Kilka zdań wprowadzenia.

  W 2002 roku współpracowałem z nowojorską edycją Super Expressu. Podczas któregoś z niedzielnych dyżurów do redakcji zadzwonił czytelnik, który w zaowalowanej formie zaproponował kupienie pamiętników polskiej babysitter.

 Okazało się później, że podczas remontu bogatych apartamentów na Manhattanie, jakie wykonywała jego firma, kolega natrafił na zeszyt z zapiskami. Ich autorką była Krystyna, przedszkolanka z Białegostoku, osoba po studiach, co wynikało z treści notatek. Pamiętnik zaczęła prowadzić w czerwcu 2001, po przyjeździe do Ameryki. Oczekując na jakąkolwiek pracę, czas wypełniała przelewaniem na papier swoich przemyśleń nad życiem, małżeństwem, przyszłością. Z masochistyczną szczerością wyznaje, że w Ameryce widziała ucieczkę przed losem bezrobotnej, ratunek dla rozsypującego się małżeństwa i godne człowieka życie. Nade wszystko zaś – odskocznię i zapomnienie po tragedii, jaka dotknęła ją w Polsce, kiedy, jako przypadkowy przechodzeń, była świadkiem napadu przed bankiem.

 Zrazu zapomniawszy o notatniku, po kilku latach opublikowałem fragment diarusza. Byłem przekonany, że do Krystyny - nawet jakimiś okrężnymi drogami - dotrze wiadomość, że polonijna gazeta drukuje pamiętniki Polki, jej imienniczki. Tym bardziej, że w zakończeniu zaapelowałem o kontakt. Sądziłem, że w ten sposób poznam autorkę, której amerykańskie peregrynacje były znakomitym tworzywem na długie i niepowtarzalne story.

 Do dzisiaj - z powodów dla mnie niezrozumiałych - Krystyna nie dała znaku życia. Zamiast niej skontaktował się ze mną Robert Tutak, wykładowca na wydziale filmowym Uniwersytetu Nowojorskiego. I przekonał, że pamiętniki są doskonałym surowcem nie tylko na reportaż, lecz również na scenariusz filmowy.

 W ten sposób, przy wydatnej jego pomocy, powstał scenariusz The Babysitter.

 

 Osobowość bohaterki, jej heroiczna wprost walka o przetrwanie i życie (w jednej, konkretnej sytuacji dosłownie) oraz utrzymanie się na powierzchni nowojorskiego świata imigrantów , jej zmagania o uratowania małżeństwa i marzenia o powrocie do kraju z pieniędzmi - wciągnęły mnie. Zafascynowały do tego stopnia, że zdecydowałem się - pokuszę się w tym momencie o ton pateczny, par excellence - oddać hołd Krystynie, a poprzez nią milionom bezimiennych gastarbeiterów, powieścią o jej losach. Momentami tragicznych, złych, niewdzięcznych, jak tylko niewdzięczne może być życie tych z marginesu egzystencji. Tych bez znajomości języka, dokumentów, ubezpieczenia, funkcjonujących na granicy prawa, a często i poza nim. Wykorzystywanych w sposób uwłaczający ludzkiej godności, bez możliwości poskarżenia się na swoją niedolę. Ciągle w drodze, w pogoni za utopią lepszego życia po powrocie do swojego kraju i godną starością.

 Wierzę, że PL-Man otworzy oczy nie tylko tym, którzy są przekonani, że Ameryki miodem i dolarami opływają, lecz również i rządzącym. Zburzy ich dobre samopoczucie i uświadomi ogrom tragedii, upokorzenia i nieszczęść, jakie przeżywają Polacy na obczyźnie. Uprzytomni wreszcie, że emigracja tysięcy, młodych zwłaszcza, to żaden to powód do dumy dla rządu, troszczącego się - w sejmowych expose - o losy swoich obywateli.

 Jeśli ma być to już powód, to do dogłębnego przewartościowania systemu rządzenia, by exodus następnych pokoleń nie kojarzył się w świecie z miernotą polskiej polityki oraz nieudolnością rządzących. Do skonstatowania, wreszcie, iż miejsce wychodźstwa, miast nad Hudsonem, Potomakiem, Tamizą czy Sekwaną, jest nad Wisłą.

 Aktualnie jestem na etapie końcowych rozdziałów.

 

*            *           *

 

LODZIARA

Czyli

 

Wpływ transformacji społeczno-ustrojowej na zachowania jednostki w warunkach szoku cywilizacyjnego u schyłku XX wieku. Próba diagnozy zjawiska – prawie że naukowa – oparta na obserwacji środowiska naturalnego „kraju sporych rozmiarów”, jak mawiał Jimmy Carter o dalekim a egzotycznym Polandzie.

 

(Fragment powieści PL-Man)

 

W połowie lat .80 minionego stulecia, kiedy między Tatrami a Bałtykiem iskrzyło jak cholera, a władza po cichu modliła się o cudowne odwrócenie biegu wydarzeń, obywatel Marek Luterek dostąpił objawienia duchowo-światopoglądowego.

Nawet ślubnej nie zdradził, czy wystraszył się, że „na drzewach zamiast liści wisieć będą komuniści”, czy też – podążając śladami towarzyszy niedoli – zmienił barwy ochronne.Kto wie? Może przypomniał sobie, że „kiedy dosięgnie cię trwoga, szukaj drogi do Boga”.

Zaliczywszy przykładną ekspiację stał się częścią społeczeństwa, które nie dość że zaczęło być krnąbrne i nieposłuszne, to na domiar złego nauczyło się żądać i pyskować takim jak on.Nawet i demonstrować, co już nie mieściło się w kanonie obyczajów. Dlatego kolejna awantura lokatorów ze Spółdzielnią Świt w Białymstoku, której towarzysz Luterek szefował z namaszczenia umiłowanej przez lata partii, zakończyła się zwycięstwem kobiet.

Zarząd – oświecony przez neofitę - przytomnie doszedł był do przekonania, że nie ma co dalej handryczyć się z ludźmi, jako że wokoło czasy niepewne i przyrzekł dobudować przechowalnię wózków dziecięcych.W protokole z zebrania odfajkowano, że sporej wielkości pomieszczenie architekt „doklei” do głównego bloku.

O wózkarnię bowiem – od lat i bezskutecznie – walczyły kolejne zastępy matek.Dzień w dzień, objuczone rozwrzeszczanym szczęściem, zakupami i sprzętem jezdnym, targały dobrodziejstwo inwentarza po schodach, bądź upychały po zatłoczonych windach.

Z „Inwestycją ze środków własnych inwestora” uporano się wyjątkowo sprawnie, co - w latach chudych jak zając na wiosnę - zaskoczeniem było totalnym.Pawilon otwarto przy propagandowym nagłośnieniu na całe miasto „dobrej woli Zarządu Spółdzielni Świt w Białymstoku, rozumiejącego żywotne potrzeby kobiet pracujących w szczególnie trudnym okresie, w jakim znalazła się Nasza Ojczyzna” (pisownia oryginalna).

Przechowalnia bezboleśnie wtopiła się w osiedlowy krajobraz, a wdzięczni rodzice częstowali panią Lusię, dozorczynię, na którą scedowano również obowiązek sprzątania „zajezdni”, a to wyrobem czekoladopodobnym, domowym wypiekiem czy kartkową torebką kawy. Ta zaś odwdzięczała się utrzymywaniem porządku „na obiekcie” do tego stopnia, że miejscowa żulia nawet nie próbowała zachodzić na bełta z gwinta czy szybki numerek, nie mówiąc o dawaniu w żyłę, pamiętając Szefową jako wicemistrzynię regionu w judo.

Huragan przemian, jaki przewalił się przez kraj, nie oszczędził ani Białegostoku, ani Spółdzielni Świt, ani tym bardziej jej członków. Na nieszczęście Polacy, usiłujący rozpaczliwie odnaleźć swoje miejsce w nowej rzeczywistości ,szeroko otwierali drzwi przed kapitalizmem, „niewidzialną ręką rynku”, prywatyzacją, demokracją i tym podobnymi dupeerelami. W zaaferowaniu ogólnonarodowym zapominając o bogoojczyźnianej kopulacji, bez której nie ma wzrostu populacji, coniedzielnie wypominanej z ambony.

W rezultacie znaczenie wózkarni w życiu mieszkańców podupadało straszliwie, świecąc powiększającymi się z roku na rok łysinami wolnych miejsc, o które już nikt nie walczył.

„Zajezdnia” spsiała ostatecznie wraz ze zwolnieniem pani Lusi w ramach kompresji etatów.Wykorzystały to natychmiast  lumpy płci obojga, urządzając tamże całodobową melinę. Kolejkowi stacze utrzymywali, że za cichym przyzwoleniem stróżów prawa, którzy woleli mieć na oku jedną spelunę, aniżeli całą dzielnicę, gdzie chuligaństwo i bandyctwo – co prawda, to prawda – zaczęły podnosić głowę.

W końcu głosy oburzonych mieszkańców, anonimy do prokuratury, monity policji i artykuły w prasie zmusiły prezesa do działania.

Do dzisiaj nie wytłumaczonym zbiegiem okoliczności, na jednym z zebrań, kilkoro emerytów i rencistów „wniosło apelację”. Zgłosiło problem nie wykorzystanego pomieszczenia, które niszczeje, dewastowane przez element antyspołeczny. (Antysocjalistyczny, jako obcy ideolo, dawno pogrzebano na cmentarzu niesłusznych wspomnień).

- Tak szanuje się ludzką krwawicę...

- Tam są nasze czynsze, płacone z głodowych rent i emerytur – wykrzyczał drugi, szczęśliwy właściciel NIP-u tudzież PESEL-u.

- To skandal, żeby lokal w środku osiedla, pod nosem zarządu, był Sodomą i Gomorą!   Dzieci demoralizatornią, wylęgarnią przestępczości, siedliskiem rozpusty! – odczytał z kartki trzeci.

- Doczekaliśmy czasów, że dla starych...

- Starych na Madagaskar! – dał głos prowokator i wichrzyciel, co zrozumiane opatrznie tylko podgrzało atmosferę.

- ...że dla starych nie ma miejsca w tym kraju – nie obawiała się powiedzieć dawna aktywistka Ligi Kobiet.

- Emeryci i renciści, popierajcie Polskę czynem, umierajcie przed terminem – usłyszeli zebrani wypełnionej do ostatniego miejsca świetlicy Spółdzielni Świt.

I to właśnie, o czym rozprawiano z niepokojem w najwyższych gabinetach nad Białką, przesądziło sprawę. Czujące powiew przemian władze także były za ulżeniem doli rencistów i emerytów, których – w miarę rosnącego bezrobocia – przybywało coraz więcej.

Prezes, od jakiegoś czasu znany z przychylności wiekowym i ułomnym, przyklasnął pomysłowi, a i zarząd w całości był za. Tym oto sposobem wózkarnia – po wyjątkowo sprawnej kapitałce na koszt spółdzielni, naturalnie – przebranżowiła się we wzorcowy klub seniora. Wyposażony – ma się rozumieć - z nadwyżki budżetowej. A prezes, jak na gospodarza troskliwego przystało, częstym bywał tam gościem, szczycąc się honorowym członkowstwem i legitymacją z numerem 1.

Wtenczas wylazło szydło z worka.

Aktyw klubu, ponoć z własnej i nie przymuszonej woli, przy akceptacji międzywojewódzkiego związku emerytów i rencistów,zgłosił kandydaturę prezesa na posła do Sejmu w nadchodzących wyborach.

Mało tego!

Cztery dzielnicowe koła Jesieni Życia, głosami wszystkich członków (w co już mało kto wierzył), poparły hasło, pod jakim prezio prowadził kampanię. Porywające za serce, pełne troski o obywatela i przekonujące jak żadne dotąd. „Polskę oddaj w dobre ręce” było tym zawołaniem, o jakim długo dyskutowały nie tylko Białystok i Podlasie.

Kiedy już, już wydawało się, że szefunio w cuglach dopadnie drzwi na Wiejskiej , gryzipiórek (swołocz i nastojaszczaja blad’, jak wyraził się współpracownik pana posła in spe) z prowincjonalnego piśmidła przypomniał grzechy młodości byłego funkcyjnego komitetu partii w S. Ozdobione, jakżeby inaczej, kilkoma skandalikami natury obyczajowej z „lat chmurnych i durnych” w perylu.

W ten oto klasyczny sposób bożyszcze emerytów i rencistów przerżnął wybory w tragicznie pięknym stylu, czym zakończył się jego sen o poselskich apanażach.

Wraz z nim dobiegła końca idylla dinozaurów, którym powiedziano wyraźnie i bez owijania w bawełnę, że państwowej firmy nie stać na filantropię.

Emerycka młodzież w sile wieku zaczęła rozglądać się za połówką byle jakiego etatu. Renciści, mając teraz dużo wolnego czasu, szurnęli w plener w poszukiwaniu butelek, puszek i złomu. Najbardziej zdeterminowani pospolitym ruszeniem zaatakowali osiedlowe kontenery i podmiejskie wysypiska śmieci.

Niemniej pozostał problem w postaci opuszczonego lokalu. I nad tym zastanawiano się na zarządzie, nie chcąc, by sensację wywęszyły żądne skandali hieny dziennikarskie. Czym prędzej klepnięto, że wyłącznie słusznym rozwiązaniem będzie wystawienie pustostanu na przetarg.

Zaufanym przydupasom prezes uściślił swoją wizję: przetarg powinien uwzględniać potrzeby pracujących kobiet, będących – jak wiadomo – szyją, która kręci głową. Bo – przekonywał – tylko ta część ciała, głowa, znaczy się, ma cokolwiek do powiedzenia.A wiadomo, kto jest głową w rodzinie, i w tym momencie robił perskie oko, bo sen o Wiejskiej nawiedzał go co noc.

W jaki sposób można ułatwić życie kobietom, matkom, żonom? – pytał retorycznie i – jak przystało na rasowego polityka - odpowiadał sam sobie, że wyłącznie poprzez podanie do rąk tego, co niezbędne w każdym domu.

Na grillowaniu u głównego księgowego,(żeby cień podejrzenia o kumoterstwo i nepotyzm nie padł – broń Boże - na szefa),  z tęgą popijawą i kolektywnym rzyganiem po porzeczkach, komisję przetargową uświadomiono co do jej roli w wyborze najbardziej korzystnej oferty.

Nauka nie poszła w las i w rezultacie w przedbiegach odpadł  syn znanego społecznika w dzielnicy, który optował za punktem naprawy sprzętu AGD. W grę nie wchodziły również kantor wymiany walut i wypożyczalnia kaset video. Odparto zakusy pizzerni z ogródkiem piwnym, nęcącej wysokim czynszem i zakupem szkolnego ekwipunku dla ubogich. Dopiero propozycję sklepu warzywnego komisja przyjęła z ulgą, gdyż było to ucieleśnienie wizji samego pryncypała i chlebodawcy.

W ten oto sposób pustostan, śmierdzący stęchlizną, piramidami stężałych na kamień gówien oraz bogatą kolekcją kondomów, pustych butelek i strzykawek-jednorazówek, znalazł praktyczne zastosowanie. Nowa właścicielka tak bardzo spieszyła się z otwarciem biznesu, że do dzisiaj nie zdążyła przeprowadzić gruntownego remontu, co nakazywały dokumenty.

I dlatego wewnątrz warzywniaka hulało sakramenckie zimno. Było tak zimno, jak tylko może być w Białymstoku styczniowym przedpołudniem.

Okutana przydużym ocieplaczem ze szmateksu Beata siedziała na  kasie. Pod nosem parował kubek z gorącym barszczem, a  na półce z paczkowanymi przyprawami  rozgrzana do białości farelka co i raz wywalała korki. Zaczerwieniona twarz, pokryta grubą warstwą kremu, i zgrabiałe końce palców, wystające z poucinanych rękawiczek, świadczyły, że pani biznesłumen ta pora roku wyjątkowo nie służy.

- Wercia, klienci czekają – chropawy głos szefowej jakże daleki był od rozkosznego szczebiotu, dopominającej się o kolejnego drinka.

Wercia, wiejska dziewucha w wysłużonej kurtce moro po bracie wojskowym i w rosyjskiej czapce-uszance, uwijała się pomiędzy półkami, skrzynkami z kartoflami i jabłkami, beczkami z kapustą i kiszonymi a ladą, za którą kilkoro zziębniętych nosów przytupywało dla rozgrzewki.

- Pospiesz się, Wercia! Nasi klienci nie mogą tak długo czekać – Beata zakwitła uśmiechem, za co zmarznięci podziękowali chóralnym mruczeniem.

- Drzwi! Drzwi zamykać! – rzuciła żołnierską komendą w stronę otworzonych i przytrzymywanych z zewnątrz drzwi, które wypełnił czerstwy wieśniak, targając skrzynkę z jabłkami. Za nim stała Krystyna w pamiętnym paltocie, który teraz – zapięty na wszystkie guziki - prezentował się zupełnie przyzwoicie.

- Cześć, Beata, przechodziłam i  pomyślałam, że wdepnę na moment. Znajdziesz chwilkę...? Wyskoczymy na herbatę z  dodatkiem na takie mrozisko – odmieniona mrugnęła konspiracyjnie, pokazując torbę.

Szefowa, udając zaaferowanie, dopiero po chwili zdobyła się na sztukowaną radość.

- Ooo,  Krysia, dobrze, że wpadłaś. Moment...

- Kartofle, trzy kilo kapusty, dużo, pewno bigos na niedzielę będzie? Kilo pomarańczy, zielenina do rosołu ... tylko dzisiaj piętnaście pięćdziesiąt – Beata niczym Paganini stukała w klawiaturę.

Rozejrzała się po obejściu, wzrokiem policzyła klientów, otworzyła szufladę z pieniędzmi, jakby dla skontrolowania zawartości.

- Poczekaj, zaraz się uluźni. Co u ciebie? Jak po świętach? Piękniejesz z każdym dniem, moja panno. Po oczach widzę, że dochodzisz do formy. Sylwester w domu? - bardziej stwierdziła, aniżeli zapytała.

- Zbieram się do kupy, ale ciężko idzie. Samej... On, Marek – poprawiła się - jeździ na zmiany,w tym tygodniu ma nocki. Wraca zmęczony, odsypia do obiadu, potem siedzi z głową w telewizorze, to, wiesz... – Krystyna przysunęła się bliżej, by ogrzać się w cieple farelki.

- Podziwiam ciebie, Bóg mi świadkiem. Ja bym dawno wylądowała w Choroszczy. Co z pracą?

- Teraz ferie, do lutego zwolnienie, a potem..., Bóg jeden raczy wiedzieć – Krystynie zrzedła mina.

- Pani Zielińska, niedługo koniec miesiąca....- Beata srogim głosem upomniała podchodzącą do kasy kobiecinę, która szurała po ladzie reklamówką z cienkimi zakupami.

- Koniec? – w tonie grało zdziwienie. – Toć dziesiąty ledwo minął. Pani Beciu, kochana, jak tylko dostanę emeryturę – ureguluję co do grosika, jak Boga kocham. Nigdy nie zawiodłam,prawda? – głos przepełniony pokorą i bezradnością skamlał o łaskę.

- Prawda, prawda, ja tylko przypominam – Beata z wprawą wchodziła w rolę mentora -  że pierwszy na nosie, a teraz dziesięć dwadzieścia. Kesz czy zeszyt, pani Zielińska?

- Bardzo proszę, kochanieńka. Znaczy się - zapisać. Zaraz po pierwszym przyniosę. Zdrowia, zdrowiczka, szczęścia, pomyślności. Wszystkiego najlepszego w nowym roku pani, mężowi, całej rodzince...- jednopalcowe rękawice nieporadnie zbierały pakunki.

- Dziękuję, pani Zielińska. Pani także. I proszę pamiętać o pieniążkach! – Beata wyjęła wydruk, coś na nim skrobnęła i włożyła do zeszytu, leżącego obok kasy.

- Chodź na zaplecze, tam cieplej – wykorzystując moment, nachyliła się ku Krystynie, a do dziewczyny:

- Wercia, popilnuj biznesu. Muszę z panią porozmawiać w biurze.

Za biuro robiło małe pomieszczenie z zakratowanym oknem i zaciekami na suficie. Wyziębiona kanciapa była urzędem dla dostawców, kasą wypłat, pokojem socjalnym i podręcznym magazynkiem, skromnie urządzonym meblami na zasadzie każdy pies z innej wsi. Ubrania na wieszaku, z odzysku zdezelowany regał na dokumenty, kuchenny, pożółkły stół, cztery ogrodowe krzesełka, na ścianach bazarowe reprodukcje Ostrej Bramy. Przy drzwiach pojemniki, role papieru do pakowania, stara waga, karton z foliowymi torebkami.

- Cholerny ziąb, kiedy skończy się ta pieprzona zima?! – Beata, chuchając w zgrabiałe ręce, podeszła do regału. Ostrożnie przesunęła telefon z warstwą brudu na słuchawce, zasłaniający segregatory. Z największego wyjęła butelkę żołądkowej gorzkiej.

- Co się dziwisz? Spróbuj wytrzymać w tej zimnicy cały dzień – warknęła ze złością.- Zrobisz maluszka? – już przyjaźniej.

- Beata, a może to? – Krystyna pochwaliła się francuskim merlot.

- Krycha, nie żartuj. Kasy szkoda na takie siki świętej Weroniki – obejrzała butelkę ze znawstwem, odstawiła na stół. - Wy to-to w  przedszkolu pijacie? Bój się Boga! Nie żal ci wątroby? To co? Jednego na rozgrzewkę?

Nie czekając na odpowiedź, resztki herbaty z dwóch szklanek przelała do trzeciej. Puste podlała, nawet sporo.

- Za wszystko co najlepsze w nowym roku! Za ciebie i twoje plany! Żeby spełniły się. Wierz mi, Beata ma szczere serce i z duszy ci życzy – podała szklankę i nie czekając wypiła męskim haustem, przegryzając płatkiem szynki. Z zaciekawieniem obserwowała Krystynę cedzącą wódkę niczym rycynę.

- Nigdy nie pijasz?

- No..., nie..., czasami ... Jakoś mi nie wychodzi ... Nie umiem ... Beata... - Krystyna nie wiedziała, jak zacząć rozmowę, dojrzewającą w niej od dawna.

Beata  ponownie napełniła swoją szklankę.

- Wal, Krycha, prosto z mostu, nie obcyngalaj się. Ja swoja baba, z niejednego pieca podjeść zdążyłam. Przekonałam się, że życie to niejebajka a jebitwa. Zrób dupen klapen – usiadła, wskazując gościowi plastykowe krzesło, zasłane gazetą.

-No ... bo ... wiesz ... Ten wyjazd chodzi mi po głowie. Tak myślę o tym i myślę... – Krystyna usiadła, rozpięła palto. Alkohol robił swoje, dodawał animuszu.

Beata nie spuszczała z niej wzroku. Siorbnęła kulturalnie -  łyczek, nawet nie krzywiąc się.

- No..., tak – udała zadumanie. – Ja ci się nie dziwię. Dziewczyno, pomyśl – na nowo wpadła w rolę mentora. - TAM będziesz zapierdalać pół roku.Ostro, z dupą mokrą od potu, ale ustawisz się na całe życie. A TUTAJ – CO ?! Syf, kiła i mogiła.Czy myślisz, że gdybym ja nie miała tego pierdolnika na głowie – szklanka zatoczyła półkole, prezentując stan posiadania –  siedziałabym tu ? Za chińskiego boga!!! Dzisiaj każdy, kto ma choć odrobinę oleju – szkło dotknęło czoła - spieprza stąd, gdzie oczy poniosą.

- Beata, jak to tak? U nas wychwalałaś swój biznes pod niebiosa, a myślisz o wyjeździe? – gość nie posiadał się ze zdziwienia.

-No..., bo widzisz... – Beata nie zbita z tropu przeciągnęła frazę dla pozbierania myśli.- Biznes jest jak seks. Albo żydowskie przysłowie: Zanim wyjmiesz, musisz włożyć. Im więcej włożysz, tym więcej zarobisz. A ja co? Cała moja inwestycja to tu – szklanka znowu powędrowała ku skroni i ... mniejsza z tym - żachnęła się.

- Planowałam, żeby wyjechać na rok, dwa. A po powrocie otworzyć duży, nowoczesny sklep. Albo elegancki butik z ciuchami. Tylko markowe! Wyłącznie od Armandi’ego, Cassini’ego, Liz Claiborne. Perfumy Chanel, kosmetyki Diora, Lancome... Nie rajcuje ciebie ekskluzywny salonik przy Rynku Kościuszki? I to wyłącznie dla śmietanki, klientów wybranych z przebranych? Jeśli tak, to jedź i wracaj z kasą, a z całą resztą poradzimy.

Krystyna uspokojona prostym wyjaśnieniem życiowych dylematów rozsiadła się wygodnie.Zarumienione policzki świadczyły, że i jej procenty dobrze wchodziły pod poświąteczne resztki.

- Tak... Masz rację ... No, właśnie...A co do tego wyjazdu, to, wiesz, Marek nie daje mi spokoju. Od Bożego Narodzenia nie ma u nas innego tematu, jak tylko Ameryka, wyjazd i dolary. Zawsze gada tak, żeby o twoją rozmowę, wiesz, ta co przy stole, zahaczyć. Wstawia teksty, że szlag mnie trafia. Widzę,nosem czuję, że chce mnie wypchnąć jak nic.Już nawet liczy, co kupimy.

- Kto pije i pali, ten nie ma robali – Beata z czeluści ciuchów wydobyła papierosy i, delektując się świeżym dymkiem, doszła do przekonania, że czas dojrzał, by przyjaciółce palnąć noworoczne, choć spóźnione, expose.

- Po pierwsze, wrzuć coś na ząb, bo pawia puścisz i persa mi zaświnisz – strzepnęła popiół na wyleniały skrawek wykładziny pod drzwiami. - Po drugie - nareszcie zaczynasz kontaktować jak normalny ludź. A po trzecie – hak w smak twojemu chłopu. Ty miej swój rozum, bo teraz takie czasy, że każdy musi myśleć o sobie.

- Kryśka – popatrzyła maślanym wzrokiem – niejedna baba ci powie, że po tym, co przeszłaś, trudno poskładać się do kupy, to fakt. Bo to pozostaje długo – pokazała serce. - I tu – szklanka na powrót poszła w ruch i dotknęła fantazyjnej beretki na głowie.

Gdybyś jeszcze miała robotę pewną, gdyby twój stary przynosił dwa razy tyle, to rozumiem, że można się bujać. Ale w twojej sytuacji?! Chcesz gnić na zasiłku, obijać się o cztery ściany od rana do nocy i faszerować relanium?

Pójdzisz do marketu za osiemset miesięcznie bez umowy i ubezpieczenia, i będziesz mizdrzyć się do jakiegoś łysego fiuta z brzuchem na szelkach, żeby nie wywalił cię przy byle okazji?! Albo będziesz udawała, że nie widzisz, jak klepie ciebie po tyłku i tylko czeka, żebyś skoczyła z nim na magazyn?! A paszli ani w kiebieni mater’, olać sukinsynów!

- Chciałabym, Beata, lecz  nie wiem, czy podołam ... Czy nie za ciężkie dla mnie ... Za trudne, a ja za głupia. Trzeba mieć charakter, jak ty, a ja tylko z dzieciakami ... – Krystyna obracała napoczętą szklankę.

- Sraty taty król brodaty! Nie powiesz mi, żeś palcem robiona. I nie bądź durną cipą, do cholery! – Beata podkreśliła to uderzeniem dłoni o stół. – Podołasz, i to na pewno. Kiedy już zdecydujesz się, na sto procent, podjedziemy do Suwałk, do Lodziary. Ona pomaga w takich sprawach. Marzenie…

- Lodziara? - Krystyna zamieniła się w słuch, bo po raz pierwszy – odkąd znały się - Beata uchylała rąbka swoich tajemnic. - Nigdy o niej nie wspominałaś.

- Nie? Może i nie.Takimi znajomościami nie afiszuję się. Takie znajomości co najwyżej się ma.Poznałam…

- Lodziara – prywaciara, nawet rymuje się ładnie. Lodziarnię, znaczy się, ma.

- O, żesz ty w cara uboga! I to jeszcze jaką! – Beata zaśmiała się hałaśliwie jak z udanego dowcipu. – Aj,ty,ty kakietka!  Głupiutkie to-to, a naiwne jak dzieciulek – nieoczekiwanie uszczypnęła zaskoczoną dziewczynę w policzek.

- Przyjemnie pracować w lodziarni-kawiarni – rozmarzyła się Krystyna. – To nie to samo co zmieniać zaszczane śpiochy i dupy podcierać.

- Słuchaj i nie przerywaj. I do tego dojdziemy – Beata nabrała ochoty, by opowiedzieć historię poznania Lodziary.

- Ile to będzie? Kilka lat do tyłu, pięć?, może cztery?, tak jakoś, byłam ze znajomymi w Cristalu. Obok siedziała dobrze przechodzona czterdziestka po gruntownym remoncie. Wiesz, nie? - szklanka wędrowała od policzka, poprzez podbródek, szyję, biust, z dłuższym postojem przy brzuchu i pośladkach.

- Granatowy mundurek, biała bluzeczka, dyskretna biżuteria, stylowa oprawka okularów, a w otwartym neseserku jakieś papiery - jakby przed chwilą od biurka wstała.

My tam pierdu - pierdu o wszystkim i o niczym, jak komu leci i w ogóle między jednym drinkiem a drugim. Zerkam na boki i widzę, że baba strzyże uszami jak szarak na miedzy. Już miała wychodzić, ale nie – zostaje. Zamawia kawę, koniaka na abarot, ciasteczko, a słuchy jak ruskie radary chodzą. Byłam pewna, że to jakaś nowa larwa z obyczajówki albo z pegie, bo w jej oczach widziałam tęsknotę za odrobiną inteligencji. Radzę więc swoim, a wlana byłam całkiem-całkiem, żeby nie za głośno, bo jutro w raporcie będzie.

- Poczekaj, poczekaj.Co to pegie?

- Przestępczość gospodarcza, taki wydział w policji. Oj, Kryśka, Kryśka... Wiele lat nauki przed tobą – Beata z dezaprobatą kręciła głową, bo pojąć nie mogła, dlaczego osoba dorosła zadaje tak infantylne pytania.

- Bez obawy – nie będzie, bo na tym samym wózku jedziemy –  zastrzeliła nas odzywką.- Kolokwialnie to ja jestem Evitta Kowalczuk. Przez dwa t i u otwarte - myślała, że padniemy na kolana przed Evittą i znajomością ortografii.

I wprasza się do stolika, że ona, a jakże, również ma biznes rozwojowy. Kelnera woła, kolejkę zamawia, już na ty przechodzi. Kto dzisiaj „panuje”? – tupeciara, co wyczułam z miejsca. Żałowała, że wdepnęła w gówno towarzystwa moich kolesiów, jak poskarżyła się później.

- Adamitto Kowalczók, także dwa t, ale u zamknięte - prezentują się chłopcy, a musisz wiedzieć, że po kilku głębszych są nie do przebicia – Beata bawiła się odtwarzaniem spektaklu. - Dymza Nikuś Pikuś dwojga imion, oczarował ją Jurek ze śmiertelną powagą, a wtenczas baba zgłupiała do reszty.

- Pani z mieczowych Kowalczuków, czy po kądzieli? – „Adamitto”, urodzony jajcarz, siódmym zmysłem chwytał sytuację, w której mógł intruza rozgnieść jak muchę. – Nooo... - ona na to i wzywa rozum na pomoc, bo kuma, że lecą z nią w bamboo. - Z herbowych ... – „Adamo” nie odpuszcza.- Nooo..., ona znowu. – Oooo – „Adamo” nie miał litości dla Lodziary – pani herb jest znany: dwa psy na tarczy. Jeden sra, a drugi warczy.

- Kryśka, wierz mi – zaśmiewała się, zgięta w pół, aż fikuśna beretka zsunęła się z czoła – zmiksowali ją na jaja wielkanocne, bo łapnęli z punktu, że to cwaniura z miodem w uszach. I francowata chce pokazać Urbi et Orbi – Beata błysnęła  odsłuchaniem orędzia - jaka to ona wielka jest. A po tej spływa jak po kaczce! I nadaje jak didżej. To za język pociągnie, to opowiada, jak po Europie w interesach kursuje. Znajomościami się chwali, jakbyś gazetę czytała.

-O-o, Beata, uważaj, mówię sobie, bo gościa tempo za szybkie. Przyhamuj z drinkowaniem i filuj na kokotę, żeby z tego haftu jakaś poruta nie wylazła. Kłopoty czyli, bo wiesz, jak kończą się takie knajpiane znajomości.

Psim swędem czuję, że babsztyl jest kuty na cztery łapy. Kręcony od jasnej cholery, a oczka jak te lasery latają – nie nadążysz. Pogada, pogada i nazwiskiem rzuca. A ten z Warszawy, ten od was, a ten nasz, ziomal. I ciągle tylko powtarza: My, ludzie biznesu, musimy trzymać się razem. Musimy siebie wspierać, pomagać, bo tylko wtedy osiągniemy sukces.

Pomyślałam, że co będzie, to będzie – zaryzykuję. Kto wie? – taka znajomość może się przydać. Tym bardziej, że od dawna chodził za mną niewielki biznesik. Ale swój, bo hurtownia w Starosielcach była prowizorką za szarpaną kasę.

- Ja nie narzucałam się ze swoim ja.Boże broń! Nie ponaglałam ze zbliżeniem, spotkaniem,bo człowiek godność swoją ma, a i przebiegłość też. Po drugie – nie chciałam jej wypłoszyć. To była taka zagrywka z mojej strony.

Po kilku miesiącach gruchania przez telefon, Lodziara zaczęła bywać w Białymstoku. Głowę dam, że przyjeżdżała i wcześniej, tyle że słówkiem nie pisnęła. Diabli wiedzą z jakiego powodu, choć kiedyś chlapnęła, że pomiędzy telefonem a znajomością jest przepaść głęboka jak Wielki Kanion. Myślała, że Ameryką mi zaszpanuje.Pinda durna! – Beata ze złością rozdusiła niedopałek w spodku.

- Potem było tak, że przeważnie raz w miesiącu zjeżdżała na łikend,na ładowanie akumulatorów.Długi czas nie wiedziałam, z czym się to je i do czego przypiąć.A i zapytać wstydziłam się, by nie sądziła, żem prowincjonalna. Na początku ona też nie była skora do zwierzeń.

Ja myślałam – Beata szeptała gorzałką – że ona nawiedzona, sekciara może. Pamiętasz? Wtedy co drugi ładował akumulatory, bo na czasie i dobrze widziane było.

W końcu pękła.Jak purchawka.Sama z siebie. O, tak! – Beata strzeliła palcami.

...Zabrała mnie kiedyś na kolację. Do Gołębiewskiego, a tam wiesz jakie ceny. Ja przy niej pikuś mały. Cienka jak gumka w majtkach, a ona forsą szasta na prawo i lewo. Siedzimy przy małżach, japońszczyzna na stole, takie tam tutti-frutti di mare,ja nie trącam, bom nie z Wersalu. Ona światówka, udaje, że konsumuje.

Popijamy za to, bo dobrze nam wchodzi. Drineczek jeden, drugi, trzeci. Podkręca  tempo, bo na szkło parcie sakrameckie miała.Widzę, że mój gość rozkleja się odlotowo. To ja wtedy pod pic ją i w podpuchę lecę – w tym momencie Krystyna uprzytomiła, że po raz pierwszy słyszy zupełnie inną Beatę. Tak komunikowały się na jej osiedlu watahy małolatów, pomiędzy piętrowymi wiąchami pierdolonych kurew i zajebanych chujów.

- Wspominamy panieńskie czasy. Szkołę,randki-macanki i takie tam figle-migle na prywatkach… - Beata uśmiechnęła się dwuznacznie. – Wtenczas Lodziara,już na dobrym rauszu będąc, wyżaliła się w serwetkę...Płakała, jak Boga kocham! Kryśka,nie uwierzysz, ale ona prawdziwie płakała!  – Beata potwierdziła piątką w biust. - Ryczała, aż miło było patrzeć! No więc, poskarżyła się, że w ogólniaku wołali na nią … Wiesz jak? – na nowo przeżywała intymność wyznania. – Lodziara! Dasz wiarę? Lodziara! – i zmieniła mokrą od łez serwetkę, bo ta Lodziara wlokła się za nią niczym rzep uczepiony psiego ogona.

- Ooou, jeee...Niech cię drzwi ścisną! - Krystyna zaczerpnęła powietrza i kręciła głową z niedowierzaniem. – Lodziara... Byłam pewna...

- A co – to nie ludzkie? Są smaki i smaczki, a o gustach nie dyskutuje się. Słuchaj i nie kłapaj dziobem po próżnicy! – ofuknęła gościa szefowa warzywnego biznesu, wracając do wieczorowych atrakcji sprzed lat.

– Beata... – na nowo wcieliła się w Lodziarę i całkiem udanie naśladowała ubadzianego sponsora.Blah, blah, blah, yada, yada, yada, a natankowana jest pod korek. Beata,blah, blah, blah, ja decyduję - zmieniamy lokal! Woła taksówkę i każe się wieźć. Sądziłam że do miasteczka, skąd pochodziła. Ale nie! Ona chce do Herkulesów! Na dyskotekę! Kryśka, wierz mi: myślałam, że popuszczę tymi małżami! Łapiesz?! Pięćdziesiątka na horyzoncie, kufer jak stodoła, próchno z tyłka się sypie,a ją tańce-łamańce ze studentami szczypią. Wtedy łapnęłam, na czym polega ładowanie akumulatorów. Mało nie polałam się ze śmiechu – Beata chicholiła złośliwie i widać było, że daleka jest od sympatii do suwalskiej biznesłumen.

- Powiem ci prawdę: to Lodziara przekonała mnie do własnego interesu. Odpalisz działkę, pomogę jak swojemu, Bóg świadkiem.Nie masz kasy? Poczekam, nawet bez procentu. Wiedz jedno: Lepszy mały handelek, niźli duży szpadelek. Bajerowała, namawiała i załatwiała z kim trzeba. I jak potrzeba, bo długo nie trwało – znacząco zmrużyła oko.

- Rękę dam uciąć, że na rzęsach stawała, ale za jej sprawą mam tę budę – Beata stuknęła szklanką w stolik, czym dała do zrozumienia, komu zawdzięcza podrzędną, ale jednak, pozycję w biznesowym światku Białegostoku. – Co się gapisz? Poliwaj! – wskazała opróżnioną do połowy butelkę.

Później nie musiała już ponaglać.To Krystyna pamiętała, by  wyrównać poziom.

Dzięki temu poznała historię Evitty Kowalczuk z podwójnym t i u otwartym, która przy zerowym wkładzie własnym doszła do naprawdę dużej kasy. Czym udowodniła, że w dobie transformacji wyłącznie jednostki kreatywne, z inwencją, nie lękające się trudnych wyzwań, mogą być sztandarowym wzorcem – niczym metr z Sevres – w osiągnięciu życiowego sukcesu.

 

*          *           *

 

Lodziara pochodziła z miasteczka, w którym całoroczną atrakcją były poligon z jednostką wojskową oraz przejeżdżające pociągi. A także śluby, rozwody, pogrzeby i lokalne skandale. Ponad wszystko wybijał się jednak festyn „na Jana”, fetowany w rozpadającym się amfiteatrze nad jeziorkiem, w języku tubylców zwanym – z racji kształu -  Pipką.

Po gadkach-szmatkach oficieli i burmistrza w tym samym garniturze, tylko o rok starszym, publika świętowała z rękawa część artystyczną.Przeglądem polsko-rosyjskiego monopolu oraz krzakowych wynalazków pielęgnując tradycję. Spuściwszy wianki, co niecierpliwsze pary zaszywały się w okolicznych haszczach w poszukiwaniu paproci, kwitowanej później przez pechowców w miejscowej porodówce. W zawodach tempo nadawali młode koty, zgodnie z zasadą: Obrońcy granic nie płacą za nic. Wiadomo – przepustki miały dokładnie określoną godzinę powrotu na bramę.

W takich to okolicznościach Evitta, podglądając starszych, zapoznawała się z praktyczną przydatnością poszczególnych części ciała osobników płci obojga. Oraz szerokim spectrum westchnień damsko-męskich, jakie później po mistrzowsku naśladowała.

Impreza kończyła się akcentem stałym i niezmiennym od lat: gremialnym mordobiciem po zabawie na dechach, gdzie ścierały się zjednoczone siły z pobliskich wsi z miastowymi , wspieranymi przez ludowe wojsko polskie.Znacząc pole walki krwią i wybitymi zębami. Jak też porwaną męską garderobą, fragmentami polowych drelichów oraz porzuconym w popłochu orężem. Walały się sztachety z przydrożnych płotów, butelki po piwie, dobrze leżące w ręku oraz gazrurki, w jakie zawczasu zaopatrywano się w fabryce Metal-Drut Przedsiębiorstwo Państwowe.

Odkrywszy wcześnie wartość powabów ciała, z oddaniem angażowała się w przedszkolne zabawy „w pana doktora” z kolegami od leżakowania. Później również z kuzynami i starszym bratem, którzy w zamian prezentowali prężące się  nieporadnie siusiaki. Wyrośnięta na schwał,z prawidłowo funkcjonującymi hormonami, rozwijała się w tempie ponadnormatywnym, co wzbudzało dziką zazdrość koleżanek. A także zrozumiałe zainteresowanie rówieśników oraz lamenty matki, nie nadążającej z kupowaniem coraz większych majtek i koszulek, o nacycnikach nie zapominając.

Do tego stopnia, że pan Zbinio, sąsiad z przeciwka, weterynarz, a więc osoba czcigodna i szanowana publicznie, zaczął bywać w ich domu.Było to o tyle znamienne, bowiem mówiono o nim – właścicielu piętrowego słupka i żony na kierowniczym stanowisku w sklepie, groszkowego Wartburga i lewej praktyki – że z byle kim nie spoufala się.

Tak więc pan Zbinio zachodził w soboty wieczorem z butelką przedniego bimberku, w jaki zaopatrywali go chłopi. Wdzięczni za wyczyszczenie knurków, uratowanie wzdętej po mokrej koniczynie krowiny czy odebranie połogu znarowionej klaczy.

Nie dość, że przynosił coś dla ducha, to i o ciele nie zapominał. Gestem dobroczyńcy plaskał o stół a to kawałem jeszcze ciepłej polędwicy z wędzarni, a to połciem świńskiej dupy z zapachem, że nos wykręcało.Cenny prezent był wyrazem uznania dla domowników, bo „z zaopatrzeniem w mięso i jego przetwory występowały w kraju przejściowe trudności”. Rozpamiętywane w narodzie od czasów wejścia pierwszego sowieta.

Evitta, wtedy jeszcze normalna Ewika, jako że był to etap  podstawówki, pomagała matce w podjęciu zacnego a hojnego sąsiada. Kręciła się po kuchni, donosząc na stół odświętną zastawę, a gość wodził za nią oczyma, niczym za monstrancją przy podniesieniu. Co natychmiast wykorzystywał ojciec, wychylając jednego ekstra poza kolejką. Matka wszakże, mając uwagę podzielną, jak przystało na kobietę dojrzałą, przeganiała obiekt zainteresowań pana weterynarza. Wówczas ten, skwaszony i na wątrobę narzekający („Człowiek zdąży tylko drzwi otworzyć, a tu stół zastawiony i gospodarze czekają.Gościnność polskiej wsi wpędzi mnie do grobu, panie sąsiedzie” – biadolił), pośpiesznie kończył wizytę.

Wstępny etap obowiązkowej edukacji przebrnęła w miarę bezawaryjnie, daleka jednak od sukcesów. Nie licząc kilku wpadek, które w miasteczku przypięły jej łatkę „zdeprawowanej gówniary”.Prawdą jest, że na koniec groziła jej trója ze sprawowania za noc w sypialni chłopaków. Fakt ów odnotowano w dokumentacji wycieczki VII A w góry, ale działalność ojca w komitecie rodzicielskim zażegnała niebezpieczeństwo.

Niepomna rad wychowczyni, doradzającej zawodówkę, co najwyżej technikum, uparła się przy ogólniaku. Będącym klubem dla bananowej młodzieży, których rodzice liczyli się na pierwszomajowej trybunie, za ladami sklepików  oraz miejscem w ławkach podczas sumy. Wtedy to, po raz pierwszy, dotarło do niej, że nawet w ich kilkunastoletnim w życiu, odwrotnie niż przy wejściu do kina na legitymację, nie ma taryfy ulgowej. Płacić trzeba za wszystko. I to bez względu na pozycję zgredów. Tym więcej, im bardziej zależy na osiągnięciu celu. Zwłaszcza, kiedy możliwości nie staje. Intelektualnych, ma się rozumieć. Co docierało do niej okrutną wymową ocen w dzienniku i szarą twarzą matki, wracającej z kolejnej rozmowy z „panem psorem”.   

Za każdym razem, ilekroć rozłożyła na stole znienawidzony i przeklinany w żywy kamień bardak,po cichu złorzeczyła Bogu, że Ten wykazał się kompletnym brakiem wyobraźni, do Stwórcy niepodobnym. Głupotą, złośliwością wręcz, nie obdarowując jej przymiotami umysłu w tej samej proporcji co ciała. Godzinami siedziała nad książkami, lecz zrozumienie najprostszych regułek sprawiało ból głowy, a konstrukcja pracy pisemnej z polaka kończyła się bazgrołami, lądującymi w koszu.

- Nie dała Bozia rozumu, oj, nie dała, ale w cyce wywianowała – komentowała potem Kazia, wiejski wypłosz i kujon, której ojce stancję opłacali kartofkami, zbożem i wieprzakiem. Na długiej przerwie pożyczała zeszyt z wypracowaniem, a – jeszcze – Ewika zżynała w nerwowym pośpiechu, wciśnięta za szafę z mapami.

(Spotkały się w kilkanaście lat po maturze.Lodziara szukała dobrego neurologa i podkładek pod papiery na głowę i ktoś polecił jej docent Wyszkowską, po mężu. Nauczyciela akademickiego, zastępcę ordynatora oraz wziętgo praktyka.

Ta pamiętała koleżankę ze szkolnej ławy.Zwłaszcza jej podsrywanie o wieśniaku-pacześniaku, robiącym dzieci po pijaku, którym na dodatek nadawał głupie imiona.)

Z klasy do klasy przeczołgiwała się z coraz większym trudem   i gorszymi ocenami.Właściwie to przepychano ją, byleby nie psuć statystki drugorocznymi i opinii szkoły.Nie radziła z rosnącymi wymaganiami i przedmiotami ścisłymi, będącymi dla „pączuszka przemieniającego się w różę” odległe niczym Mgławica Andromedy. Opasłe podręczniki wzbudzały niekłamaną odrazę, lektura obowiązkowa jawiła się drogą ciernistą, a zapowiedź klasówki wywoływała atak żołądkowych dolegliwości.

Bogiem a prawdą nawet nie usiłowała zgłębiać zawiłości  regułek z algebry, chemicznych wzorów czy prawideł z fizyki. Bliższe ciału i przyjemniejsze było naturalne regulowanie poziomu estrogenu, na co zawsze znajdowała czas. Na etapie szkoły średniej była to jedyna dyscyplinia, w jakiej czyniła postępy, dystansując koleżanki o wiele długości.

 

Dziesiątą zaliczyła z poprawką na szynach długich jak wyprowadzenie dowodu w twierdzeniu Talesa. Pani wicedyrektor, przewodnicząca komisji, nie kryła irytacji. Poinformowała ją, kiedy podpisała protokół, że okres ochronny w tej szkole ma poza sobą.Jeśli nie skończy z randkowaniem, nie przysiądzie fałd i nie weźmie się do nauki, to o maturze może co najwyżej pomarzyć. Również i o studiach, by nie czynić zbędnych złudzeń rodzicom, których znała.

Przestroga poskutkowała doraźnym otrzeźwieniem. Ostrzeżeniem na tyle dosadnym, że zabożyła się, iż szybciej trawę jeść będzie i rosą popijać, aniżeli pozostanie na kupie w domu.I biurwą od wszystkiego w przedsiębiorstwie komunalnym, gdzie brat ojca kierownikował. Wujcio na ogół w okolicach drugiego półlitra zapewniał, że gdyby coś nie wyszło, pogada z dyrektorem, zachachmęcą z etatami i wcisną ją do zaopatrzenia.

Perspektywa spędzenia najlepszych lat na sporządzaniu protokołów z natury i segregowaniu części w magazynie buchała w niej falą gorąca. Zupełnie jak gdyby cioty dostała.

Widziała starzejącą się wujnę, która liczyła zmarszczki w rytmie maszyny do pisania i raportów „na wczoraj”. A także matkę, wyglądającą męża wracającego z „nie zapowiedzianej delegacji”. Potem awantury do rana i oczy zapuchnięte od płaczu.

W głowie zakarbowała jedno – maturę, będącą biletem na pociąg do Warszawy bądź Białegostoku, ale prędzej do Białego, gdzie poprzeczka niżej, a i koszta mniejsze, musi mieć bez względu na wysokość stawki.

Po pierwszej wywiadówce w jedenastej, skąd ojciec wrócił wkurwiony jak rzadko, usłyszała wyraźnie: jeśli nie chce, żeby dupa do krzesła w biurze przyrosła, to w jej interesie leży poprawienie ocen. Niechaj jednak wybije z głowy łapówkowe korepetycje, bo on nie będzie zażynał się nadgodzinami. Wtenczas matka wypomniała mu kochanki, które też kosztują, z pewnością więcej, i piekło rozpoczynało się na nowo. Wściekła trzaskała drzwiami, wiedząc, że jest powodem draki, co wymawiał jej brat.Ten niebieskim mundurem raz na zawsze rozwiązał problem dalszej edukacji.

 

Wobec tego nauczyła się radzić.Sprawdziany z matmy i chemii  zaliczała na fundowanych przez kolegów seansach w kinie Orzeł.Po miesiącu potrafiła z zamkniętymi oczyma wskazać nieskrzypiące krzesła.Daleka od drobnomieszczańskiej pruderii otwierała się ku wszystkiemu, co niosły nowe czasy. Serce wkładane w jakość oraz brak zahamowań w dążeniu do wiedzy spowodowały, że wkrótce  przebierała w ofertach ściąg.   

Perswadowała sobie, że nie ma co brać do głowy, kiedy i raz, i drugi obiło się o uszy, jak mówią za jej plecami. Chciaż nie. Właśnie Kazię - niedojdę spoliczkowała, szydząc z ojca ochlapusa-dziecioroba. Potem ostatkiem woli hamowała się, by nie wybuchnąć. Pierdolę to koncertowo i olewam, prychała z udawaną pogardą, choć dusza wyła.Rok nie prorok.Dalej każdy pójdzie w swoją stronę, a jej pozostanie matura.Przepustka do innego życia.

 

Na wydział lekarski Akademii Medycznej w Białym zdawała świadoma oblania.Ale o tym, że nie ma szans, wiedziała wyłącznie ona.Nikt więcej. Nawet rodzice zapewniani o doskonałym przygotowaniu i murowanym indeksie.

Elegancka w każdym detalu, elokwentna, lecz bez zagłębiania się w szczegóły. Pewna siebie, jak zawsze, brylowała w zdenerwowanym tłumie.Półsłówkami dawała do zrozumienia, że egzaminy to tylko formalność, bo tak naprawdę o przyjęciu decyduje ten kto trzeba. I robiła tajemniczą minę, nie dopowiadając kwestii.

Znała dalszy scenariusz. Poza setką nazwisk, jakie znajdą się na liście, pozostali będą złorzeczyć na trudne testy, korupcję, brak znajomości, niesprawiedliwość oraz życiowego pecha. Takie tłumaczenie po prawdzie również i ją usprawiedliwiało. Rodzice ze zrozumieniem odnieśli się do kolejnych planów, byleby roku nie tracić, a przed sąsiadami twarz zachować. Co było i tak po stokroć lepsze, aniżeli piętno nieudacznika i stanowisko przynieś-podaj-pozamiataj w wodociągach i kanalizacji.

Do szkoły pomaturalnej wepchnęły ją skonsolidowane siły organizacyjne i finansowe rodziny. Przestrzegającej  - jak zwykle w takich przypadkach – zmowy milczenia. Dzięki temu sąsiedzi przez długi czas trwali w przekonaniu, że studiuje ekonomię na nowo utworzonym kierunku.

 

To było do przewidzenia - orła wywinęła przy sesji zimowej. Egzaminujący, którzy nie takiego lewusa spuszczali z lufą w indeksie, zdegustowani byli kompleksową wręcz niewiedzą panienki usiłującej brać na wdzięk. Na domiar złego nie dopisali żądni wrażeń do słuchania Polskiej Kroniki Filmowej w kinie studyjnym Syrena. Do tego zaprawiona w wolnym rynku konkurencja zaspakajała popyt, a i zaliczenia zasadniczo różniły się od klasówek.

Relegowaniem z „uczelni”, którą człekokształne ze średnim IQ kończyły na luzaku, nie przejmowała się. Wytłumaczyła sobie, że wykształcenie to nie wzwód w szczytowaniu. Nie musi być pełne.W dzisiejszych czasach i bez dyplomu można się urządzić. Nie magister, lecz chęć szczera zrobi z ciebie milionera – powtarzała za wąsatym z telewizji, który – podobnie jak ona – także był po średnim. Nawet zawodowym.

 

Jedyną wymierną korzyścią z tego okresu były liczne znajomości natury towarzyskiej.Do nawiązywania których miała dar wprost nadprzyrodzony. Dzięki nim i tylko sobie wiadomym sposobem załatwiła to, co dla armii bezrobotnych było nieosiągalne - posadę protokolanki w Sądach przy Skłodowskiej.Płynne przejście ze stanu studenckiego na etat pracownika średniego szczebla w administracji państwowej odbyło się bezboleśnie, z zachowaniem pełnej dyskrecji. Do tego stopnia, że rodzina nadal wierzyła w pomyślną gwiazdę studentki, obłożonej wyczerpującą nauką, zaliczeniami i trudem egzaminów.

Jak dawniej wychodziła na poranny do Białegostoku, a „dodatkowe zajęcia” wieczorami oraz kupowane  skrypty i telefony do „koleżanek z roku” podtrzymywały mit przyszłej pani magister. Dopiero rozwodówka sąsiadów z ulicy, których parokrotnie spotkała na korytarzu, podważyła jej wiarygodność. Szło jednak do lata, więc wątpiących przekonała, że zajęć ma mniej, a półetatem zarabia na ciuchy i kosmetyki.Co tylko przydało jej aureoli męczennicy, rozumiejącej starzejących się ojców.

 

Nowym wyzwaniom poświęciła się całkowicie i z oddaniem niespotykanym w jej wieku. Z własnej woli zostawała po godzinach, pomagała zawalonej terminami kierowniczce sekretariatu, segregowała i zszywała akta. Sędziom przepisywała na maszynie, w kurzu archiwum wyszukiwała papierzyska,ławnikom przypominała o wokandzie. Przy tym – broń Boże! - nie dopominała się o premię, dzień wolny czy przeszeregowanie w uposażeniu. Była na każde zawołanie, nie leniąc się, nie ociągając, jak reszta,wyglądająca trzeciej.

 

Szybko zaskarbiła sympatię środowiska, zwłaszcza młodszej jego części. Tej po studiach i na aplikacjach. Ci zaś, w rewanżu niejako, zapraszali ją od czasu do czasu na lody i lampkę Hemusa do kawiarni, zaraz przez ulicę. Nie zważając na służbowo zależności i niepisany zakaz spoufalania się z personelem, co dla konserwatywnej palestry było świętym obowiązkiem.

Okazjonalne wypady do kawiarni NOT-u przeradzały się w wieczorne włóczęgi po restauracjach, przypominające studenckie lata.  W barku Domu Prasy przy Wesołowskiego, gdzie każdemu było po drodze, grupę szturmową prawników wzmacniali aktorzy, dziennikarze, literaci, plastycy. Kwiat bohemy w wieku trunkowo użytecznym, bez którego nie mogło obyć się żadne ważniejsze wydarzenie rozrywkowe nad Białką. O jakim nazajutrz rozprawiano z bólem głowy w oczach, pragnących łyku radebergera. 

Zazwyczaj program turnee podlegał modyfikacjom,w zależności od upodobań fundatora. Bywało że kolację, do której zasiadano w Cristalu, kontynuowano a to w Stylowej, a to w Spodkach przy Rocha, a to w Romantycznej, a to w Domku Napoleona czy Wikingu, gdzie zazwyczaj biesiadowano do późna. Do tak późna, że stratą czasu byłby powrót do domu – przekonywali przełożeni. Przykładnie subordynowana, korzystała wówczas z gościnności służbowych kawalerek i wynajmowanych mieszkań, hartując się w nocnych Polaków rozmowach.

Te zaś odległe były od mądrych wywodów z sali sądowej.Nie miały nic wspólnego z prawnymi oracjami, w wygłaszaniu których szkolili się juryści.Niemniej, gromadziły w sobie ładunek emocji, terminów, nazwisk, spraw, kazuistykę prawa rzymskiego, czym licytowano się do momentu, aż któryś bardziej przytomny puszczał filmik, okraszony zachodnią muzyką. Wtenczas cichły swary i wszyscy śledzili akcję  oszczędnego w dialogi scenariusza.

 

Jakoś bezwiednie, sama z siebie, polubiła szalone wypady, finału których nikt nie był w stanie przewidzieć.Nowe miejsca, nowe twarze, sytuacje - to właśnie było to, czego  brakowało w jej życiu. Mdłym, nijakim, płaskim, niczym rozdeptany naleśnik .

Coraz częściej łapała się na tym, że ten świat jest właśnie tym, w którym chce żyć, istnieć, funkcjonować. Rozbudzoną wyobraźnią widziała, jak i do niej zwracają się pani redaktor, albo pani sędzio, albo pani magister, w najgorszym przypadku. Kelnerzy kłaniali się w pas, drzwi otwierali, białe obrusy zamieniali na bielsze, trunki dolewali ponad miarkę i byli na każde skinienie.

Jednak im bardziej zatracała się w imaginacjach,  tym bardziej traktowano ją z dystansem, chłodem wręcz wyczuwalnym. Co przekładało sie na  coraz rzadsze zaproszenia na zwariowane balangi. Zapatrzona w iluzję swojego świata, nie była w stanie dostrzec, że powodem chłodu są dostawy świeżego mięska. Nowo przyjęte koleżanki były równie chętne do pozostawania po godzinach, a poza tym młodsze. Do tego także subordynowane i wzorowo ułożone.

Gwiazda Lodziary traciła blask, niczym gasnący mereoryt w otchłani Wszechświata.

 

Dostrzegłszy wyraźny spadek zainteresowania swoją osobą, rozpaczliwym rzutem na taśmę wykorzystała sytuację. Sprawdzona metoda „na podkładkę” okazała się skuteczna i tym razem. Asesorek, kompletny żółtodziób, wpadł w panikę, gdy mignęła mu przed nosem zaświadczeniem. Nieborak usiłował łgać na całego i szedł w zaparte. W końcu, za namową odchodzącej od zmysłów rodziny, dla której mezalians z protokolantką był poniżej godności, przemawiał do kieszeni. Wówczas ta, jak każda zdesperowana kobieta w podobnej sytaucji, zapewniła tatusia in spe, że skandal rozdmucha na cały Białystok. Kompromisy tudzież alimentacja to nie dla niej - dziecko musi mieć ojca.

Sprawę postawiła bez niedomówień: Chciałeś siup? Miałeś siup w dup.To teraz ślub. A jeśli nie – zna drogę do prezesa i kogo trzeba. Ażeby nie było złudzeń: ona wyznaje chrześcijańskie wartości i propozycja skrobanki oraz duże pieniądze nawet ją obrażają.

 

Ku radości swojej a rozpaczy rodziny męża, powlokła do ołtarza nieszczęśnika, którego wpada długo była kanwą pikantnych komentarzy. Ten zaś resztką przytomności umysłu przygotował ostatnią deskę ratunku. Na wszelki wypadek, co okazało się snem proroczym.

Żonkiś, za namową bliskich i dobrze mu życzących, przyjął postawę zalecaną przez ekspertów. Nie robił awantur o późne powroty od koleżanki,a kiedy dzwonił telefon, kulturalnie wychodził z psem na spacer.Udawał, że wierzy w wyjazdy do ciotek i wujków, rozmnożonych niczym wino w Kanie Galilejskiej. Ze zrozumieniem przyjmował tłumaczenia o złym samopoczuciu i konieczności pozostania w domu.

W ten sposób uśpił czujność małżonki, która nie przypuszczała,że mężuś wywinie numer wystrzałowy. Jak zawsze pewna siebie, tym razem zatraciła to, co w życiu kobiety z wybujałym ego najcenniejsze - instynkt samozachowawczy.

Przez długi czas pan sędzia z godnością, ale i z cierpieniem na twarzy znosił spojrzenia kolegów. Kiedy rogi były już tak wielkie, że gospodarz z trudem wchodził do mieszkania, złożył pozew o rozwód.

Lodziara, której w jednej chwili ziemia usunęła się spod stóp, próbowala gmatwać,podstawiać świadków, łatwić lewe obdukcje,żądać horrendalnych alimentów dla dziecka i siebie.Powód, silny poparciem rodziny i mocnych dowodów, nieubłaganie dążył do jednego, przeciągając przez wokandę korowód dupcyngli.

Świadomość przegranej spadała na nią niczym grom z jasnego nieba. Świetlana kariera i spokojna przyszłość u boku męża-sędziego definitywnie legły w gruzach. Wpływowi znajomi nie odpowiadali na telefony,a ci, u których szukała zrozumienia i pracy, odpowiadali wykrętnie przez ciągle zajęte sekretarki.

 

Po życiowym sukcesie pani sędziowej, co z podziwu godnym uporem nadal pielęgnowała rodzina, nie honor było wrócić do  festynów nad Pipką,podstarzałych ciotek i domowych awantur. Na dodatek z dzieckiem, opinią wiarołomnej, wysokim cholesterolem i smakiem do markowych trunków, których teraz brakowało.

Gorycz klęski osłodziła przysięgą, że był to pierwszy i ostatni raz. Że teraz żadnemu chłopu rolować się nie da. Na nią kolej, bo w popieprzonym świecie nie ma miłości, nie ma litości, nie ma sentymentów, liczy się wyłącznie kasa.Duża. Wielka.Największa.Pod warunkiem,że z głową omija się prawo, niczym dziurę w chodniku. Wiedząc jak, kiedy i w czyim towarzystwie, co powtarzała jak mantrę za byłym, a co stało się jej wyłącznym credo.

 

Wstyd i hańba nie tuczy, tylko rozumu uczy. Bogatsza o ludowe porzekadło, do kolejnego związku podeszła metodologicznie, z pełnym wyrachowaniem.Premedytacją wręcz. Z zajęć praktycznych pamiętała, że kiedy łeb siwieje, to fiutek szaleje, a rozum głupieje.Do tego starość wzmaga pożądanie, lecz utrudnia wykonanie. Z przeglądu ofert, jakie śledziła na matrymonialnych portalach, wyszło jej, że idealnym rozwiązaniem będzie wdowiec z Suwałk. Sporo starszy, co nie miało znaczenia, a nawet zalety. Główny atut - „Niezależny finansowo”, jak reklamował swoje walory – był tym, który sprawił, że obok komputera uruchomiła wyobraźnię.Wybujałą jak prywatne ego.

 

Kilkukrotne odwiedziny (wyłącznie w domowych pieleszach wdowca, którego nie chciała narażać na trud podróżowania) oraz wzajemne oględziny zadowoliły obie strony. Szczególnie Lodziarę, która, przy okazji niejako, miała sposobność zapoznać się ze stanem posiadania.I umysłu nieutulonego w żalu.Tenże, idąc z postępem, nie przykładał wagi do potknięć w przeszłości.Na swoje nieszczęście opinię tę wypowiedział głośno i z całą powagą, co zostało odebrane in extenso. I zanim gość połapał się w błędzie, „narzeczona” zwaliła się mu na kark z dorobkiem kobiety po przejściach. W posagu, zwiezionym bagażówką, wniosła dziecię płci męskiej, używaną meblościankę Lipsk, komplet pościeli oraz przedmioty od pozycji 01 do 22, wyszczególnione w intercyzie. Dodatkowo -  wysoki cholesterol oraz wdzięki trącone – niestety - zębem czasu.

 

- Beata, do diabła! Ja z tego nic nie rozumiem! – nietuzinkowy życiorys Krystyna chłonęła wprawdzie z zainteresowaniem, lecz ten miał się nijak do jej wyjazdu. - Jaki to ma związek ze mną? Co mnie obchodzi Lodziara, akumulatory i czyjś cholesterol?

- Nie przerywaj! – nieźle ubadziana Beata udawała zagniewaną. – Słuchaj, ucz się i wyciągaj wnioski, żeby samej w gówno nie wdepnąć.Przyjemniej patrzeć, kiedy inni to robią, nie?

 

Od dnia kiedy Lodziara została panią biznesłumen i współwłaścicielką Ostatniej Posługi, kontakty i kontrakty sypnęły się niczym z rękawa. Praktykę w zawieraniu znajomości przekuwała w bankowe wyciągi. Majstersztykiem negocjacji, na co zęby ostrzyła konkurencja, był nowy designe sali Cichego Westchnienia. Wykonawca zgodził się - w formie rozliczenia bezgotówkowego - na darmowy pochówek. Po swoim zejściu, naturalnie.

Fakt ów sprawił, iż zawistni, lecz gdzież ich nie brakuje?, porównywali ją do piranii.Nie miało to większego znaczenia, kiedy subkonto, już tylko z jednym nazwiskiem, rosło niczym owoc jej szlachetnej a nieodwzajemnionej miłości do togowego, co wpajała z uporem w podrostka.

 

Momentem przełomowym był jesienny bal VIP-ów w klasztorze na Wigrach, gdzie lokalnych tygrysów biznesu honorowano Złotą Sieją Transformacji. Dobrze po północy, kiedy echem poniosły bojowe okrzyki w stylu Chluśniem, bo uśniem, Pierdykiem, bo odwykniem, Po szklanie i na rusztowanie, No to siup w ten głupi dziób, Ni dla dziada, ni dla pana nie zaszkodzi szklana z rana, a trud biznesowania kładł gości pokotem, o pokamedluskie sklepienie odbiła się laudacja wzniesiona głosem w miarę trzeźwym:

Niech nam żyje, w chwale wzrasta

Słodka Lodzia – chluba miasta!

(Sprawa rypła się krótko potem. Jeden z szaraczkowych biznesmenów, drobny kręciel amator narobił gnoju w papierach.Czując nóż skarbówki na gardle, szurnął o protekcję do swojego możnowładcy. Lodziara odwróciła się tyłkiem, a wtenczas ten puścił parę, kto był pomysłodawcą pijarowskiej zagrywki.)

W ten oto sposób raczkująca w kręgach kupców, przemysłowców i biznesmenów Evitta, prywatnie najnowsza żona właściela najstarszej firmy pogrzebowej nad Hańczą dostąpiła publicznej inicjacji.

Tym samym ziściło się jej najskrytsze marzenie – tej nocy poznała Pięknego Tomusia, suwalskiego Rockeffeler’a. Majętnego do szaleństwa, co potwierdzały osoby urzędowe, korzystającego z jego samochodów, licznych daczy itp. dowodów wdzięczności dla mało zarabiających.

Historia Pięknego Tomusia, zasługująca na Oskara i wpis do księgi Guinness’a, była spełnieniem marzeń pucybuta, który został milionerem.

Na początku siermiężnego znoju w PRL Tomasz R., z urodą wiejskiego amanta nocą, nie był wprawdzie pucybutem, lecz – w dzisiejszej nomenklaturze – menadżerem chlewni w państwowej spółdzielni rolniczej, w pobliskim miasteczku.

W mrocznych latach komuny, jak utrzymują badacze dziejów, prawdziwe wędliny jadało się wyłącznie z okazji świąt państwowych i kościelnych. Tudzież wydarzeń okazjonalnych typu: wesele, komunia, pogrzeb, zdublowna czerwienią kartka w kalendarzu.

Dyskretny urok wątrobianej, funkcjonującej w drugim obiegu jako Krwawa Mery, salcesonu czarnego znanego jako szynka z Murzynka czy marmurku włoskiego, ukrywanego w dostawach pod mylącym określeniem salceson biały ozorkowy wyznaczały radości i smutki ludu nad Wisłą.

W takich oto okolicznościach Tomasz R.,oborowy z ideologicznym zaangażowaniem, potwierdzonym legitymacją, jak mało kto poznał swój fach. Samorodek, jeden na milion, zmysłem pozaziemskim wyczuł okazję. Potrafił tak przemyślnie zorganizować upadki blondynek, że w papierach grało, a i na stołach lokalnych notablów szynek i polędwic nie brakowało.

Zbędnym jest dodawać, że wdzięczność spaślaków otworzyła przed nim wojewódzkie, a później i stołeczne salony oraz gabinety, gdzie brylował z klasą właściwą oborowym.

Do podań do Pana Boga o przychylność w interesach, do czego teraz gorąco namawiał kursantkę, dołączał grube koperty „na potrzeby Kościoła”.Pamiętając, że za pieniądze ksiądz się modli, za pieniądze świat się podli. W rewanżu niebiańska życzliwość nie opuszczała go na krok. Nawet w tak trudnym momencie, kiedy miejscowy redaktorzyna w złowróżebnym artykule pt. „Z ratusza do więzienia” krakał:

„Suwalskich VIP-ów mieszkańcy dzielą na tych, którzy już siedzą i tych, którzy siedzieć będą”.

Żurnalista ów - na dodatek wyniesiony do godności radnego, jak również naczelnego deficytowego pisemka, podpiętego pod kasę magistratu – wykrakał, ale... swoje pohańbiebie.  Nie Pięknemu Tomusiowi, lecz właśnie jemu prokurator z białostockiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej zajrzał w oczy z oskarżeniem o dziesięcioletnią współpracę z SB.

Na domiar złego ratuszowa opozycja zażądała głowy zdrajcy, czyli spuszczenia szefa Tygodnika Suwalskiego na szczaw. Argumentując, iż ten, kto w przeszłości pokalał się kontaktami z esbecją, nie ma moralnego prawa kształtować opinii publicznej.

I choć pismaki różnej maści chłostali biczem krytyki za korupcję w lokalnym wymiarze sprawiedliwości, sobiepaństwo biznesmenów, którzy biuralistów spod zegara traktowali jak chłopców na posyłki, a stróżów prawa mieli za swoich pracowników, to championowi włos z głowy nie spadł.

Marzyło się Lodziarze powielić Tomusiową karierę.A nawet przebić go. Pójść wyżej, dalej. Osiągnąć jeszcze więcej.Z drobną poprawką wszakże.

Ujście energii, rozsadzającej jestestwo, widziała w podłączeniu się do partii,która aktualnie uszczęśliwiała rodaków, obstawiając złotówkodajne źródełka. Od warszawki począwszy a na gminie skończywszy.

Po wszechstronnym a intensywnym dokształcie pod bacznym okiem maestro, aspiracje gwiazdy biznesu stały się nad Hańczą publiczną tajemnicą. Wtenczas to – zbiegiem okoliczności - odwiedził ją mąż tajemniczy, tytułując siebie przewodniczącym Centrum Głupoty Polskiej w Suwałkach. Widząc zaskoczenie i niedowierzanie, przedłożył wiarygodne, sądowe dokumenty. Dokładnie przeczytane, potwierdziły rejestrację oraz działałność – i to od lat kilkunastu! – jedynej w swoim rodzaju placówki naukowo-badawczej w kraju.

Za podreperowanienie konta Centrum oferował fuchę wicka oraz poparcie członków w staraniach o punktowane miejsce na liście partyjnej. Ewentualnie stołek w magistracie bądź synekurkę w zarządzie spółki notowanej na giełdzie. Na dowód okazał grubą teczkę z wykazem tropicieli idiotyzmów i ogólnopolskich nonsensów, kretynizmów i głupot, bredni oraz swojskiego lelactwa nie wyłączając, do której wszak – przed podpisaniem czeku – wglądu zabronił.

Lodziara połknęła haczyk. Gotowa była wyłożyć kasę pod warunkiem przechrzczenia Centrum na Polską Partię Przewalszczyzny. Tłumaczyła gościowi, że w tej właśnie nazwie zawarta jest powaga, bezkompromisowość oraz społeczne przyzwolenie i dążenie do walki z patologiami. A także dostęp do mediów, na czym zależało jej szczególnie.

Od zarania świata pragnęła jednego: by na ekranach telewizorów – od gór po morze - ujrzeli ją ci, którzy pamiętnego dnia ze wzgardą skazali na banicję zapomnienia. Wykreślenie z towarzyskiego układu.

...W poniedziałek trygonometria była przedostatnią, szóstą lekcją. Pitagoras, nazywany tak przez kolejne pokolenia licealistów, otwarciem drzwi mroził klasę do tego stopnia, że słychać było śnieg padający za oknem.

Zwalisty staruszek, z próbą siwej brody pod szkłami wielkości spodków i marynarce uwalanej kredą, był postrachem ostatnich klas, gdzie wykładał matematykę. Teraz bujał się na krześle niczym wahadło, znając moment krytyczny, poza który nie mógł przenieść ciężaru ciała, a trzydzieści dwie dusze zamarły na granicy bezdechu. Przewracał kartki dziennika, wypatrując ofiary w głowach opuszczonych do blatu ławek.

- No, Kowalczuk, ja za tobą oczy gubię, a ty nawet na mnie nie spojrzysz – przez klasę przeszło wetchnienie ulgi, bo topór kata dokonał wyboru.

- Co byś powiedziała na propozycję intymnego tet a tete przy tablicy? – swoim zwyczajem nabijał się ze skazańca, lecz teraz, nie wiedzieć czemu, z drwiącym podtekstem, a klasa chicholiła w ramach dozwolonej normy.  – Nie krępuj się, zapraszam – Lodziara stanęła na drewnianych nogach, wypatrując zewsząd pomocy.

Matematyk wytarł tablicę z resztek geografii,a z teczki wygrzebał przekleństwo wszech czasów – zbiór zadań, którymi gnębił na sprawdzianch.

W tym momencie Lodziara wiedziała już, że nie ma szans  przeżycia.

- W trapezie równoramiennym mamy dwie niewiadome...- zawiesił głos, kartkując w poszukiwaniu czegoś wyjątkowego  na taką okazję.

- Jak się dzisiaj czujemy? – zaciekawił się z nagła, a w niej zapaliło się czerwone światełko, które zgasiła, bo matematyk znany był z niekonwencjonalnych odzywek.

- No, więc, proszę, pisz... – Pitagoras podyktował rząd cyfr z dwoma iksami.- Z tego wyprowadź – przeszył ją wzrokiem – twierdzenie – zawiesił głos - Pitasa – obserwował reakcję uczennicy. – O, przepraszam, przejęzyczyłem się. Naturalnie, chodzi o twierdzenie Pitagorasa.

Nieszczęsnej zaćma oczy przesłoniła. W głowie rozhuśtały się dzwony, serce urwało się i runęło w czeluść żołądka a dusza spłynęła w pięty.

- Ciekaw jestem – obserwował ją wnikliwie – czy można powiedzieć: Pitas zamiast Pitagoras? A może to taki skrót myślowy? Jak sądzisz? – dociekał zamienionej w słup soli.

Podszedł bliżej. Tak blisko, że widziała dokładnie kpiący uśmieszek w kąciku ust i oczy powiększone do monstrualnych rozmiarów. Mimo brody, która pasowała do jego twarzy jak trąba do koziej dupy.

- Słucham... – a klasa zastygła w oczekiwaniu czegoś strasznego, co wisiało w powietrzu od pierwszej chwili, kiedy stanęła przy tablicy.

- A ty, Asanowski, co o tym myślisz? – rzucił pytanie, nie spuszczając z niej wzroku.

- To...może... być, jak pan psor sobie życzy...W zależności... od punktu...widzenia –  Fąfel wyrwany z błogostanu stękał jak przy zatwardzeniu, spod gablot z preparatami do biologii i anatomii.

W pewności siebie nie dopuszczał myśli, że stary tetryk śmie go tknąć. I to wobec klasy! Jego, syna naczelnego dyrektora Metal-Drut P.P., największego zakładu w miasteczku. I zakamuflowaną metodą, czytelną wyłącznie dla kilkorga wtajemniczonych, zdemaskuje donosiciela.

A ona w tym momencie wyzbyła się najmniejszych wątpliwości. Wszystko stało się jasne, czytelne i zrozumiałe.

O, skurwiel pieprzony! O, skurwiel jebany! Ty chuju zatracony!- miołła w ustach przekleństwa i zdobyła się na odwagę, by spojrzeć w stronę ostatniej ławki, gdzie kabel gotów był zapaść się pod ziemię.

I co? Miała rację! Od pierwszej chwili instynktownie czuła, że zaproszenie na prywatkę śmierdzi. Tydzień wstecz, kiedy Fąfel zaproponował kino, pokazała mu środkowy palec, bo stawał się już namolny, a ona spiknęła się z Czarkiem. Nawet nie dla ściągi z fizy, tylko dla przyjemności. O czym naturalnie ten głupi fiut musiał przepowiedzieć. Pochwalić się. Udowodnić swoją przewagę w notowaniach. Gnoja kawał, analizowała gorączkowo.

A ona pierdoła, fizda zatracona dała się podejść jak pierwsza naiwna! Nie zastanowiła się, dlaczego Fąfel z Bartkiem i tą idiotką Izunią, która chwali się, że pod rajstopami majtek nie nosi, narzucili tempo już na starcie. Zwłaszcza po kucanym berku i koncercie życzeń z figurami jej podlewali szczodrze, nie żałując, przed resztą butelki chomikując. Pamięta jeszcze, że na początku były jakieś świństwa, tak! - Hawana club i Gordon gin, potem „tata z mamą” przepijane winem i browarem w sztafecie trzy po sto.

Musieli coś sypnąć.Bez dwóch zdań! Jest tego pewna. Na sto procent, bo jeszcze wczoraj głowę jej urywało. Jak z zaświatów powraca przebłysk, kiedy ściągnęli ją z tarasu. Stała goła niczym święty turecki po kostki w śniegu i darła się na całe gardło, aż nad Pipkę niosło:- Nasza klasa pierdoli Pitasa-kutasa! Nasza klasa...– a okna po sąsiedzku rozświetlały się, ciekawe rozróby w dyrektorskiej willi.

Przez myśl jej nie przeszło, że z powodu takiego głupstwa Fąfel, kórego ciotka mieszka w tej samej klatce co rodzina matematyka, znajomi od lat, zechce ukarać ją. On, jeden z nielicznych w szkole, któremu ojciec pozwalał korzystać z fury, należał do tych, komu się nie odmawia. Bez względu na okoliczności.

- Więc jak, Kowalczuk? Pitas czy Pitagoras? Za kim optujesz? – matematyk dał spokój z wyprowadzeniem  równania, co tylko przekonało ją, że o prywatce musiał to i owo wiedzieć. Nie w szczegółach, naturalnie, bo te nie nadawały się do powtarzania, lecz...

- Wygląda na to, że... usiadł na nowo, otworzył dziennik, na koniec nosa zsunął bryle i dziobiąc długopisem szukał nazwiska. – Wygląda, że półrocze przywitasz odpowiednio – z trzaskiem złożył dokument najświętszy, którym dla podkreślenia swojej władzy walnął o stół. – A potem? Znów za rok matura. Za rok cały – zanucił fałszywie znany przebój, patrząc na nią z ironią.

I wtenczas stało się to, czego najbardziej obawiała się w momentach wyjątkowego zdenerwowania:

Straciła kontrolę nad swoim organizmem.

Na głęboki wydech klasa zareagowała salwą śmiechu. Belfer, zaskoczony, podniósł się z krzesła, z opadłą do kolan szczęką, a ona poczuła ciepło spływające po udach.

- Toś ty...taka... przebiegła? – sapał z niedowierzaniem, bo afront takiego kalibru nie spotkał go nawet za sanacji, kiedy zaczynał karierę pedagoga. 

- Do łazienki! Do łazienki! – wachlował się dziennikiem ni to w geście wyproszenia jej z klasy, ni to odświeżenia powietrza.

- Wróć przed dzwonkiem! I nie biegnij! – zamknęło drzwi.

- Biorąc pod uwagę dzisiejsze, szczególne okoliczności – do przerwy pozostało kilka minut, a rozbawiona gawiedź pakowała książki  – dam ci szansę poprawienia oceny – zapisywał na tablicy strony i numery zadań do domu. - W przyszłym tygodniu. Obiecaj jednak – odwrócił się do niej – że pójdziesz do gastrologa, co trzydzieści jeden łbów skwitowało radosnym buczeniem.

Była pewna, że jeszcze tego wieczora miasteczko zatrzęsie się od plotek a ona stanie się pośmiewiskiem wytykanym palcami.

Hańbę tamtego dnia – o czym zapomnieć nie potrafiła - zmyć mogło wyłącznie coś wielkiego,niebotycznego. Nieosiągalnego dla zwykłego śmiertelnika. Teraz, kiedy miała pieniądze, potrzebowała dużo więcej. Oczyma duszy widziała siebie na ekranach telewizorów, w wywiadach na pierwszych stronach gazet i radach biznesłumen w tutejszym radiowęźle. Każdym nowo rozpoczynanym dniem pragnęła, by tamci – chołota z XI C na czele z Pitasem-kutasem - ujrzeli ją w blasku sławy, sukcesów i władzy.

Wkrótce znała ją cała Przewalszczyzna, jak z przekąsem mówiono w kraju o mateczniku fortun NN pochodzenia. Wyedukowana przez mentora była niepowtarzalnym egzemplarzem do robienia pieniędzy. Nie gardziła poznaniem drobnych płotek i najważniejszych w mieście i okolicach. Tych z rocznicowych trybun na pryncypalnej ulicy, z głównej nawy w konkatedrze i tych z zamkniętych dla plebsu przyjęć. Dlatego żaden ubolek nie tknął wezwaniem,kontrolą, domiarem czy skarbowym dociekaniem. Każdy z nich wiedział, że wcześniej czy później będzie jej klientem. Zdanym wyłącznie na łaskę szefowej, bez szans wniesienia zażalenia. Marzącym,jeszcze za życia, by być obsłużonym, jak przystało na pozycję i poważanie „w województwie”. Prestiż którego, aż żal wyznać, leciał na łeb, na szyję. Jak wszystko w tamtych latach w peerelu.

Płynące z samej Warszawy przykazania, by nie przeszkadzać w bogaceniu się rodaków, nad Hańczą traktowano dosłownie i z pokorą należną władzy najwyższej. Ziomki zaś rychło dali znać o sobie, do tej pory cienko przędąc z rent, emerytur i chudych pensyjek. W zapomnieniu, utajeniu nawet, na marginesie tolerowania przez prawo, które wnet okazało się wredne, niesłuszne i nie przystające do awansu mocarstwa, rodzącego się niczym feniks z popiołów.

Kraj przepoczwarzał się zgodnie z okrągłostołowymi dyrektywami, choć nie było mądrego, który by wiedział, czy wyjdzie z tego pies, czy wydra.

W mieście pojawiły się bryki, jakie oglądano w amerykańskich filmach. Wczorajsi cynkciarze spod Pewexu, gnębieni przez dzielnicowych, awansowali na szanowanych właścicieli komisów samochodowych i hurtowni. Drobni handlarze, z chińszczyzną na polówkach, śniący nocami o skarbówce, stanęli za ladami sklepów. A miejscowi wodzowie nieboszczki partii skryli się w cień zakładów, ulokowanych z dala od ludzkich oczu.

Przewalszczyzna, jak przystało na krainę jezior, złapała wiatr w żagle.

Pobliskie przejścia w Budzisku i Ogrodnikach, których pilnowali polscy i litewscy celnicy, były niewyczerpaną kopalnią złota. Przemysłowe transporty alkoholu i papierosów na bazarze przy Korczaka, w centrum miasta, pod życzliwym okiem policji, zamieniały się w pliki dolarów. Złoto – w ramach barteru dobrosąsiedzkiego – w towar, którym nad Wisłą zapełniały się półki, a którego w Wilnie, Kownie i Konigsbergu ze świecą szukać.

Dyrektywa kmieci i włościan: „Kto się nie leni, temu się zieleni” była tą, którą wzięła do serca awangarda cywilizacyjnych przeobrażeń z końca Polski, zapomnianej przez Boga i centralę.

Najpodlejszy spirytus w przydomowych rozlewniach i puszczańskich kniejach szlachetniał w wyszukane – dzięki  drukarkom z Zachodu – gatunki wódek, które ceną przebijały ofertę Polmosu. Szerokim strumieniem zasilając sklepy monopolowe, restauracje i potajemki od Odry po Bug.

Papierosy – przednich, zagranicznych marek, jakimi Europa wspomagała palaczy zdychających gospodarek Europy Środkowej i Wschodniej – wędrowały z powrotem na Zachód. Tyle że na lewych fakturach i w zupełnie innej cenie, co potwierdzały, rosnące, niczym grzyby po deszczu, wille full wypas celników.

Kto zdążył, ten wygrał. Reszta oblizała się smakiem.

Nerwowy czas kręcenia lodów, jak w półświatku szeptano o milionowych przewałach, sprawiał, że twórcy gospodarczego cudu Najjaśniejszej żyli w ciągłym napięciu. Stresując się do pierwszego zawału, wypatrywali gości ranną porą, chłopców z miasta i wezwania ze znaną pieczątką. Rosnące słupki zejść smuciły wyłącznie rodziny i demografów. Pozostali zacierali ręce. Dzięki czemu Lodziara na niedobór klienteli nie narzekała. Żaden nie grymasił na terminowość, jakość usług i rachunki, z długiego ołówka pisane. Do tego praca cicha, spokojna i zero reklamacji. A że lekko stresowna? No, cóż, ładowanie akumulatorów eliminowało i ten mankament. Tym bardziej, że na opłacenie serwisu kasy nie brakowało.

- Kiedy pojechałam z Marzeną do Lodziary, poznałam jej starego. Cichy, zdeptany kapeć, zaszczuty latami tresury. Krótko potem wyciął pożegnalny numer – skutecznie postrzelił się na polowaniu. Wtedy Lodziara wpadła w popłoch, bo ludzie, jak to ludzie - to i owo wiedzieli. Ratując się, zafundowała sobie ciężką depresję. W zaciszu psychuszki oddawała się długotrwałemu leczeniu, chroniona opiniami lekarzy. Wyszła z mocnymi papierami na głowę i uregulowanym cholesterolem. Dopiero wtenczas prokurator  odłożył akta na półkę, a sprawa przyschła definitywnie. Chociaż...

- Beata, daruj, ale to mnie nie dotyczy! Po co... –  gość, zerknąwszy na zegarek, oderwał się od oglądania kolorowych widokówek Nowego Jorku, jakimi zamaskowano grzyb na ścianie.

- Pocą to się nogi nocą,a czasami pod pachami – odpysknęła Beata, a Krystyna pomyślała, że ta cholernica na wszystko ma gotową odpowiedź.

- Człowieku, otwórz oczy, do kurwy nędzy! Zaraz stuknie ci trzydziestka, a mimo to nie dotarło do ciebie, że tutaj wszystko jest na sprzedaż i wszystko jest do kupienia. Łącznie z godnością, uczciwością i honorem.

Czy nie widzisz, że ten piękny świat to jeden wielki pierdolnik?! A ty zachowujesz się tak, jak gdyby wokół ciebie były wyłącznie twoje grzeczne i dobrze ułożone dzieciaczki, które nie kłamią, bo odmawiają paciorek i myją rączki przed obiadem, a proszę, przepraszam, dziękuję nie schodzą im z ust?!

- Spójrz na Lodziarę! Ona, tyłka nie ruszając z miejsca, ma dzisiaj taką kasę, jakiej ty w życiu oglądać nie będziesz.

- No, no, no – zastopowała Krystyna. – Tyłkiem to ona  ruszała. I to ostro, na tempa.

- Ale nie za darmo! A ty co z tego masz? Albo ja? Tę budę, gdzie w zimie nie idzie wytrzymać, a latem brakuje na opłaty, bo pies z kulawą nogą nie zajrzy? Job go w mat’! Co z tego, że obdarowano nas największym dobrodziejstwem w dziejach ludzkości – Beata ze złością cisnęła Wyborczą, gdzie guru ekonomii agitował rodaków do pokochania kapitalizmu. – Darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda, tylko patrzy, czy równo ciągnie. Więc ciągnij i ty. Ale uważaj! Z głową na karku i nie za szybko, a coś w życiu osiągniesz.

- Beata... – Krystyna łyknęła dla kurażu. – Powiem ci - od choinki w przedszkolu zaczęłam inaczej na to wszystko  patrzeć ...

- Najwyższy czas! Dzięki Bogu! Człowieku, TY obudziłaś się! Brawo!

- Beata, ale co z wyjazdem... Jak myślisz? Dadzą wizę? – Krystyna przypomniała sprawę, z jaką przyszła.

- Kochanieńka, może i dadzą, a może i nie, Bóg jeden raczy wiedzieć. Szczęściu trzeba wyjść naprzeciw. Wskazać drzwi i powiedzieć, kto tam mieszka – Beata upiła ździebko, zaciągnęła się przemytnikiem i czknęła ostrzegawczo.

- Jak to - WYJŚĆ NAPRZECIW? Nie rozumiem.

- Powiem ci w sekrecie - w takich sprawach Lodziara pomaga zaufanym. Kiedy pójdziesz po wizę, sporo papierów będzie potrzebnych. Dobrych papierów, mocnych. Nie sądzisz, że wizę dadzą przedszkolance na wylocie. Po łyczku, dla poprawienia krążenia – tym razem Beata stuknęła o szklankę, a swoją spiesznie przystawiła do ust.- Sama rozumiesz, że wyjazd to poważna sprawa. Życiowa. I skoro inwestujesz, nie może być pudła. A tamta jest skuteczna. Moja siostra tak właśnie wyjechała. I nie żałuje, pani Krysieńko! Nie żałuje! – zaśmiała się hałaśliwie i widać było, że kolejna lufa zaszumiała pod deklem.

- Przerażenie mnie ogarnia, kiedy tego słucham. Przecież to sąd, kara, więzienie! Mój Boże, o czym ty mówisz?! Do czego mnie namawiasz?!

- Kryśka, na jakim świecie ty żyjesz?! – Beata drwiła, rozeźlona nie na żarty. – Jaki sąd? Jakie więzienie? Gazet nie czytasz? Telewizji nie oglądasz? W Polsce ministrów się kupuje. Posłów, ustawy sejmowe, głosy wyborców, naczelników więzienia. To ty głupiego wyroku nie kupisz?

- Lodziara zdradziła mi –Beata pochyliła się konspiracyjnie   - że u nich, w Suwałkach, w okręgowym biorą wszystko. Wszystko, jak leci, dasz wiarę?! Kopę jaj, szynkę wiejską, koszyk ryb, słoik miodu.Żeby za grosz wstydu nie mieć! – nie posiadała się z oburzenia. – To co, kasy nie wezmą? Sranie w banie! Zapamiętaj jedno: sędziowie dzielą się na orzekających i potrzebujących. Orzekającyh jest niewielu, potrzebujących cała reszta.Na zachcianki przyjaciółki, alimenty na dzieci ze starego małżeństwa, wycieczkę do Egiptu, plazmę na ścianie. Mam mówić dalej ...?

- Zapisz na twardym dysku – dziobnęła palcem czoło Krystyny. - W tym kraju nie ma ani prawa, ani sprawiedliwości. I długo nie będzie. Wykorzystaj to! Jeśli nie masz w głowie sieczki, zrób to, co zrobili inni, których dzisiaj nikt nie pyta o stan konta.

- Jedyny Boże, Beata! O czym ty mówisz?!

- O pieniądzach, których potrzebuje każdy. Jeśli chcesz przeżyć, musisz nauczyć się robić pieniądze. Wiedz - im większe pieniądze, tym mniej pytań, skąd pochodzą. Nie zauważyłaś, że wielkie pieniądze onieśmielają tych, którzy pytają o nie z urzędu? A wiesz dlaczego? Bo TAKIE pieniądze śnią się im po nocach

- Ja..., ja..., nie mogę uwierzyć w to, co słyszę. Beata, nie znałam ciebie takiej. Jesteś inną Beatą, jesteś innym człowiekiem! – Krystyna oplotła rękoma głowę, jakby to, co słyszała, było urojeniem.

- Że mam odwagę mówić to, o czym ty myślisz? Taka jest między nami różnica. Warunkiem istnienia jest pójście na całość. I walka. Trzeba gryźć, kopać w jaja i bić w mordę. Żyć bez skrupułów.Dopiero wtenczas będziesz mieć pieniądze. A tam, gdzie są pieniądze, nie ma sumienia. Im mniej człowieka, tym więcej pieniędzy, a tylko te są prawdziwą wartością. Chcesz, jak Lodziara, przyssać się do starego wapniaka z kasą i jednocześnie zachować niewinność lelyji? – szydziła.- To nie w twoim stylu. Tobie się nie uda, bo jesteś za uczciwa. Wybierz więc inne rozwiązanie. Prostsze.

- Pieniądze, pieniądze, pieniądze! Obrzydzenie mnie ogarnia, bo nic innego nie słyszę –  w oczach przedszkolanki czaiła się bojaźń.

- Znasz bardziej humanitarną receptę na życie? Powiedz, proszę, chętnie zastosuję – Beata nachyliła się, podpita, wionąc dymem w twarz.- Jeszcze nie jesteś na zasiłku, a już brakuje ci pieniędzy.

Radzę ci – weź się w garść, zanim pójdziesz na dno. I to szybko, bo jutro będzie za późno.

W twoim wieku... –  nie dokończyła. - Za dziesięć lat będziesz starą, przechodzoną rurą i pies z kulawą nogą nie zwróci na ciebie uwagi.

- Ale ja boję się! Uwierz – boję się! To straszne, co mówisz!- w głosie Krystyny pobrzmiewał lęk.

- Przestań mnie wkurwiać tym swoim „Boję się”! Myślisz, że ja nie boję się, kiedy daję?! Myślisz, że oni nie boją się, kiedy biorą?! Wszyscy boimy się i dlatego robimy to tak dokładnie, tak ostrożnie, sterylnie wręcz, żeby nikt się nie dowiedział.

- Człowieku, gdyby wszyscy tak gaciami trzęśli, stanęlibyśmy w miejscu. Nie mamy innego wyjścia poza jednym: dawać i brać. Dzięki temu idziemy do przodu, rozwijamy się. By żyli inni, my musimy przeżyć. Dlatego musisz być w układzie. Tylko sitwa jest gwarancją, że nie staniesz się odpadem umiłowanej transformacji – zmięła niczemu nie winną gazetę. - Jeśli nie wywalczysz, nie wyrwiesz pazurami, gówno mieć będzisz.

- Ale ... jeśli tak różowo we własnym biznesie, to skąd tyle narzekań?

- Do kurwy nędzy! Kryśka, czyś jeszcze nie załapała, na miłość boską?! – Beata wnerwiona na dobre.- Zapamiętaj jedno: w tym kraju każdy, kto ma niewielki nawet interes i odrobinę rozumu, narzeka. Im głośniej i dalej słychać, tym lepiej. Musisz złorzeczyć na cholerny rząd, podatki, głupich urzędników i jeszcze głupsze przepisy. Sanepid, biurwy ze skarbówki, PIP-y i srypy. Dopiero wtenczas jesteś jak cała reszta.

- Ty też tak?

- A co? Myślisz, że inaczej? Wychylisz się, że jakoś sobie radzisz, że jakoś ci idzie, to upierdolą cię. Wszyscy po kolei: urzędnicy, kontrole, domiary, konkurencja, podatki, „specjaliści” od ochrony. Z zazdrości, z zawiści, z nienawiści,bo polskie piekło, polskie bagno jest tu! – walnęła szklanką w stół. - W nas, wokół nas! Strzeż się, by nie wciągnęło ciebie jak Lodziary.

- Litości! Mój Boże, litości! – przedszkolanka złapała się za głowę, bo po raz pierwszy w życiu wyrąbano jej tak okrutnie brzmiącą prawdę.

- O jakiej litości mówisz ?! – Beata podeszła blisko, by Krystyna słowa nie uroniła. – Zapamiętaj jedno: żaden bóg nie ma litości dla biedaków.

W tym momencie za drzwiami rozległy się ruch nagły i głos podniesiony, ponad którym dał się słyszeć pisk Werci. Zdenerwowany i stanowczy, który przebijał męskie pomrukiwania.

- Szefowej nie ma i proszę nie wchodzić. Nie można! Nie można!

- Ale miesiącami nie płacić za towar to można?! Co? Pytam się – MOŻNA?! Dziecko, zejdź mi z drogi, pókim dobry, bo dupę skroję! – głos męski wziął górę.

W drzwiach otwartych z impetem stanął krępy, w średnim wieku mężczyzna ubrany z wiejska, ze źle wróżącym gniewem na twarzy.

- I co „Nie ma szefowej”? Nie ma?! Ładnie to oszukiwać? Kto ciebie tak wychował? Taka młoda a już kłamie – gospodarz odwrócił się w głąb pustego korytarza, a za dziewczyną ani śladu.

- Panie Władeczku kochany, właśnie miałam do pana dzwonić! W tej sekundzie! – Beata chwyciła słuchawkę, położyła, poczem podbiegła do gościa, pod ramię ujęła, na krześle usadziła przemocą.

- Mnie niepotrzebne pani dzwonienie! – rolnik powstał nagle, czapką otrząsał z gumofilców śnieg wprost na podłogę. - Mnie potrzebny pani piniądz! I to już! Teraz! Od jesieni czekam i tylko słyszę: Za tydzień, panie Władeczku kochany, za tydzień! I tak z miesiąca na miesiąc... – złość podkreślił walnięciem pięścią w stół,aż zastawa zatańczyła.

- Panie Władeczku kochany, po co te nerwy? Zdrowia nie szkoda? Zobacz pan kobitę – wskazała na Krystynę wystraszoną sytuacją, a i wyglądająca nie najlepiej po wódce. - Łobuz wyjechał w świat, z dwójką drobiazgu zostawił i od roku grosza na przysyła, sukinsyn pieprzony. Miałbyś pan sumienie takiej na kreskę nie dać?! Boga w sercu trzeba nie mieć!

- Czy wiesz pan, ile w tym zeszycie łez i nieszczęścia? Ile tragedii?! – Beata żwawo podskoczyła do regału i wyciągnęła pierwszy lepszy gruby notatnik, którym zaczęła młócić przed nosem ogłupiałego chłopa. – Toć to bieda wokoło – ręką wskazała zaciągnięte mrozem okno.

- Panie Władeczku, oni za mieszkania nie płacą, za światło, ale jeść muszą. To, co – nie dać na zeszyt?!– nadawała jak taśma, wymachując brulionem przed pokorniejącym panem Władeczkiem.

– Wiesz pan, ile ja mam kasy u takich? – wypchnęła skołowaną Krystynę przed oblicze gościa. – Tysiące! Ty-sią-ce – sylabilizowała dla podkreślenia efektu.-  I co? Z gardła im wyrwę? Komunii świętej bym nie przełknęła, kochany panie Władeczku.Bóg by mnie pokarał, żebym odmówiła.

- Może drineczka na takie mrozisko, panie Władeczku? – Beata nie pytając nalała do swojej szklanki i podała gościowi. – Na zdrowie, panie Władeczku. Bez krępacji, a ja zaraz po pierwszym z pieniążkami jestem. Bóg mi świadkiem! Tu, przy tej kobiecinie nieszczęsnej przyrzekam.

Gospodarz wypił duszkiem, knajpianym zwyczajem strząsnął krople na podłogę.

- Uuuhuuu... – nieśmiały grymas mogący być uśmiechem rozjaśnił jego twarz. - Dobry bimberek, nie powiem. U nas takiego nie pędzą. Dobry... – łakomie zerknął na butelkę.

Beata podchwyciła motyw i tym razem nalała sporo więcej.

- No, no, ależ z pana impulsywny mężczyzna – zagrała kokieteryjną nutą.- To teraz na drugą nóżkę, panie Władeczku. Żeby się równo szło, a ja po pierwszym melduję się z kasą.Słowo honoru, żebym jutra nie doczekała – bajerowała chłopa, puszczając oko uwodzicielsko.

Wieśniak wypił i, wybierając palcami resztki wędlin z talerza, popatrzył na nią jak wyposzczony samiec.

- Pani Beatko, niechaj mnie dunder świśnie – słabość mam do pani. Ale żeby to był ostatni raz, jak Boga kocham! Ja panią lubię, szanuję i nie chcę kłótni o piniądz! Ja mam gospodarstwo, sad, rodzinę. Wie pani, ile to wydatków, a tu wiesna idzie. Nawozy, ropa do ciągnika, szczepionki dla prosiaków...

- Panie Władeczku kochany, kto bardziej niż ja rozumie ludzi wsi? Tam moje korzenie, moja rodzina...- Beata trajkotała z fałszywą dobrocią w głosie.

- Właśnie, właśnie, toć sama wie, jak ze wsi jest. No, na mnie czas, bo za sprawami do województwa zjechałem.

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku życzę i na piniążki czekam, pani Beatko – zrewanżował się mrugnięciem, szelma jeden.

- Nie martw się, pani, tylko wywąchaj takiego łobuza i jedź za nim.A tam babie kopa w dupę i za drzwi, a jego za mordę i „Piniądz dawaj” taki owaki alfonsiasty, jebaku eksportowy. W nowym roku będzie lepiej. Wszystkiego najlepszego! – odwrócił się, już w drzwiach będąc, do Krystyny.

Biznesłumen domknęła je tyłkiem i wzrokiem wystraszonego szaraka popatrzyła na koleżankę.

- Krysieńka kochana, daruj ten cyrk, ale – widzisz sama: człowiek robi z siebie małpę, żeby ratować firmę. Takie to życie niewdzięczne. Przepraszam cię, kochana... Nie gniewasz się? Powiedz, że nie! To dobrze. Wiem, że nie. Równiacha z ciebie – objęła ją, przytuliła dla formy.

- Spotkajmy się w karnawale, co? Pójdziemy gdzieś z chłopami, może na tańce, może na kolację? Ja zapraszam i płacę – zmieniając temat i sprzątając po „przyjęciu” dała do zrozumienia, że czas audiencji dobiegł końca.

 

*          *          *

 

 - Szefowo, ona czeka – Wercia wskazała palcem przygarbioną biedę,okrytą wytartym chałatem. Staruszka stała pokornie, podparta laską, przy stercie pustych skrzynek, kiedy Beata z Krystyną pojawiły się w sklepie.

Babuleńka, powłócząc nogami, podeszła do lady, którą Beata zdążyła odgrodzić się od ludzi. Pokręcone reumatyzmem ręce nieporadnie rozkładały zakupy, z kieszeni palta wiatrem podszytego długo wyjmowała paragon.

- Pani szefowa pomyliła się ... Ja dwa złote za dużo zapłaciła...- szeptem, nieśmiało, bo choroba słowa łamała.

- To niemożliwe! Ja nie mylę się! – Beata zdecydowanym głosem odrzuciła zarzut.

Cisza, jaka wypełniła warzywniak, ciężka była od spojrzeń ludzi wpatrzonych w dwie kobiety.

Zbita z tropu Beata napotkała uważnie przyglądającą się jej Krystynę. Zmitygowana obejrzała paragon, potem zakupy, jakby dla zyskania na czasie.

- Phi, to tylko dwa złote!- ze złością szarpnęła szufladę.

- Pani, dwa złote to duży pieniądz. To tyle co bochenek chleba. Dla mnie jednej na tydzień starczy.

- Jak się nie podoba, nie musi kupować w MOIM SKLEPIE!

- Tu najbliżej, a ja chora, słaba i nogi odmawiają chodzenia – upokorzona szukała wzrokiem współczucia w kolejce.

- Tydzień temu też, alem wstydziła się... Teraz pomyślałam, że to bochenek chleba. Bocheneczek to dużo jedzenia.

- Pani też...? – późny Parkinson dostrzegł Krystynę stojącą z opuszczoną głową.

- Jesteśmy kwita – ucięła Beata, kładąc monetę na ladzie.

- Za moich czasów ludzie mieli mało, ale serca dużo. Dzisiaj świat pełen ludzi, a człowieka ze świecą szukać – drżała jej głowa, a ona patrzyła zmatowiałym wzrokiem.

Wzięła monetę, podniosła do oczu, powoli schowała do zniszczonej portmonetki. Niezgrabnie mocowała się z reklamówką.

Ciszę, nabrzmiałą bólem człowieka nad grobem, przerywało jedynie syczenie gorącego powietrza nad farelką.

- Bóg zapłać, dobra pani – postukiwanie laski uwolniło Beatę od kłopotu.

- Wiesz, co by powiedziała Lodziara? – Beata odetchnęła z ulgą, kiedy zamknęły się drzwi. – „Pieniądze nie mają sumienia, a cała reszta gówno mnie obchodzi”.

- Nie daj Boże doczekać takiej starości.Nikt nie wie, co komu pisane. Nikt... – śnieżny tuman zamazywał zgiętą sylwetkę, a  Krystyna z otchłani pamięci przywołała Babcię Marię.

- Teraz wiesz, co masz robić – Beata mamrotała niewyraźnie, z buzią wypchaną mętówkami, bo jechało od niej jak z gorzelni.

 

*            *            *

 

Copyright © 2010 by Andrzej Gawecki.  All Rights Reserved.

 

PL - MAN