naczelnika w kwestii przedłużenia przydziału ziemi,a także niewłaścwe kształtowanie stosunków urząd-obywatel, bowiem Naczelnik ukrył fakt ponownego wystawienia ziemi do sprzedaży. Pozwala sobie również na niestosowne wystąpienia wobec interesanta. Oświadczył mi – cytuję: – Jestem zmuszony sprzedać ziemię Locie”. Także na zebraniu wiejskim zlekceważył opinię rolników, prowadząc je w sposób wykluczający wszelką demokratyczną dyskusję. Nieprawdą jest także i to, jakoby ob. Lota zgłosił chęć zakupu ziemi w październiku 1988r., ponieważ wtenczas nie była ona wystawiona na sprzedaż, lecz dzierżawiona przez rolnika”.

Suwałki, jakby doznawszy cudownego olśnienia, reagują sprawnie. Wydział geodezji i gospodarki gruntami Urzędu Wojewódzkiego, po dokładnym zapoznaniu się ze sprawą,dopatruje się merytorycznych uchybień w decyzji.Zaskarża ją w całej rozciągłości i przekazuje do ponownego rozpatrzenia przez organ pierwszej instancji.
Wobec tego naczelnik Popielarczyk rozpatruje, jak nakazuje zwierzchność. I odpowiada pismem w półora tygodnia później, 10 lipca 1989r. Zainteresowani oraz władze w województwie dowiadują się z dokumentu, że ...swoją decyzję utrzymuje w mocy. To znaczy, by nie było jakichkolwiek wątpliwości: ponownie ustala ob. Lotę Józefa nabywcą gruntów we wsi Wygryny, gm. Ruciane Nida.
W uzasadnieniu pisze m.in:
„Ze względu na małą frekwencję członków kółka rolniczego oraz podzielonych zdań nie uzyskano jednoznacznej opinii. Biorąc pod uwagę jakość gleby,ukształtowanie terenu, częścowe zabagnienie, stwierdzić należy, że ob. Józef Lota gwarantuje najlepsze jej wykorzystanie. Przedstawione zamierzenia – szkółkarstwo i uprawa krzewów ozdobnych są ze względu gospodarczego najwłaściwsze, gdyż inny kierunek produkcji na tych gruntach nie jest wskazany.Ponadto, pod względem wartościowym produkcji, zamierzenia ob.J. Loty przewyższają wielokrotnie propozycje pozostałych kandydatów”.

- Panie naczelniku, przecież obaj mamy świadomość, że gospodarstwo szkółkarskie, ekspertyza, te wszystkie wyliczenia i podkładki są naciąganym kamuflażem – mówię mu, gdy w końcu dochodzi do rozmowy, a on podejrzliwie zerka na mały magnetofonik. – Taki zestaw informacji mógł sporządzić każdy – dodaję.
- Dla mnie, dla mojego urzędu była to informacja wystarczająca i w pełni wiarygodna. Moją decyzję podtrzymuję przy całym szacunku dla rolników, którzy nie dostali ziemi. Powtórzę raz jeszcze to, co mówiłem wielokrotnie: pan Lota daje gwarancje rzetelnej produkcji.
- Czy zdaje pan sobie sprawę, że ta decyzja w bardzo niekorzystnym świetle stawia pana i urząd, jaki pan reprezentuje?
- Absolutnie nie podzielam pańskich obaw – słyszę w odpowiedzi. – Z tego powodu ferment się jeszcze nie zrobił. Moim zadaniem, jako władzy, jest kojarzenie interesów wszystkich obywateli, bez względu na rodzaj pracy czy stanowisko – mówi powoli, starannie dobierając słowa. – Ja nie mogę faworyzować tego czy owego. Tamto, co było, przed laty, uważam za okres zamknięty. Teraz przechodzimy do normalnej pracy.

+ + +


Z korespondencji.

Naczelnik Popielarczyk do autora:
„(...) Nie zjawili się inni dziennikarze, czy to z pism opozycyjnych, broniących sprawy pana Loty, czy innych. Jest Pan jedynym dziennikarzem, który poprzez tę sprawę próbuje rozniecać niepokoje społeczne na naszym terenie.
W związku z tym (...) występuję do Przewodniczącej Rady Narodowej w Rucianem Nidzie, K. Żurowskiej, aby Prezydium wystąpiło z pismem-skargą, ewentualnie zapytaniem, dlaczego pomimo takiego stanu rzeczy, jaki jest, próbuje się znowu manewrować opinią społeczną i grać na naszych sprawach.
Pana metody zbierania informacji(...)są metodami nie do przyjęcia, wręcz szkodliwymi dla Pana i Pańskiego Pisma, o czym nie omieszkam zawiadomić redaktora naczelnego”.

Naczelnik Popielarczyk do redaktora naczelnego:
„W związku z zaistniałą sytuacją, tj. próbami wzniecenia niepokojów na terenie miasta i gminy Ruciane Nida przez waszego redaktora Andrzeja Gawęckiego – naczelnik Miasta i Gminy wraz z Prezydium RN MiG prosi Pana Redaktora Naczelnego o spotkanie. (...) nadmieniamy, że jesteście jedyną gazetą, a Pan Andrzej Gawęcki jest jedynym redaktorem, który w dalszym ciągu nie może pogodzić się faktem przydzielenia działki dla Ob. Józefa loty.
Kwestionowanie uprawnień Naczelnika oraz Prezydium Rady Narodowej co do zasadności decyzji oraz podejmowanie innych spraw na terenie miast i gminy Ruciane Nida. Sądzimy, że ustabilizowanie opinii i społeczeństwa miasta i gminy i wyciszenie niezdrowych ambicji nie zostaną zakłócone przez działalność Redaktora Andrzeja Gawęckiego”.

Z pisma głównego geodety wojewódzkiego, mgr inż. T. Kościuka do naczelnika Popielarczyka:
„Decyzja z dn. 18 września 1989 r.
na podstawie (...) orzeka się:
1/ Kandydatem do nabycia nieruchomości (...) ustalić J. Albina,
2/ Odmówić ustalenia J. Loty kandydatem na nabywcę,
3/ Utrzymać w mocy zaskarżoną decyzję w części dot. ustępu 4”.
Z uzasadnienia:
„Naczelnik zaskarżoną decyzją ustalił ponownie J. Lotę kandydatem na nabywcę nieruchomości(...), załatwiając odmowie wnioski J. Albina oraz M. Piętaka. Od decyzji tej odwołali się wyżej wymienieni.
J. Albin w odwołaniu podnosi, że J. Lota jest oficerem MO i nie ma nic wspólnego z rolnictwem, zaś zamierzenia gospodarcze – utworzenie szkółki drzew i krzewów ozdobnych są raczej fikcyjne.(...) Reasumując powyższe, stwierdzić należy, że z w/w kandydatów najlepszą gwarancję rolniczego wykorzystania spornej nieruchomości daje J. Albin, którego gospodarstwo nastawione jest na chów bydła i owiec, a ponadto sporne grunta graniczą bezpośrednio z jego gruntami.Po ich nabyciu powstanie zorganizowana całość gospodarcza. Sporna nieruchomość stanowi stosunkowo małą powierzchnię, jest położona w obrębie Mazurskiego Parku Krajobrazowego, toteż tworzenie nowego gospodarstwa o niesprawdzonym kierunku – przy negatywnej opinii Wojewódzkiego Ośrodka Postępu Rolniczego – jest niecelowe.”

- Tę decyzję jest władny zmienić wyłącznie Naczelny Sąd Administracyjny – podpowiada urzędnik w wydziale, gdy notuję szczegóły. – Ale przecież tam również są ludzie mądrzy i uczciwi, prawda?
(...)
Od Autora:
Po 21 latach od tamtych wydarzeń obowiązkiem reportera jest dopisać zakończenie tej historii. Docenionej wprawdzie dziennikarską nagrodą, lecz z powodu której omal nie pożegnał się z zawodem.
Gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta, powiada ludowe przysłowie.
Po kilku latach użytkowania spornej działki,która swego czasu rozpaliła emocje mieszkańców Wygryn i gminy Ruciane, Jerzy Albin zwrócił ją właścicielowi – dyrekcji Mazurskiego Parku Krajobrazowego.
Wtenczas, jak mówi mi dzisiaj Kazimierz Rudnik, sołtys Wygryn, o możliwość kupna wystąpił Horst Kruska, budujący nad Bełdanami gospodarstwo agroturystyczne. Wobec odmowy (nie było prawnej możliwości sprzedaży gruntów MPK), przejął ją w dzierżawę, gdzie przez jakiś czas wypasał tarpany.
Po jego śmierci dzierżawę przejął Stefan Ginter, młody przedsiębiorca z Niemiec, „siedzący” w branży turystycznej.Tak jak i poprzednik trzyma tam tarpany, będące atrakcją jego zajazdu.
A Józef Lota? W końcu dopiął swego. Kupił działkę w Wygrynach, nad rzeczką, i pobudował dom. Dzisiaj jest rezydentem miejscowości, gdzie ziemia jest droższa, aniżeli tu, w Ameryce, na Long Island.

 

 

LISTA NADKOMISARZA MAKAREWICZA

 

Mogło być tak:

 Wiosna 1939 roku w najdalej na północny wschód położonym mieście Rzeczypospolitej. W siedzibie Komendy Powiatowej Policji Państwowej w Suwałkach odbywa sie poufna narada poświęcona omówieniu pogarszającej się sytuacji na pograniczach.

Wprawdzie Warszawa i Berlin zachowują dyplomatyczną powściągliwość w komentowaniu bieżących wydarzeń, a politycy z Ligi Narodów nie mówią o zagrożeniu, lecz ślepy by dostrzegł, że kanclerz Rzeszy nic dobrego Europie nie szykuje.

Już drugi rok kipi, aż pokrywka podskakuje.

Jeszcze nie przebrzmiały echa wymuszonej dyplomacji z Litwą, jeszcze nie otrząśnięto się po zajęciu Zaolzia i szantażu Gdańskiem i korytarzem, a tutaj echa przemówienia Hitlera w Reichstagu i zerwanie deklaracji o nieagresji.

Nerwową atmosferę wyczuwa się szczególnie w garnizonowych Suwałkach, jak zawsze wystawionych na pierwsze uderzenie. Od północy i zachodu Prusy Wschodnie – tak blisko, że kamieniem dorzuci: niecałe trzydzieści kilometrów i granica.Od północnego wschodu, opanowana przez przemytników, dziurawa jak rzeszoto, granica z Litwą. Na szczęście oddzielona – na południowym odcinku - Puszczą Augustowską, gdzie knieje, jeziora i mokradła, że tylko sam diabeł wie, jak tamtędy przejść.

Raporty „Dwójki”, codzienne meldunki ze strażnic KOP-u, doniesienia wywiadowców analizowane w sztabach – kolejno – w Suwałkach, Białymstoku i Warszawie nie wróżą  spokojnego lata. Tyle że...lepiej nie podgrzewać atmosfery, chociaż w donosach pojawiają się coraz to nowe nazwiska, nazwy miejscowości, szyfrowane numery dyslokowanych jednostek. To już nie może być zbieg okoliczności, ani też przygotowania do letnich ćwiczeń w polu.

Poza wątpliwościami pozostaje fakt, że w Puszczy Rominckiej, pod niedaleką Goldap, niemieckie wojska inżynieryjne w szybkim tempie budują kwaterę główną VI Floty Powietrznej Luftwaffe Wschód. Tej samej, która – wczesnym świtem,22 czerwca 1941 r.- jako pierwsza zaatakuje Rosję Sowiecką.

Z kolei myśliwski hotelik św. Huberta w Szittkehmen zamieszkali grupą zbyt młodzi i wysportowani, by wyglądali na spragnionych natury turystów.Wkrótce okaże się, że specjalne komando SD przygotowuje się do działań dywersyjnych i szpiegowskich w pasie przygranicznym.

Z głębi Prus Wschodnich donoszą o rozbudowie potężnych umocnień, liczącego dziesiątki kilometrów ciągu schronów, magazynów, dróg dojazdowych, lotnisk polowych. To już nie zbieg okoliczności, że w raportach powtarzają się wciąż te same nazwy: Befestiger Raum Lotzen, Johannisburger Waldstellung,Angerburg,Rastenburg,Ogonken,Kruglanken,

Possessern...

Również i pogranicznicy z sejneńskiej strażnicy KOP-u raportują o wzmożonym ruchu po drugiej stronie, gdzie, nocami zwłaszcza,trwa przemieszczanie oddziałów i gromadzone są duże ilości materiałów budowlanych, cementu, stali. Potwierdzają to zaufani przemytnicy, współpracujący z polskim wywiadem. Od swoich informatorów na Litwie, którym dostarczają cukier i wieprzowinę, słyszą o wojnie wiszącej w powietrzu.

Nie mniej nerwowe napięcie wyczuwa się w suwalskich koszarach i komendzie uzupełnień, gdzie zakończono właśnie wiosenny pobór rekruta. Masztalerze rozjeżdżają się po wsiach w poszukiwaniu koni, w Resurcie bal dobroczynny prowadzi sam pan starosta, a zebrane pieniądze przeznaczą na zakup ckm-ów dla działonu artylerii konnej, zaś w magazynach bliżej drzwi stawiają skrzynki z ostrą amunicją.

 

Uczestniczący w naradzie pułkownik z ministerstwa spraw wewnętrznych jest świadom zagrożenia, podobnie jak miejscowi. To nie żółtodziób z przyspieszonego awansu z mostu Poniatowskiego z .26 roku, lecz stary rep, sprawdzony wiarus, który na pierwszej światowej zdrowie stracił.

Prosi, by – nade wszystko – zachować spokój w codziennej pracy. Zadania wypełniać dyskretnie, broń Boże nie prowokując kogokolwiek, a ustalenia dzisiejszej narady zachować w bezwględnej tajemnicy.

Działając w oparciu o wyjątkowe pełnomocnictwo pana komendanta głównego Policji Państwowej oddelegowuje poszczególnych panów oficerów do zadań specjalnych.

 

Tego dnia nadkomisarz J. (Jerzy?, Józef?, Jakub?) Makarewicz otrzymuje rozkaz sporządzenia aktualnej listy osób narodowości niemieckiej podejrzanych o współpracę z Rzeszą.

 

A było tak:

 Czerwcowe przedpołudnie 1987 roku. Siódmy rok z rzędu sekretarzuję suwalskim „Krajobrazom”.

(Nie wtajemniczonym w arkana prasowego rzemiosła wyjaśniam, że ten rodzaj sekretarzowania nie ma nic wspólnego z pełnieniem funkcji partyjnej. Sprowadza się do merytorycznego  współredagowania pisma, przygotowania i opracowania materiałów , kontaktów z dziennikarzami i współpracownikami etc etc.).

 

Jest początek tygodnia,a ja siedzę nad stosem tekstów do przeczytania, jako że każdy piątek jest rytualnym obrzędem makietowania kolejnego numeru.Każdy z tekstów trzeba dokładnie przeczytać, „przenicować”, wątpliwości wyjaśnić z autorem, sprawdzić najważniejsze fakty, „przymierzyć” wstępnie ze szpiglem do wkomponowania na kolumnę.

Z całą pewnością był to czerwiec, czas jeszcze przedwakacyjny, bowiem do redakcyjnego bufetu na parterze na pączki i herbatę przybiegała młodzież z pobliskiego ogólniaka, wypełniając budynek radosnym tumultem.

Ni stąd, ni zowąd pani Ali z sekretariatu linią wewnętrzną informuje, że są panowie „z ważną sprawą”. Odsyłam do dziennikarza dyżurującego, lecz ona , że nie,że wyłącznie ze mną chcą rozmawiać.Nie przedstawili się, nie wyjaśnili z czym zacz, ale upierają się przy jednym: Oni chcą rozmawiać tylko z panem Gawęckim. Z nikim innym.

Niezbyt miłe odczucie ustępuję, kiedy do pokoju wchodzą dwa pistolety, takie po trzydzieści kilka z okapem. Przykładni budowlańcy w roboczych  ciuchach, pamiętających sztandarowe inwestycje nowego województwa, w gumiakach ubabranych  wapnem. Poruszają się niepewnie, jak niemiejscowi w urzędzie.  Pewne na blachę, że nie uzgodnili szczegółów , bo co i raz popatrują na siebie, nie wiedząc, który ma podjąć rozmowę.

 

Wyczuwam, że coś tu jest grane, coś się święci, skoro „sprawa jest ważna”. By rozładować z lekka napiętą atmosferę, witam się  długo, serdecznie, gadając przy tym jakieś komunały. Sadzam przy stole, podsuwam popielniczkę,częstuję papierosami, ale oni spieszą się, jakby po ogień wpadli. Tak przynajmniej mówią.

I  wtenczas ten wyższy rozpina drelichową kurtkę i kładzie na stole pakunek wielkości cienkiej książki, owinięty w stary numer Gazety Współczesnej.

- My myśleli, że to pana zaciekawi, bo pan o takich rzeczach pisuje...

Wyciągam rękę, chcąc obejrzeć zawiniątko, ale wyższy jest szybszy. Łaps! Gestem właściciela pakunek przykrywa łapskiem wielkim jak bochen i, jakby zażenowany sytuacją, spogląda na kolegę, oczekując pomocy.

- Uradzili... - ten wije się jak piskorz, a słowa z trudem przechodzą mu przez gardło. – Uradzili, że..., za przeproszeniem, że jak da na...no...Na...buteleczkę, to dostanie.

Nie mam najmniejszych wątpliwości – rodowicie suwalczanie. Nigdzie nie formuują zdań w ten sposób, wyłącznie nad Hańczą.

- Kurnaś, Mnichał – wyższy nie zdejmuje łapska z coraz bardziej intrygującej mnie paczuszki. – Kurnaś, toć sameś pedział, że dwie półówki warte...

- No to jak da na dwie, to dostanie – szybko poprawia się tamten.

Sytuacja wciąga mnie coraz bardziej.To już jest hazard z dużą niewiadomą do wygrania. Nie wyglądają na cwaniaków ani naciągaczy, takich wyczuwam na kilometr. Myślę tylko, że to, co dla nich jest wartościowe, w mojej ocenie może być bezużytecznym badziewiem, używając miejscowego slangu. Jakaś książka?, stare papierzyska ze składu makulatury?, sczerniałe starością zdjęcia familii?, dziennik budowy z lewymi wpisami kierownika? Huk go wie!

Obserwując ich, goniłem myśli, lecz nic przekonywującego nie przychodziło mi do głowy.

- Zgoda, chłopy – ja na luzie i na nowo podsuwam papierosy, bo nic tak nie poprawia obyczajów między mężczyznami, jak pierwszy dymek. – Dam na flaszki, ale, sami wiecie, muszę wiedzieć za co płacę. Kota w worku nie kupuję – i znowu ręka moja sunie po pakunek.

- Albo daje bez oglądania, albo idziem. Chodź, Zdziśiek – rozmowny do wyższego. – Zbieramy się. Pan redachtor dzisiaj nie w humorze. Będziesz żałował –  podnosi się, za nim Zdziśiek, naprawdę gotowi do wyjścia.

- Panowie, bez nerwów. Gdzie wam się spieszy? Po co ten pośpiech – zasłaniam sobą drzwi, żeby nie drapnęli, a jednocześnie, pokonany, sięgam do kieszeni. – Dam wam kasę.

Wyjmuję z portfela kilka banknotów, z pewnością więcej, aniżeli na dwie butelki, a rozmowny, bliżej stojący, wprawnym ruchem  wyłuskał mi je z ręki i anim obejrzał się, a po gościach pozostała tylko mała paczuszka.

 

Skłamałbym, gdybym powiedział, że obojętnie rozwijałem gazetę, co niejedno śniadanie widziała. Wprawdzie serce nie waliło jak małolatowi przed pierwszym pocałunkiem, lecz jednak...

Po chwili na biurku leżał stos papierów. Niektóre pożółkłe, zetlałe poszarpanymi brzegami, rozsypujące się ze starości. Atrament wyblakły, ale pismo maszynowe dosyć czytelne. Zdjęcia wojskowych, paszportowe cywili, kilkanaście sztuk. Urzędowe formularze, zamazany tusz pieczątek, podpisy niewprawną ręką czynione.

Czytam i oczom nie wierzę. „Wykaz osób narodowości niemieckiej, podejrzanych o przestępczą działalność polityczną, w stosunku do których należaloby zastosować represje karne”. Dalej – nakazy doprowadzenia do prokuratury z wpisanymi personaliami, protokoły przesłuchań, strona po stronie, strona po stronie.

Momentalnie uświadamiam sobie, że mam przed sobą znikomą część archiwum Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Suwałkach z – sądząc po datach – pierwszych lat po wyzwoleniu.

- Pani Alu! – burzą wpadam do sekretariatu. – Gdzie oni są? Gdzie oni?! – krzyczę do nie mniej zaskoczonej dziewczyny, bo uświadamiam sobie, że od tego miejsca rozpoczyna się już całkiem niebezpieczna zabawa.

Pędzę po schodach na parter. Do barku, może zaszli?, lecz gdzie tam... Na głównej ulicy metropolitalnych Suwałk normalny ruch rozleniwiony nadchodzącym latem. Po moich znajomych ani śladu.

Wracam i usiłuję zebrać rozklekotane myśli. Nic nie trzyma się kupy, poza jednym: wdepnąłem w nieliche gówno. I teraz – albo też jest to podpucha, albo ktoś zamierza uszyć mi buty ponad wymiar. I to całkiem niezłe, sądząc po dokumentach osób podejrzanych o współpracę z suwalskim Gestapo.

 

Przez kilka dni żyję w napięciu, jak na szpilkach. Spodziewam się najgorszego: wezwania na przesłuchanie do prokuratury, „wizytę” smutnych panów, rewizję w domu, w redakcji. Któż bowiem uwierzy, że takie papiery przynoszą całkiem obcy ludzie i to na dodatek za litr gorzały? Kto uwierzy w treść rozmowy, choćbym nie wiem, jak przysięgał? Tym bardziej, że dla sekretarki byli wyłącznie interesentami, jakich dziesiątki przewijają się każdego dnia?

Kiedy jednak mija tydzień i nic nie dzieje się, zaczynam nabierać przekonania do dziwnych gości. W firmie nikomu ani mru-mru, w domu także, przyczaiwszy się, z głupia frant, węszę za przeciekiem dziwnych dokumentów.

Jedynym śladem może być dawny Urząd Bezpieczeństwa, obecnie wojewódzki urząd spraw wewnętrznych, sprytnie wkomponowany w struktury milicji.

Rzecznik prasowy zbywa mnie: wszystkie dokumenty, dotyczące działalności PUBP w Suwłakch, od października 1944 r. (wyzwolenie miasta) do roku 1952, znajdują się w archiwum w Białymstoku. Jeśli coś mnie interesuje, proszę bardzo: podanie, z wyszczególnieniem co i jak oraz z celem wykorzystania. Oni prześlą do MSW, do Warszawy, do rozpatrzenia, i jeżeli sprawa nie jest utajniona, to wówczas może...

Wokół mojej osoby cisza, co z jednej strony uspokaja, z drugiej nakazuje być czujnym. A bycie czujnym wyczerpuje, skłania do popełnienia głupstwa, kroku nieprzewidzianego. A może o to właśnie TAMTYM chodzi?  - myśli, jedna gorsza od drugiej, nie dają spokoju. I dalej zachodzę w głowę, co jest grane.

 

Któregoś wieczora, przeglądając monografię miasta w poszukiwaniu kilku nazwisk, natrafiam na relacje z pierwszych miesięcy funkcjonowania miasta opuszczonego przez Niemców. Milicja zajęła budynek przedwojennej policji przy Kościuszki, naprzeciw parku, lecz dla PUBP miejsca już nie stało. A może też i oni, jako „coś lepszego” nie chcieli frateryzować się z pospólstwem i „przydzielili” sobie okazałą, przedwojenną kamienicę, również przy pryncypalnej ulicy.

„Do dzisiaj w budynku tym mieści się Poliklinika Ministerstwa Spraw Wewnętrznych” – czytam pod archiwalnym zdjęciem secesyjnej kamienicy, obok której codziennie chodzę do redakcji.

- Kurwa mać! – plaksam dłonią w czoło, aż echo niesie. Uprzytamiam momentalnie, że budynek jest od paru miesięcy remontowany, rozbebeszony po dach. A to dlatego, że w dobie szalejącej nad Wisłą transformacji Poliklinika MSW dla milicji, esbeków i partyjnych okazała się być przeżytkiem epoki wyrzuconej na śmietnik. Zatem w imię sprawiedliwości dziejowej budynkiem obdarowano miejscowe Muzy. Po remoncie rozlokują się tam Biuro Wystaw Artystycznych oraz lokalna galeria.

Nie mogę doczekać się rana, obmyślając – jeśli moje przypuszczenia okażą się słuszne – moment spotkania z dżentelmenami.

 

Szef budowy jest uprzejmy i nie czyni najmniejszych przeszkód, kiedy pokazuję legitymację prasową. Kłamię, że zamierzam napisać artykuł o przebiegu remontu, ukończenia którego oczekują kulturalne Suwałki.Ależ naturalnie, nie ma problemu, on służy za informatora i przewodnika. Odwodzę go od zamiaru, zapewniając, że teren znam. Poczem pnę sie po piętrach, pogadując to tu, to tam, bo wypowiedzi robotników obowiązkowo muszą znaleźć się w tekście.I wreszcie – są!Zajęci lepikowaniem posadzki nawet nie dostrzegają mnie, kiedy podchodzę tak blisko, że nie mają szans prysnąć gdziekolwiek. Wyglądają przezabawnie ze zdziwieniem w oczach i gębami otwartymi z zaskoczenia.Zdziśiek wystraszony rozgląda się, czy jestem sam, czy nie ma ze mną smerfów w niebieskich mundurkach.Teraz ja mam satysfkację, kurnaś ich mać, że dzisiaj oni czują to, co ja przez te kilka tygodni.

Przechodzimy do pustego pomieszczenia, by upozorować udzielanie interview. Wtenczas wyznają, jeden przez drugiego, jak na spowiedzi, jak było naprawdę.

Zdejmowali spróchniałą więźbę, kiedy pod krokwią, pod dachówkami natrafili na zawiniątko w szmatach spleśniałych, śmierdzących smarami.Wynieśli skrycie, pod pazuchą, bo byli pewni, że Bozia obdarzyła ich skarbem pożydowskim, ukrytym przed wywiezieniem właścicieli do obozu.Kiedy miast dolarów, złota i diamentów wysupłali rozlatujące się papierzyska, zrazu chcieli to spalić, zniszczyc, wyrzucić, lecz chęć napełnienia gardła tanim sposobem podsunęła pomysł zahandlowania. A i strach przemógł, kiedy zorientowali się, z czym mają do czynienia.

 

Nie dowiem się już nigdy, komu zależało, by pewne dokumenty nie ujrzały światła dziennego. By raporty poufne dotyczące, zamieszkałej w czasie okupacji przy ul.Rynkowej, w Suwałkach, „konfidentki Gestapo, żyjącej w bliskich stosunkach z Reichsdeuzschem (pisownia oryginalna – A.G.), komisarzem rolnym na miasto Suwałki” oraz całej rodziny W., z lat .44,.45 oraz .46, jak również nazwiska..., nazwiska..., nazwiska... ukryte przed oficerem śledczym UB przeleżały dziesięciolecia.

Nie dowiem się, dlaczego 22 fotografie dołączono do owych raportów, przesłuchań, rozpytywań o podejrzanych, nakazów aresztowania.

Nie dowiem się także – i pytanie to nie daje mi spokoju do dzisiaj – jaki związek zachodził pomiędzy wykazem (bez daty) 19 „osób narodowości niemieckiej, podejrzanych o przestępczą działalność polityczną, w stosunku do których należałoby zastosować represje karne”, gdzie na pierwszym miejscu widnieje „August vel Jegust Aleksander, s.Wilhelma i Katarzyny z Esnerów, ur.18.I.1890 r., kowal, zam.we wsi Nieszki, gm. Wólka”, gdzie rubrykę „Charakterystyka przestępczej działalności” wypełniono wpisem: „Posiada  rodzonego brata i 3 synów w Niemczech, z którymi utrzymuje stały kontakt. Podejrzany jest o udzielanie informacji Niemcom i akcję werbunkową robotników do Prus”.

 

Jedno jest pewne: ktoś, kto miał dostęp do akt śledztwa, do archiwum PUBP, postanowił – z sobie tylko wiadomych względów – wyłączyć je z „obiegu”. Ponieważ nie miał możliwości?, nie mógł?, bał się wynieść je z budynku?, ukrył tajemnicę w sobie tylko znanym miejscu.

Dlaczego jednak nie wrócił po nią?

 

BYŁO RÓWNIEŻ I TAK:

 - Niechże da pan spokój prochom mojego ojca. To...nieludzkie,to... barbarzyńskie, żeby w tyle lat po śmierci rozgrzebywać jakieś tam historie sprzed wojny. Kto wie, czy prawdziwe, czy nie zmyślone?! To jest, po prostu – waży słowa, by użyć dosadnie mocnego – świńskie z pana strony!

Wilhelm W. (imię otrzymał, jak dowiem się później, po dziadku) trzaska drzwiami na tyle głośno, bym właściwie odebrał jego gniew. Wychodzi z pokoju, zostawiając mnie samego, bym przemyślał oskarżenia , jakie kieruję pod adresem jego ojca. Kiedy nie ma go przez dłuższy czas, myślę, że daje mi do zrozumienia, abym wyniósł się z jego domu.

Wraca z tacą zastawioną dzbankiem kawy, ciastkami, butelką alkoholu, szkłem.

- Przepraszam – podejmuje od progu. – Nieraz człowieka poniesie, niesłusznie, potem przemyśli. Nie ma w tym pańskiej winy, rozumiem. No, bo i co?

- Proszę pana – po raz pierwszy patrzy mi w oczy, szczerze, długo – czy warto w tym wszystkim grzebać się? Czy ma pan moralne prawo osądząć ludzi tylko dlatego, że kilkadziesiąt lat przynależeli do jakiejś tam organizacji? Coś tam robili?, działali? I co? – dowodem ma być ten papier? – ujmuje ostrożnie dwoma palcami, jakby brzydził się, kartki rozłożone na stole, gdzie pod numerem trzynastym komendant Makarewicz napisał o jego ojcu:

„Wrogo usposobiony do Państwa Polskiego, w 1935 r. był organizatorem „Jung Deustche Partei”, był wysiedlony z pasa granicznego, podejrzany o przemyt”.

- W .35 mój ojciec miał 24 lata. Jeśli nawet i był uwikłany w jakieś polityczne historie – TO CO?! CO z tego wynika?!Czy ma pan, poza tym świstkiem - łyżeczką dotknął kopii dokumentu – inne dowody jego działalności przeciwko Polsce? Nie? Więc o czym mamy mówić?

Pan pytasz o mego ojca, a ja zapytam o tych, którzy po wojnie, w imię partii, która bynajmniej nie przysłużyła się dobrze krajowi, wprowadzali swoje rządy.I co? I ich jakoś nikt nie rozlicza, nie nachodzi z kwitami, nie szarga imienia po śmierci.Więc tak ma wyglądać pańska uczciwość?!

Za mały byłem, by zrozumieć cokolwiek z polityki. Wiem tylko jedno: mój ojciec, świeć Panie nad duszą jego, był dobrym człowiekiem. Dobrym ojcem rodzinie, dobrym mężem dla mojej matki, Polakiem. Cała reszta mnie nie interesuje.

Rozmyślałem o tym nie jeden raz – w jego głosie wyczuwalny smutek. – I doszedłem do przekonania, że my, Polacy, jesteśmy narodem odwiecznych masochistów zapatrzonych w ojczyźniane tragedie.Spójrz pan na kalendarz – nieokreślony ruch ręką za siebie – posłuchaj kazania w kościele, programu w telewizji – zewsząd dopominają się o uczczenie, o świętowanie kolejne rocznice, wspomnienia, rozdrapywanie narodowych ran, nigdy nie zabliźnionych. Ciągle na klęczkach przed aktualnie słusznym sztandarem, pomnikiem, krzyżem, wydarzeniem.Jak nikt w świecie potrafimy użalać się na losem polskim nieszczęśliwym, niewydarzonym. Odwróceni ku przeszłości, powiem dosadniej – ton staje się twardy – wpatrzeni w nią jak zaślepieni, w te nasze durne-bzdurne zrywy, powstania, rokosze i rewolty, okupione tysiącami ofiar i ogromnymi stratami, zatraciliśmy z pola widzenia to, co buduje innych - przyszłość.To właśnie jest narodową tragedią, a nie ciągłe wracanie do przeszłości, jeśli chce pan znać moje zdanie.

 

Opowiem taką historię, do ostatniego zdania autentyczną. Do sprawdzenia, jeśli przyjdzie panu na to ochota.

Wie pan, co wydarzyło sie 7 grudnia 1941 r. , w Ameryce, prawda? Więc tego dnia, w roku 1991, dokładnie w pięćdziesiąt lat po Pearl Harbour byłem na Bay Ridge, u znajomego, tu, z naszych stron.Dopiero, kiedy wracałem do domu, na Greenpoint, uświadomiłem sobie, słuchając wiadomości, że tego dnia mija równe pół wieku od ataku Japończyków na Amerykę.Zdradzieckiego ataku,bez wypowiedzenia wojny, który miał całkowicie zniszczyć flotę Pacyfiku. Takiego wbicia noża w plecy, jak  obrazowo określają w Polsce.

Zatrzymałem samochód, akurat przy jakimś urzędowym budynku z kompletem flag – amerykańskiej, stanowej i miejskiej, a tu cisza i spokój.Żadnych pocztów sztandarowych, akademii, przemarszów, parady wojskowej i salwy honorowej.A u nas by?! Panie kochany! Szkoda gadać! Pięćdziesiąta rocznica?! Toż to okazja, jak rzadko kiedy, do tygodniowego celebrowania! Łapiesz pan, na czym polega różnica? Tam – zamiast świętować – pracują, tutaj zamiast pracować – świętują – po raz pierwszy napełnia kieliszki podejrzanie wyglądającym płynem.

- Co się pan dziwisz? – dostrzega moją nieufność i wychyla pierwszy. – Litewska starka jest lepsza od gdańskiej. Tu, na przejściu, nie ma z tym trudności.Zawsze świeża dostawa, byleby zamówić wcześniej.

Był pan w Potopach? – zmienia temat. – Trzeba było pogadać ze starymi gospodarzami, po polach pochodzić, a wyszłoby dlaczego Potopy. Woda stała na łąkach do pierwszego pokosu, a po polu, w środku lata, chodziło się niczym po gąbce nasiąkniętej. A co tu nawojuje na ośmiu hektarach ciężkich gruntów? Harował ojciec, ręce po łokcie urabiał i wychodziło tyle, co kot napłakał. Kiedy podrośliśmy – ja, młodszy brat, siostra – po społu pomagaliśmy ojcom. Już za Gomułki zdali gospodarkę i tu, w Szypliszkach domek wystawili, a ojciec na wagowego do geesu poszedł. Ja po agronomówce w kółkach rolniczych w Suwałkach zaczepiłem się. Oświatę krzewiłem po powiecie – dodaje z przekąsem.

W .78 znalazłem się w Niemczech, mniejsza z tym, w jaki sposób.Stan wojenny otworzył mi drzwi do Ameryki, z czego skorzystałem. Wróciłem niedawno, po kilkunastu latach. Zabrzmi to może i nieładnie, i nie patriotycznie, ale to wszystko, co mam, co pan widzi, zawdzięczam nie komu innemu, tylko tym, którym – wedle tych papierów – miał wysługiwać się mój ojciec. Bo tutaj, w tym kraju, człowiek niczego się nie dorobi, jak w sitwie nie siedzi – i pokazuje za siebie, gdzie okna okazałej willi przy głównej drodze ku granicy zaciągają wiosennym zmierzchaniem.

A na granicy, na największym przejściu w północno-wschodniej Polsce, w Budzisku, pracują celnicy i straż graniczna. Pracują również i przemytnicy, zgodnie z porzekadłem „Rączka rączkę myje”, zbijający fortuny na przerzucie papierosów, alkoholu, kradzionych samochodów i tych wszystkich nieszczęśników, marzących o swoim raju w Niemczech, Hiszpanii czy we Francji.

Wtenczas gospodarz wyjaśnił w szczegółach, czasu nie szczędząc,a i przykładami podpierając, a ja zrozumiałem, co to znaczy „być w sitwie” i „siedzieć w układzie”.

Dobrze pod wieczór odprowadza mnie do asfaltu. Na pożegnanie raz jeszcze prezentuje dorobek niemiecko-amerykańskiego rozdziału w jego życiu. Parter dwurodzinnego domu mieści sklep ogólnospożywczy z obowiązkowym „DELI-SHOP”, gdzie akurat córka z zięciem robią kasę. W głębi dwa garaże, dostawczy już się nie zmieścił, stoi na podjeździe, wyłożonym przez długość brunatnym polbrukiem. Przystrzyżony trawnik kończy się równiutkiem żywopłotem i ażurowanym ogrodzeniem, ręcznie kutym w metalu.

- Człowiek nie szczędził się, po dziesięć-dwanaście godzin szychtę walił. Nie patrzył, że sobota, niedziela, byleby robota była. Latem nocami lampy rozstawialiśmy na dachach, bo w dzień nie szło robić – taki upał był. Tyle że ma się coś z tego, nie? A ojciec, co? Całe życie i...Pod koniec już był taki przygarbiony, że w trumience się nie mieścił – podaje rękę na pożegnanie, bez cienia najmniejszej obrazy.

 

*        *         *

 

A PRZECIEŻ MOGŁOBY BYĆ I TAK:

 Połowa września 1939 roku. Lato, wyjątkowo upalne i dorodne sadami , jakby zapomniało o terminie odjazdu. A wraz z nim letnicy, którzy w tym roku wyjątkowo licznie dopisali. Prowincjonalne na co dzień Suwałki łyknęły wielkomiejskiej mody, markowych perfum i stołecznego sznytu.

Nadkomisarz Makarewicz, komendant miejscowej policji, spodziewał się bardziej gorącej kanikuły.Lata praktyki przypominały mu, że sezon wczasowy to wymarzony czas żniw dla kasiarzy, panienek z deptaku i wszelkiego autoramentu złodziejaszków, ciągnących za pełnymi portfelami warszawskich utracjuszy.

Podszedł do otwartego na oścież okna, przez które wlewał się gwar miasta. Po drugiej stronie ulicy, w parku spacerowały grupki rozleniownych spacerowiczów. Z radością pomyślał,że to już koniec tygodnia, a on w niedzielę, po sumie, wziąwszy wędki, wsiądzie na rower i wyruszy nad Wigry. Już sprawdził, że na toni Ślepego Młynarza, od strony klasztoru, chodzą ładne szczupaki.

Ależ nie! W niedzielę szwagier zaprosił na piątą rocznicę ślubu. Nie darują nieprzyjścia, żona by z miesiąc nie rozmawiała.

Przypomniał sobie coś jeszcze.

Z biurka wyjął poranny szyfrogram,jaki nadszedł z ministerstwa.Wzrokiem przebiegł parozdaniową, już rozkodowaną, treść. W kasie pancernej odnalazł teczkę z napisem „POUFNE – WYKAZY”. Ten, o który mu chodziło, leżał na samych wierzchu, sporządzony w jednym egzemplarzu. Przeczytał go po raz nie wiem który,jakby dla zapamiętania, raptem dwie stroniczki tekstu, poczem porwał dokładnie i patrzył, jak papier czernieje na dnie metalowej łuski, służącej za popielnicę.

- W domu pan komendant też tak bałagani? A żona co na to? Pozwala? – wchodzący do gabinetu sekretarz-aspirant nie powstrzymał się od komentarza, bowiem przeciąg poderwał strzępu popiołu i szarością ozdobił dywan.

A komendant Makarewicz raz jeszcze podszedł do okna otwartego na główną ulicę Suwałk – powiatowego miasteczka wciśniętego w styk dwóch granic.Ręce rozkrzyżował i przeciągnął się z przyjemnością, jak człowiek, którego ominęła ciężka, niewdzięczna robota.

- Dzięki Bogu, że rozeszło sie po kościach – powiedział ni to do siebie, ni to do aspiranta, strzepującego z dywanu coś, co jeszcze przed momentem było Wykazem osób narodowości niemieckiej, podejrzanych o przestępczą działalność polityczną, w stosunku do których należałoby zastosować represje karne.

Ilustracje do reportażu znajdują się pod zakładka GALERIA

 

 

 

Copyright © 2010 by Andrzej Gawecki.  All Rights Reserved.

 

WRÓCIŁAM, KOCHANIE