BABYSITTER 
 

SCENARIUSZ  FILMOWY 
 

(FRAGMENTY) 
 

LONG  ISLAND – NEW JORK, 2006 – 2008 
 
 

® ALL RIGHTS  RESERVED 

 

 

SCENA 1 
 

WNĘTRZE.GABINET DYREKTORKI PRZEDSZKOLA - DZIEŃ  
 

W gabinecie DYREKTORKI przedszkola w Białymstoku, dużym mieście w północno-wschodniej Polsce, trwa bożonarodzeniowe spotkanie z pracownikami.

Przy odświętnie zastawionym stole osiem pań w różnym wieku.Dalej biurko,szafy na dokumenty, telewizor itd., na ścianie duży krzyż, po bokach godła Polski i Białegostoku, w rogu rozświetlona choinka z napisem „WITAJ 2001”.

Na honorowych miejscach DYREKTORKA, KSIĄDZ i URZĘDNIK.

KSIĄDZ wstaje,rozpoczyna modlitwę:

- W dniu patronki naszego przedszkola, świętej Barbary, pomódlmy się o przyszłość ojczyzny, Kościoła i jego sług, przełożonych, rodzin...

- W imię Ojca i Syna....- żegna się i spod oka patrzy, kto modli się, a kto rozmawia.

- W imię Ojca i Syna...- podejmuje na nowo i przez kilka minut zebrani trwają w skupieniu.

DYREKTORKA po modlitwie:

-Jak wiecie, drugi już rok z rzędu nabór do naszego przedszkola ma tendencję zniżkową. Mniej dzieci, mniej opłat, a koszta rosną. Sumasumarum brakuje pieniędzy na utrzymanie i miasto coraz więcej do nas dokłada, choć nie powinno. Sytuacja staje się – co tu dużo mówić – immanentnie niewesoła.

Milknie na moment:

- Powiem wprost i bez owijania w bawełnę: Tragiczna.

- Zanim pan inspektor naświetli te zawiłości z urzędowego punktu widzenia, złóżmy sobie życzenia i podzielmy opłatkiem z błogosławieństwem naszego ukochanego księdza katechety.Od kierownictwa i komitetu rodzicielskiego przyjmijcie, drogie koleżanki, podziękowania za ofiarną pracę i te skromne koperty, bo na pewno przydadzą się przed Bożym Narodzeniem...

- Pani Zofia, proszę...

Jako jedna z ostatnich idzie KRYSTYNA w zaawansowanej ciąży.

DYREKTORKA po części oficjalnej:

- Na zakończenie posłuchajmy pana inspektora.

URZĘDNIK wstaje zdenerwowany:

- W imieniu władz miasta Białegostoku dziękuję szanownym koleżankom  za ofiarne kształtowanie postaw katolickich i narodowych u najmłodszego pokolenia. Cały czas musimy pamiętać, że tylko w katolickim kraju bogoojczyźniany światopogląd zapewni Polsce miejsce w Europie i świecie, godne jej tysiącletniej tradycji chrześcijańskiej.

- Wiecie jednak, że od lat dwóch wasze przedszkole daje ujemne samofinansowanie się. Brak waszych dzieci NAS stawia w bardzo trudnym położeniu.W coraz gorszym położeniu! Mówiąc bez ogródek - musimy zabrać lepszym, żeby dać gorszym.A takie rozwiązania są niepopularne, nie znajdują poparcia. O, nie! – grozi palcem - bo są niesprawiedliwie, niehumanitarne i niedemokratyczne.

- Zapowiedzieć przez to chcę...- jąka się. - Na naradzie u prezydenta miasta...rozważaliśmy zamknięcie trzech przedszkoli, powiem po prostu. I waszego też...

DYREKTORKA uspakaja wzburzoną salę:

- Proszę o ciszę! Koleżanki, proszę o spokój! Tu nie bazar!

PRZEDSZKOLANKA starsza wiekiem wstaje, chce zabrać głos.

DYREKTORKA gniewnie:

- Pani Agato, nie udzielam pani głosu! Nie udzielam! Kategorycznie!  Proszę siadać!

URZĘDNIK kontynuuje:

- Zamknięcie waszego przedszkola oznacza przepisową regulację stosunków pracy.Starsze koleżanki – wiadomo - dojdą do emerytury, ale młodsze stażem muszą coś sobie znaleźć, bo wszystkim nie pomożemy. Wiadomo. Pomyślimy o kredytach biznesowych , szkoleniach, rozmowach z psychologiem, przekwalifikowaniu...

MŁODA koleżanka do KRYSTYNY:

-Job go w mać!- piękne święta nam urządził, sukinsyn pieprzony !

Narasta tumult,harmider, przedszkolanki mówią jedna przez drugą.

PANI AGATA z płaczem:

- Całe życie przepracowałam w tym przedszkolu i teraz, na koniec,co ?!, mam iść na zieloną trawkę?! – ręką wskazuje okno, za którym pada gęsty śnieg. - To tak wygląda sprawiedliwość w wolnej Polsce?!

GŁOS z sali:

- Stara i głupia. Sprawiedliwości w Polsce szuka.

KRYSTYNA podnosi się z wysiłkiem, przekrzykuje hałas, głos jej drży:

- A jak ze mną? W połowie stycznia mam termin...

DYREKTORKA nerwowo:

- Pan inspektor powiedział  wyraźnie: Młodsze poszukają sobie, a my pomożemy. Z biznesami, kredytami, poradami, szkoleniami, lekarzami...No, co?! Pomożemy! 
 

 

SCENA 2  
 

PLENER. CENTRUM BIAŁEGOSTOKU - DZIEŃ 
 

KRYSTYNA wysiada z autobusu i idzie ostrożnie po oblodzonym chodniku, ze spuszczoną głową.

Centrum miasta świątecznie udekorowane, słychać kolędy, nad ulicami girlandy lampek.

Mija bank. Nie zwraca uwagi na młodego mężczyzne, niosącego choinkę, który, znajdując się naprzeciw wejścia, rzuca drzewkiem w wychodzącego akurat starszego pana z teczką.

Człowiek przewraca się.Napastnik doskakuje do niego, z gałęzi wydobywa nożyce, używane do przecinania prętów.

Usiłującego się podnieść przygważdża do ziemi drugi napastnik. W ręku trzyma broń, wycelowaną w twarz leżącego.

Wokoło panika, krzyki, uciekający ludzie. KRYSTYNA  stoi samotnie na opustoszałym chodniku, sparaliżowana strachem, z przerażeniem na twarzy.

ZEWSZĄD WOŁANIA:

- Uciekaj!!! Babo, uciekaj!!!Uciekaj!!!

- Stój!!! Nie ruszaj się!!!

- Padnij!!! Padnij na ziemię!!!

KRYSTYNA kręci przecząco głową, jakby nie wierzyła w to, czego jest świadkiem, a nogi odmawiają posłuszeństwa.

Bandyta siłuje się z przecięciem zabezpieczenia, mocującego teczkę do przegubu leżącego, kiedy z banku wypada ochroniarz z pistoletem gotowym do strzału. Składa się, lecz nie strzela – widzi, że na linii ognia ma młodą kobietę w ciąży.

NAPASTNIK DRUGI wymierza broń  w jego kierunku:

- Nie strzelaj, zabijesz ją! Zabijesz!!!

OCHRONIARZ waha się.

NAPASTNIK DRUGI:

- Rzuć broń! Rzuć  broń!

OCHRONIARZ posłusznie wypełnia rozkaz. Opuszcza pistolet pod nogi i nieruchomieje.

Leżący mamrocze w szoku :

- Daruj życie, nie zabijaj, daruj życie...

Trzask przecinanego metalu. Napastnik z pistoletem chwyta teczkę i pędzi do zbliżającego sie z rykiem silnika samochodu.Wskakuje do środka. Kompan sadzi za nim, lecz zatrzymuje się, jakby przypomniawszy coś, i w dwóch susach dopada pozostawionych na chodniku nożyc.

Schyla się, podnosi je i wtedy na wysokości twarzy widzi wyceloną broń OCHRONIARZA.

Zamiera z przerażenia, lecz trwa to ułamek sekundy, bo rzuca w OCHRONIARZA nożycami.

Ten, uchylając się, strzela raz, drugi. Ślizgając się na oblodzonym chodniku traci równowagę i pada.

Napastnik rzuca się do samochodu.Kątem oka widzi podnoszącego się OCHRONIARZA, który z przyklęku składa się do strzału.

Przy skraju chodnika stoi nadal przerażona KRYSTYNA. Bandyta łapie ją i, zasłaniając się niczym tarczą, cofa do samochodu.

Przechodzi pryzmę śniegu. Ciągnięta siłą dziewczyna nie widzi jej, pada, uderzając twarzą, piersią i brzuchem o gwałtownie ruszający samochód.

KRYSTYNA resztką świadomości dostrzega biegnących ku niej ludzi, którzy, na widok powiększającej się wokół niej plamy krwi i wód płodowych, krzyczą o pogotowiu i lekarzu.

” Bóg się rodzi, moc truchleje...” – uliczne głośniki chrypią popularną kolędę.  

 

SCENA 5 A - DODANA 
 

PLENER. WNĘTRZE SAMOCHODU –  DZIEŃ 
 

MARZENA spięta nerwami,pełna furii pokazuje „fucka” kierowcy samochodu, usiłującego wepchnąć się w potok wyjeżdżający z parkingu terminalu na JFK w Nowym Jorku:

- Fuck you, stary dziadu! Gdzie się pchasz, chamie pieprzony! No – gdzie, skurwielu bury?!

Cale dzielą ją od poprzedzającego pojazdu, za nią, obok setki samochodów,zderzak przy zderzaku, poupychane niczym sardynki w puszce, których kierowcy chcą jak najszybciej opuścić piekło nagrzanego czerwcowym popołudniem lotniska.

MARZENA „eliminuje Latynosa” , któremu nie udaje się wcisnąć poza kolejką. Kierowcy obok nagradzają ją uśmiechami i uniesionym kciukiem aprobaty.

MARZENA zdenerwowana do maksimum :

- Tu jest dżungla i musisz walczyć  o przeżycie. Tyle że...- zastanawia się, jak to wyrazić – wyzwala to najgorsze, najpodlejsze instynkty, których się później człowiek wstydzi. Kontroluj, żeby nie uczynić z tego normy.

KRYSTYNA wciśnięta w fotel jest wyraźnie wystraszona tym, co dzieje sie wokół :

- Czytałam...

MARZENA zła, niesympatyczna:

- Gówno czytałaś.Wypociny tych delegacyjnych pisarczyków, którzy, po zaliczeniu miesiąca na Greenpoincie i barów przy Manhattan i Nassau, „objawiają jedyną prawdę o Polakach w sercu amerykańskiego piekła”, są tyle samo warte co to – kolejną chusteczką wyciera pot z twarzy i rzuca na dywanik, pod nogi. -  Czyli nic, więc gówno.A na gówno szkoda czasu. Odpuść sobie taką lekturę.

KRYSTYNA:

- Ja...

MARZENA odwraca się bokiem i prawą ręką usiłuje poprawić stojącą na tylnym siedzeniu olbrzymią walizę, która zasłania jej widoczność:

- Po roku, dwóch będziesz mogła cokolwiek powiedziec o Ameryce. Dopiero! Nie wal pozera, bo rozgniotą cię jak pluskwę.

W samochodzie robi się gorąco i MARZENA majstruje przy przyciskach. Wywietrzniki oferują zwiększoną dawkę żaru.

MARZENA nadal przesuwając klawisze,wkurzona:

- Cholernik bożył się,  że wszystko działa, jak trzeba.Radzę ci jak siostrze: nigdy nie kupuj samochodów z ogłoszenia i to od Polaków.

KRYSTYNA:

- Ale fura szykowna. Szwagier ci zazdrości, a Beata zdjęcia pokazywała.

MARZENA:

- Hak mu w smak, ze dwie setki przyjdzie wydać na naprawę.

O, o... – przypomina sobie. – Beata dała kopertę?

KRYSTYNA:

-Kopertę? Nie, nie dała.A co? Miała dać? Coś ważnego?

MARZENA:

- Ojce mieli podać Beacie, ona tobie. Tłumaczyłam, prosiłam jak ludzi, że to bardzo ważne.

I jak tu się nie wkurwiać! - wali ręką w kierownicę. – Jak IM coś potrzeba, to znają adres i telefon, i marudzą do usranej śmierci.

KRYSTYNA ostrożnie :

- Gdybym wiedziała, że to tak ważne...

MARZENA:

- Dla mnie tak. I to bardzo.Teraz najważniejsze.

Waży w myślach, czy może powiedzieć o tym niedawno poznanej rodaczce.

MARZENA:

- Powiem ci, a zreszta i tak się dowiesz - chcę się machnąć. Wyjść za mąż, znaczy się. Za Pawła.Beata nie mówiła? Sympatyczny chłopak i...mieszkamy razem. Paweł ma papiery, to wiesz – lżej będzie.Inaczej.Tutaj, kochana, dla takich jak my świat kręci się wokół papierów. Tych legalnych, ma się rozumieć, bo jak chcesz zostać, to ustawią cię na całe życie.

Po chwili:

- Poznasz Pawła, całkiem fajny gościu. Niegłupi, zaradny. Do tańca i do różańca. Czasami nerwus, ale dzisiaj takie czasy, i nie powiem – oszczędny jest...

Wiesz, ile to kosztuje?

KRYSTYNA klepie pulpit przed sobą:

- Mówiłaś „dwie setki”.

MARZENA śmieje się:

- Głupia! Pytam, czy wiesz, ile kosztuje małżeństwo dla papierów? Dziesięć patoli! Odłóż dziesięć tysięcy z jednej tygodniówki, a poznasz smak piekła.

No to Paweł radzi: co masz wydawać i pieniądze i siebie za byle jakiego pacześniaka - obleśniaka, z którym musisz mieszkać, to chodź do mnie. Przynajmniej pożytek będziemy z tego mieli...- chicholi i kuksa KRYSTYNĘ w bok.

- Paweł jest spoko, tylko widzę, że czasami baby za bardzo go rajcują.Chociaż... – ostrożnie lawiruje między samochodami – to chłop, to i nie ma się czemu dziwić. Ale...Kryśka, ostrzegam: nie startuj, bo spuszczę po schodach! – dla podkreślenia żartu klepie KRYSTYNĘ po plecach. – Piąte piętro – dodaje dla wyjaśnienia.

MARZENA już bardziej przyjacielskim tonem:

- A ty? Od dawna trenujesz?

KRYSTYNA odwraca twarz od okna, przez które chłonie Nowy Jork:

- Co? Co trenuję?

MARZENA:

-  Małżeństwo.

KRYSTYNA obojętnieje:

-O..., małżeństwo? Siódmy rok. Tak, we wrześniu  siódmy rok będzie.

MARZENA:

- I jak?

KRYSTYNA:

- Ujdzie, można się przyzwyczaić.Najtrudniejszy pierwszy krok, jak w piosence,a potem samo leci.

MARZENA ostrożnie:

- Kochasz swojego?

KRYSTYNA milczy, po dłuższym namyśle:

- Jakby ci tu powiedzieć...? Chyba tak...Tak..., chociaż... przed ślubem było lepiej.Jakoś inaczej... Ze wszystkim inaczej, a teraz najważniejsze, żeby starczyło na opłaty.

Na nowo zapada cisza.

KRYSTYNA po chwili:

- Popsuło się po tym wypadku..., szpitalu..., tym wszystkim...

Odwrócona bokiem do MARZENY, mówi do szyby, jakby wstydziła się:

- Nie w głowie człowiekowi amory, kiedy główkujesz, jak dojechać do pierwszego bez ogonów. I tak ciągle – miesiąc po miesiącu.

MARZENA:

- Coś mi tam siostra nadawała, że ciężko ludziom...

Po chwili ze śmiechem:

- Nie mówiła ci Beata? Ojciec wkładał w nasze głowy jak pacierz: Dziewczynki, najpierw ślub, a potem siup, ale kto to by się tym przejmował? Pannicą byłam, a wciry dostałam, kiedy na noc nie wróciłam. Życie to nie jebajka, a jebitwa – przy byle okazji przypominał.

KRYSTYNA:

- Wiem, wiem, Beata to powtarza. Mówi, że Ameryka już cię wessała.Że zostaniesz.

MARZENA:

- Masz papiery, kogoś troskliwego przy sobie, pracę...idzie wytrzymać. A jak dodasz język i zdrowie , trochę fartu i poukładane klepki – puka się w głowę - to jesteś królem życia – z werwą, radośnie.- Przekonasz się, niedługo i ty tak powiesz. Widzę to w twoich oczach.

KRYSTYNA podbudowana, śmielsza:

- Marzenko, tylko nie zapeszaj! Nie zapeszaj, na Boga!

Po chwili, przypomniawszy sobie:

- Marzenko, a co z moją pracą? Beata mówiła tak: W sobotę przylecisz, w niedzielę odpoczniesz, a od poniedziałku na szychtę...

MARZENA kątem oka obserwując samochody przed maską, hamuje się przed wybuchem złości:

- Dziewczyno, godzinę temu wyjechałaś z lotniska i już o robocie! Weź na wstrzymanie ! Zrelaksuj się i popatrz na Manhattan o zachodzie słońca, bo nieprędko taki widok zobaczysz, chociaż będziesz tu mieszkać. Jeszcze zdążysz się naharować, masz to jak w banku.

KRYSTYNA:

- Marzenko, przepraszam, ale...sama rozumiesz... Chcę zarobić i wracać jak najszybciej. Do domu, do rodziców, do.... męża. I Beata czeka, planujemy wspólny interes.

MARZENA zirytowana:

- Tłumaczyłam Beacie, jak człowiekowi: Siostra, dzisiejsza Ameryka to nie ta sprzed lat, kiedy przed Polakami drzwi otwierali. Czasy zmieniają się, a kolejka coraz dłuższa, bo cały świat tu wali. Ugryź się w język, zanim cokolwiek obiecasz.

Ale, Kryśka, nie chrępaj się i z tym poradzimy. Everythink under control – klepie ją w kolano na znak, żeby się nie martwiła.  
 

 

SCENA 6 
 

WNĘTRZE. APARTAMENT  PAWŁA - NOC 
 

Apartament PAWŁA , w którym mieszka z MARZENĄ, w wieżowcu na Briarwood, zaraz przy Queens Blvd., na Queensie. Mija tydzień od przyjazdu KRYSTYNY i gospodarze urządzają party dla najbliższych.

Zaproszeni – CLIFF, właściciel firmy, gdzie pracuje PAWEŁ, zarazem sponsor, starsze (po 50 +) małżeństwo – HALINA oraz MIKE (Mietek), kolega PAWŁA z pracy, dawni działacze „S” oraz VIOLETKA, koleżanka MARZENY z plejsów , z chłopakiem – JACKIEM.

Stół zastawiony polskim jadłem i alkoholami.Rodzimym akcentem są także polskie piosenki. 
 

CLIFF do MIKE, popatrując na KRYSTYNĘ:

- Mike, ja czegoś nie rozumiem – macie demokrację, wolny rynek, będziecie w Unii, a Polacy nadal jeżdżą po świecie za pracą.

MIKE po chwili:

- Ano, widzisz, Cliff, tak wyszło, że demokracji mamy od cholery tylko roboty jak na lekarstwo.

CLIFF:

- Kiedy Polska strajkowała, nasza Unia, Nowy Jork, cała Ameryka, zbieraliśmy pieniądze i paczki dla was. Dzisiaj nie ma komuny, ale i pracy nie ma. To po co robiliście „Solidarność”?

MIKE zakłopotany:

- Nie pytaj, Cliff. Lepiej nie pytaj.

Po chwili:

- Chcesz znać prawdę, która nas – Polaków – uwiera jak ciasny but? Powiem ci: już wtedy widać było, że cały ten etos jest jedną wielką kupą gówna, śmierdzącą z daleka. Do dzisiaj pozostało cwaniactwo, krętactwo, kariery i robienie pieniędzy.Teraz wiesz, jak jest.

CLIFF milczy, kiwając ze zrozumieniem głową, jednak nie daje za wygraną:

- Będzie tak, że Polacy przestaną po świecie jeździć?

PAWEŁ dosłyszawszy pytanie:

- Na świętego Jury, jak w niebie będą dziury.

MIKE dopycha się KRYSTYNY:

- Co tam w Polsce nowego? Opowiadaj...

HALINA do męża:

- Z Polsatu masz codzienny serwis, daj więc spokój dziewczynie. Lepiej rusz głową, gdzie robotę  znaleźć.

VIOLETKA do KRYSTYNY dosłyszawszy:

- Brutalne, ale szczere: umiesz liczyć, to liczyć na siebie, a lepiej na tym wyjdziesz.

KRYSTYNA ze zdziwieniem:

- Jakże to tak, żeby rodak w potrzebie nie poratował ? Na obczyźnie zwłaszcza!

JACEK:

- Rodacy tak ci pomogą, że nosem wyjdzie. Zapamiętaj - wyjmuje z kieszeni zwitek banknotów – TERAZ  to są twoi przyjaciele, na których ZAWSZE możesz liczyć.I nie zapomnij pierwszej zasady przetrwania:W Ameryce nie podskakuj, siedź na dupie i przytakuj.

CLIFF do JACKA:

- Wy – Polacy nie zawsze macie rację, ale to prawda.

HALINA do KRYSTYNY:

- Jak odbierasz Amerykę dla Polaków?

KRYSTYNA:

- Po tygodniu mam dosyć. Pół roku wytrzymać? – to ponad moje siły, ale jakie mam wyjście? Zacisnę zęby, zamknę oczy i wytrwam, lecz ani dnia dłużej.Przysięgam, jak tu stoję.

HALINA:

- A może...?

KRYSTYNA:

- Co??? Nigdy!!! Przenigdy!!! Ja chcę mieć normalny dom - dziecko,męża, pracę, rodzinne święta.Tyle że bez bólu głowy o pieniądze do pierwszego.Po to tu jestem.

HALINA:

- Myśmy też mówili: Polska unormalnieje, odkomuszy się, to wrócimy. A tu – zaraz trzecie dziesięciolecie rozmienimy.

KRYSTYNA:

- Nie ze mną takie numery, o, nie ! Biorę, co moje i spadam . 
 

W atmosferę przyjęcia wdziera się narastający ryk syreny policyjnego samochodu. Po chwili słychać drugą, trzecią. Coraz głośniej, bliżej.

KRYSTYNA jest zaniepokojona.

PAWEŁ do KRYSTYNY:

- Przyzwyczajaj się. Tu jest Nowy Jork, serce świata.

MARZENA:

- Gdzieś niedaleko...

CLIFF poddenerowany:

- Queens jest niebezpieczny...

Ryk syren raptem cichnie, niczym nożem ucięty.

PAWEŁ żartem do Krystyny:

- Gdyby zaczęli strzelać, biegnij do łazienki i wskakuj do wanny...

JACEK:

-...tylko wody nie spuszczaj, bo popłyniesz.

W czeluściach apartamentowca bieganina, trzaskanie drzwi windy, ujadanie psa, nawoływania, hałasy.

CLIFF:

- Nie za dobre warunki macie...Jak wy możecie tu żyć?

PAWEŁ:

- Kiedy tylko odłożymy trochę, uciekniemy stąd.Trzy lata wytrzymałem z tą hołotą z całego świata.

Z korytarza dobiega strzał puszczonych drzwi, wściekłe szczekanie psa, tupot i męski zduszony krzyk.

KRYSTYNA wiedziona ciekawością otwiera ostrożnie drzwi na korytarz i wsuwa głowę w wąską przestrzeń.

Nagle drzwi rozwalają się walnięte kopem, aż przerażona Krystyna ląduje na ścianie.

W drzwiach staje młody Latynos z obłędem w oczach. Błyskawicznie ocenia sytuację, przez ułamek sekundy patrzy na twarze gości, rozgląda się po pokoju. Dopada otwartych drzwi na balkon, z balustrady rzuca się na drabinę przeciwpożarową i tylko dudnienie metalu o mur świadczy, że zbiega na dół.

HALINA:

- Matko Boska...

CLIFF:

- O, my God...

PAWEŁ:

- Kurwa mać...

VIOLETKA:

- Jezu drogi...

W otwarte drzwi wpadają trzej policjanci – w kaskach, kamizelkach kuloodpornych, z długą bronią.

CLIFF głową pokazuje balkon. Dwóch wybiega na balkon, jeden spogląda w dół, drugi zadziera głowę do góry, trzeci podchodzi do CLIFF’a.

POLICJANT:

- Czarny? Biały? Młody? Jak wyglądał? Miał broń?

CLIFF drżącym głosem:

- Młody, Latynos, siedemnaście-osiemnaście lat, bez włosów...

POLICJANT:

- Jak to – bez włosów?

CLIFF jąkając się z nerwów:

- Ostrzyżony – bez włosów.W zielonym T-shirt, jeansach...

MARZENA:

- On miał...

PAWEŁ piorunuje ją  wzrokiem, POLICJANT podchodzi do niej.

POLICJANT:

- Co miał?

Z balkonu przychodzą policjanci, stają obok.

MARZENA:

- On miał...on miał... - stara się poprawnie budować zdania – on miał...na głowie... krzyż...

POLICJANT:

- Krzyż??? Na głowie??? –  rozgląda sie po pokoju, zauważa zastawiony stół,butelki z alkoholem, wzrokiem pokazuje to kolegom.

MARZENA plącze się:

- Tak, krzyż ...wytatuowany na głowie – dłonią pokazuje potylicę, gdzie dostrzegła tatuaż.

- Kiedy wpadł do pokoju, ja byłam za nim, widziałam go z tyłu –wyjaśnia, widząc nieufność POLICJANTA.

POLICJANT podchodzi bliżej, jakby chciał wyczuć zapach alkoholu.

- Jesteś pewna?

MARZENA:

- Tak, jestem pewna.

POLICJANT idzie w kąt apartamentu i rozmawia z kimś przez  telefon, patrząc przez cały czas na MARZENĘ.Kończy rozmowę, podchodzi do MARZENY.

POLICJANT:

- Powiadasz – krzyż? A jaki był ten krzyż?

MARZENA „mówiąc” rękoma pomaga w wyjaśnieniu. POLICJANT widzi, że ma do czynienia z imigrantami. Kiwa na kolegów, jeden z nich wyjmuje notes i długopis.Podaje go POLICJANTOWI, ten MARZENIE.

POLICJAT:

- Narysuj ten krzyż, proszę.

MARZENA drżącą ręką, niezdarnie,rysuje krzyż maltański.

POLICJANT bierze notes, idzie w głąb pokoju i znowu do kogoś telefonuje. Rozmawia, patrząc to na rysunek, to na MARZENĘ.

Kończy, chowa komórkę , podchodzi do MARZENY.

- Mieszkasz tu?

MARZENA potakuje wystraszona.

POLICJANT:

- Masz jakieś ID? Nie denerwuj się – sili się na uśmiech. -  Możemy ciebie potrzebować – notuje personalia.

- Nie mów nikomu o naszej rozmowie. Wy – także – zwraca się do pozostałych. –Nie rozmawiajcie o tym z sąsiadami.

- Życzymy miłego wieczoru. I – bądźcie ostrożni – policjanci wychodzą, zamykając za sobą drzwi.

CLIFF:

- O, my God, o, my God, ale się narobiło! Co z tego wyjdzie? Co teraz będzie?! Kto to był? Paweł, jakich ty masz sąsiadów?! – podchodzi do gospodarza z ręką do pożegnania. – Późno już, na mnie czas. Bawcie się, a ja dziękuję za zaproszenie.

Do KRYSTYNY:

- Na pewno spotkamy się jeszcze. A teraz - do przodu! Ameryka czeka na ciebie! – stara się zażartować.

PAWEŁ nie zatrzymuje gościa, w milczeniu odprowadza go do drzwi. Zamyka je starannie, od wewnątrz, na dwa zamki.

W ciszy słychać stary przebój imigrantów:

               Miała matka syna, syna jedynego,

               Chciała go wychować na pana wielkiego.

               Niech żyje wolność, wolność i swoboda,

               Niech żyje Ameryka i dziewczyna młoda. 
 
 

 

SCENA 16 
 

WNĘTRZE. APARTAMENT JEFFA  I  WENDY WALLSH - NOC 
 

KRYSTYNA ładnie ubrana wychodzi ze swojego pokoju, nie domykając drzwi.Porusza się ostrożnie, po cichu, by nie zbudzić Jess, śpiącej zaraz obok, w sąsiednim pokoju.

Pokój Jess tonie w ciemnościach, tylko na regale z książkami i zabawkami pali się mała lampka.

Krystyna na palcach podchodzi do łóżka, gdzie śpi dziewczynka i przygląda się jej długo,zachłannie, z półuśmiechem szczęśliwej matki.

Delikatnie poprawia poduszkę, kołdrę, spod policzka dziewczynki wyjmuje pluszowego misia. Gładzi Jess po policzku – delikatnie, by dziecko nie zbudziło się, z buzi zdejmuje kosmyk włosów, poczem całuje ją czule, tkliwie.Gdy Krystyna prostuje się, w kącikach jej oczu szklą się łzy.

Wpatrzona w dziecko nie zauważa, kiedy drzwi na hall otwierają się bezgłośnie i staje w nich WENDY.Przez chwilę jej oczy przyzwyczajają się do mroku, a później w ciszy obserwuje misterium.

WENDY po cichu podchodzi do Polki, która dopiero teraz zauważa ją.Pani staje obok, patrzy na śpiącą córkę i nieoczekiwanie całuje Polkę w policzek.Szeptem:

- Dawno nie widziałam śpiącej Jess.Już zapomniałam, jak wygląda spokój szczęśliwego dzieciństwa – pokazuje na posapującą przez sen dziewczynkę.

Po dłuższej chwili, kiedy to przygląda się córce:

- Od kiedy jesteś w naszym domu, widzę w niej zmiany.Na dobre – ręką pokazuje poukładane zabawki,na biurku książki obok komputera, ubranka na wieszakach, kapcie ustawione pod łóżkiem.- Cieszę się z tego.I – dziękuję ci, Kris. 
 

WENDY ujmuje KRYSTYNĘ pod ramię, wychodzą na hall, Polka ostrożnie zamyka drzwi.

WENDY juz innym tonem, bardziej służbowym:

- Kris, kochana, pomożesz Claire i kucharzowi, może przy podawaniu do stołu...

KRYSTYNA:

- Oczywiście, nie ma problemu.

WENDY wchodząc do salonu:

- Dziękuję, miła jesteś.My dokończymy drinki i siadamy do kolacji.

 

Przyjęcie z okazji Thanksgiving Day akcentuje udekorowany amerykańskimi i irlandzkimi flagami indyk na środku bogato zastawionego stołu.Gospodarze siedzą naprzeciw siebie, goście po obu stronach.Po strojach i zachowaniu widać, że to nowojorska bohema.

JEFF WALLSH, dużo starszy od żony, jest wyraźnie zmęczony imprezą i późną porą.Co i raz usiłuje włączyć się do rozmowy, lecz tematy są mu zupełnie obce.

GOŚĆ I:

- Czechow jest przereklamowany tą swoją narcystyczną miłością do wszystkiego co rosyjskie i nadaje się wyłącznie do zajęć ze studentami.Za mało w nim otwarcia na świat, za centa w nim modernizmu rasowego Europejczyka z przełomu wieków. Nie chcę krakać, lecz w Nowym Jorku nie przyjmie się...

GOŚĆ II:

 - Trzy lata temu wystawialiśmy ”Wiśniowy sad”...

GOŚĆ III:

- ...ażeby po dwóch miesiącach zdjąć z afisza. Pudło i finansowa klapa.

WENDY:

- Wprawdzie Ameryka zafascynowana jest wszystkim, co tchnie Rosją Puszkina i Tołstoja...

GOŚC I ze złością przerywa jej:

- Jaka Ameryka? Mów o nas –  o Nowym Jorku! A my wiemy, że w rosyjskiej duszy od dawna nie ma już miejsca na odrobinę cywilizowanego świata i...

WENDY wchodzi mu w słowo:

... i dlatego Nowojorczycy ponad wszystko przedkładają sztuki współczesne,inspirowane tematami z życia, gdzie w bohaterach każdy z nas odnajdzie po trosze siebie...

GOŚĆ IV przerywa jej :

- ...zwłaszcza, kiedy Joseph – bez sody i lodu - goli piątego drinka z rzędu.

Wszyscy śmieją się  , JOSEPH – przystojny 40+ z przeszłością w twarzy nawet nie oponuje.

GOŚĆ V (kobieta):

- Wypijmy za zdrowie naszej drogiej Wendy, która ma w opiece nasze psyche, nasze dusze przed każdą próbą, każdym spektaklem ...

GOŚĆ VII:

...a potem zaprasza na grzane porto do „Zatopionego galeona” ...

WENDY:

- Popatrzcie, kochani, jakich czasów dożyliśmy: psychologia XXI wieku znalazła skromny kącik przy boku Melpomeny. 
 

Kelnerki zmieniają nakrycia, barman nie oszczędza butelek, KRYSTYNA pomaga w zaprowiantowaniu stołu.

WENDY, kiedy Polka stawia półmisek, zatrzymuje ją i prosi o ciszę:

- Pozwólcie, państwo, że przedstawię  Kris, guwernantkę naszej Jess.

Kris jest profesjonalną  boną, po studiach, Europejką w każdym calu, z dobrym rodowodem i ze znakomitym, amerykańskim ikspiriens...- reklamuje ją niczym towar do kupienia.

Goście biją brawo.

- Zdrowie, Kris, powodzenia, życzymy sukcesów w Ameryce!– wznoszą toasty.

WENDY:

- Moja córka, którą obserwuję  bacznie, jak każda troskliwa matka, zaakceptowała Kris od pierwszego dnia. Doskonale rozumieją się, bo Kris jest dla Jess niczym najczulsza opiekunka, a ja mam do niej pełne zaufanie.

Zdradzę wam, że dwa miesiące temu nasza Kris obroniła Jess przed psami, kiedy były na spacerze w Central Parku...

GOŚCIE:

- O, Boże, aż tak?

- Wendy, nic nie mówiłaś...

- Jak do tego doszło?

WENDY:

- ...ucierpiała sama, lecz udowodniła, że Jess ma w niej oddanego przyjaciela, na którego może zawsze liczyć. 

WENDY, skończywszy, patrzy porozumiewawczo na męża.

JEFF przejmuje pałeczkę:

- Uzgodniliśmy z żoną, i właśnie dzisiaj chcemy to powiedzieć, że jesteśmy gotowi, Kris, jeśli wyrazisz zgodę, naturalnie – wstaje, podchodzi do Polki i obejmuje ją ramieniem - powierzyć ci wychowanie Jess do pełnoletności.Wierzmy, że wywiążesz się z tego jak najlepiej, a nasi goście są tego świadkami.

Milknie na moment:

- Pragnęlibyśmy także, ażebyś została z nami ....

Goście przerywają Jeffowi brawami.

JEFF dalej:

- W opinii mojej żony, która jako psycholog zna się na ludziach jak rzadko kto, w wychowaniu Jess sprawdzasz się znakomicie, a nasza córeczka rozwija się wspaniale.

Goście biją brawo i patrzą na KRYSTYNĘ, która jest bardzo wzruszona:

- Panie Jeff, to dla mnie wielki zaszczyt i bardzo miła wiadomość...to słyszeć. Jestem..., jestem...bardzo szczęśliwa – skrywa twarz z rękach...i... ogromnie wdzięczna... za okazane serce, za zaufanie...

JEFF podchodzi do Polki z kieliszkiem szampana:

- Kris, chcielibyśmy również prawnie zalegalizować twój pobyt, łącznie z poniesieniem kosztów, naturalnie.Powiedz, że będziesz z nami, nie trzymaj w niepewności... – Jeff śmieje się , przytula Kris i całuje w policzek.

Goście biją brawa.

KRIS ukradkiem wyciera łzy:

- Z całego serca dziękuję. I na pewno nie zawiodę ani Jess, ani państwa...  
 

Przyjęcie zbliża się ku końcowi, północ dawno minęła.

KRYSTYNA pomaga kelnerkom, donosi z kuchni, zmienia nakrycia, nie zapominając zajrzeć do śpiącej JESS.

Wraca właśnie z pokoju dziewczynki, kiedy obok drzwi salonu zderza się z płaczącym mężczyzną, który, oparty o ścianę, szlochając, twarz skrywa w dłoniach.

KRYSTYNA zatrzymuje się. Dotyka ramienia mężczyzny, na co ten reaguje głośniejszym płaczem.

PŁACZĄCY:

- Nawet..., nawet... – łka.

KRYSTYNA:

- Co – nawet? – pyta cicho, zaskoczona sytuacją.

PŁACZĄCY:

- Nawet...nawet na mnie nie spojrzy...

KRYSTYNA:

- Kto ? – stara się zajrzeć mu w twarz.

PŁACZĄCY:

- TY! – odwraca się  ku KRYSTYNIE i wybucha śmiechem, a w jego oczach ani śladu łez.

KRYSTYNA:

- Niechaj cię diabli porwą! Aleś mnie nastraszył!

PŁĄCZĄCY:

- Ale to prawda! Najświętsza!

KRYSTYNA:

- Co niby ma być tą  prawdą?

PŁACZĄCY:

- Że na mnie nie spojrzysz!

KRYSTYNA zalotnie, kokieteryjnie:

- A ty?

PŁACZĄCY:

- A ja za tobą oczy gubię, bo podobasz mi się. I to bardzo! Pozwól – Joel, Joel Mitchumm, aktor charakterystyczny – przedstawia się.- Nikt ci jeszcze tego nie mówił? Jest w tobie coś, co zniewala mężczyzn...

KRYSTYNA :

- Wierzyć aktorowi, to tak jak słuchać Cyganki wróżącej z kart – plecie, co ślina na język przyniesie.

JOEL:

- Kris, jak możesz tak myśleć! Tak mówić! To jest we mnie. Tutaj – ujmuje jej dłoń i kładzie na swoim sercu. – Czujesz? – przytrzymuje jej rękę na swojej piersi. - Chodź, JA zapraszam na drinka – bierze zaskoczoną dziewczynę za rękę.

KRYSTYNA:

- Joel, ale JA tutaj pracuję i nie mogę sobie pozwolić na drinka z gościem moich państwa.

JOEL zdecydowanie idąc ku drzwiom do salonu:

- W wolnym kraju jesteś wolnym człowiekiem.

Ku wchodzącym zwracają sie oczy siedzących. KRYSTYNA staje obok krzesła WENDY, JOEL szuka tacy z drinkami. Bierze dwie szklaneczki i podchodzi ku KRYSTYNIE, podaje jej.

KRYSTYNA patrzy wyczekująco to na WENDY, to na JOEL’a.

WENDY:

- Proszę, Kris, to także i twoje święto, a Joel dobrze wie, czego potrzeba kobietom. Podobno jest ekspertem – goście śmieją się z dowcipu.

 
 
 

KRYSTYNA, przekonana, że wszyscy już śpią, idzie w nocnej koszuli przez hall.Duży, stojący zegar  wskazuje kilka minut przed czwartą rano.

Zatrzymuje się, bo spod drzwi do dużego salonu wycieka światło,a wewnątrz słuchać podniesione głosy.

KRYSTYNA, przystanąwszy na moment, waha się, lecz idzie dalej.

W kuchni zamyka za sobą drzwi.Z jednej z lodówek wyjmuje butelkę soczku dla dzieci.

Znajduje podgrzewacz, wstawia butelkę i, kiwając się w półśnie z zamkniętymi oczami, uśmiecha się do swoich myśli.

Otrząsa się, wraca do życia.

Spod telefonu wyjmuje specjalną kartę Poland long distance i wybiera długi numer.

Telefon buczy brakiem połączenia.

Uśmiech spełza z twarzy kobiety.

KRYSTYNA próbuje ponownie,z karteczki wystukuje numer i tym razem słuchawka zostaje podniesiona.

KRYSTYNA z udawaną radością:

- Sebastian,witaj,kupę lat.Dawno nie gadaliśmy... Ja mówię ci dzień dobry, choć u mnie noc...Tak, tak, Krystyna, dobrze poznałeś.

- Sebastian, dzwoniłam do Marka, na jego wewnętrzy, nikt nie odbiera...

Podgrzewacz z cichym brzęczeniem wyłącza się. KRYSTYNA, przytrzymując słuchawką ramieniem, bierze tacę, stawia na niej butelkę, szklaneczkę przeciera serwetką, kilka innych kładzie obok.Nagle przerywa czynności.

KRYSTYNA zmieniona na twarzy,zaskoczona maksymalnie:

- Nie opowiadaj głupstw! To niemożliwe...Nie mogę w to uwierzyć...Dobrze, zaraz do niego dzwonię.

Przerywa połącznie i pospiesznie wybiera inny numer, tym razem z pamięci.

Po drugiej stronie ktoś odbiera , jakby czekał na telefon.

KRYSTYNA głosem zdenerwowanym, podniesionym:

- Marek? Zaskoczony jesteś, że to ja? U ciebie dziesiąta rano, co robisz o tej porze w domu? Sebastian mówił, że od kilku dni nie pokazujesz się w pracy...

Słucha, kręcąc z niedowierzaniem głową.Nie daje mężowi czasu na wyjaśnienie:

- Jak to - „chory”? Gdybyś był chory, zwolnienie byłoby już w biurze... Marek, co tam się dzieje, do cholery? Co to za hałasy? Kto jest u ciebie?

Przez chwilę słucha, kiwając głową. Potem:

- Nie wciskaj głupot, że to radio.I co z tego, że nie niedziela? Czy w inne dnie nie mam prawa dzwonić?

Zgadłeś - denerwuję się, bo to, co TAM się wyprawia coraz bardziej mnie zastanawia.

Dzwonię, żeby podzielić  się z tobą radosną nowiną, a tutaj kubeł zimnej wody na głowę – mój mąż odstawia bumelkę z balangą i nie wiadomo z kim.

 
 

W tym momencie kamera ukazuje znane ze świątecznego przyjęcia mieszkanie KRYSTYNY i MARKA, który stoi w przedpokoju ze słuchawką w ręce.

Drzwi do pokoju, skąd dobiega muzyka, są uchylone, tak że widać zastawiony jadłem i butelkami stół, a przy nim dwóch mężczyzn w wieku gospodarza i dwie kobiety, w strojach mocno niedbałych.

Towarzystwo jest dobrze wstawione i zachowuje się bardzo swobodnie, nie wstydząc się okazjonalnych czułości.

Jedna z kobiet,chwiejąc się, w rozpiętej bluzce, uchyla drzwi do przedpokoju, gdzie MAREK rozmawia z żoną.

- Sponsor, zabrakło –  śmieje się podpitym głosem, pokazują trzymana w ręce pustą butelkę.

MAREK, ze złością na twarzy, gwałtownym ruchem ręki pokazuje jej, by wyszła i zamknęła za sobą  drzwi.

 
 

Kamera przenosi obraz na kuchnię  w apartamencie Wallsh’ów, gdzie KRYSTYNA rozmawia z mężem.

 
 
 

KRYSTYNA słucha dłuższą chwilę. Potem z przekonaniem:

- Marek, mam wrażenie, że ty jesteś podpity.Co, nieprawda? Niechaj więc tak będzie, że to nieprawda.

Zepsułeś mi całą radość...Jaka nowina? – zastanawia się, czy powiedzieć, bo teraz jest to już nie to samo.- Ano taka, że moi państwo będą mnie sponsorowali. I zapłacą za wszystko.Tak, dzisiaj to powiedzieli.

KRYSTYNA słuchając podchodzi do stołu, na którym stoi taca z soczkiem:

 - Nie wiesz, co to znaczy? Nie dziwię się, bo w tym stanie niewiele do ciebie dociera.

Muszę kończyć, spieszę się. W przyszłym tygodniu wyślę pieniądze.Nie musisz przypominać – wiem, że idą święta, a ty masz opłaty.

Marek... Marek, ja czuję...Tak, tak, babska intuicja, masz rację.

Czuję, że coś niedobrego zaczyna być między nami, mój MĘŻU.

KRYSTYNA powoli odkłada słuchawkę.Stoi tak dłuższą chwilę, rozmyślając nad czymś, zasępiona na twarzy.

Zegar w hallu wybija czwartą.

KRYSTYNA bierze tacę. Wraca wolniej, a doszedłwszy do drzwi salonu, zatrzymuje się.Zbliża ucho i teraz już wyraźnie słyszy kłócących się WENDY i JEFF’a.

GŁOS WENDY:

- Osiem lat temu, przed ślubem, na TWOJĄ prośbę, zawarliśmy układ i ja wywiązuję się ze zobowiązań. Chciałeś dziecko – masz dziecko...

GŁOS JEFF’a:

- Mówiliśmy o chłopcu, o dziedzicu mojego nazwiska i majątku.

GŁOS WENDY ironizuje:

- Mój drogi, zwróciłam ci dokładnie to, co mi dałeś. I to w najdoskonalszej formie, jaką stworzył Bóg. Nie jest moją winą, że Jess nie jest chłopcem. Trzeba było lepiej planować.

GŁOS JEFF’a podniesiony:

- Tyle że Jess nie może dziedziczyć ani nazwiska, ani mojej fortuny. Kiedy wyjdzie za mąż...

GŁOS WENDY zirytowany:

- Jeff, zapomnij o kolejnej próbie.Wybij to sobie z głowy! Sex w twoim wieku, przy twoim stanie zdrowia, jest bardzo ryzykownym dodatkiem do życia.

A ponadto powiem ci szczerze, nikt nas nie słyszy: Mnie nie stać na pozwolenie zejścia ci z tego świata z powodu zawału. Jedynie żyjąc masz dla mnie jakąkolwiek wartość.

GŁOS JEFF’a z gorzką ironią:

- Boisz się, że po mojej śmierci na majątek rzucą się...- ... TAMTE dzieci i rodzinna wataha, i procesami na lata zablokują jego podział.

GŁOS WENDY:

- Skoro już to powiedziałeś, więc raz na zawsze dajmy sobie spokój z twoimi mrzonkami o dziedzicu fortuny Wallsh’ów.

Moja propozycja: żyjmy jak dotychczas  i nie zmieniajmy zbyt wiele. Każda głębsza zmiana, w twoim życiu, jest bardzo szkodliwa dla zdrowia.

GŁOS JEFF’a po dłuższym milczeniu:

- A ty nadal będzisz zapraszać  te aktorzyniątka od siedmiu boleści, te miernoty na grzane porto...

GŁOS WENDY śmiejącej się  niczym z dobrego dowcipu:

- Jeff, mój stary przyjacielu, wyznałeś kiedyś w chwili szczerości, przypomnij sobie, że to zaledwie końcówka rachunku w porównaniu z tym, co TY przepuściłeś na kobiety swojego życia.Więc o czym my mówimy...?

A w ogóle – kładź  się spać. To lepsze dla ciebie, aniżeli jałowe bicie piany.

 
 

Do uszu KRYSTYNY dochodzi trzaśnięcie drzwiami z głębi salonu. Domyśla się, że JEFF poszedł  do swojej sypialni.

 
 

SCENA 35 
 

WNĘTRZE KOMFORTOWEJ LIMUZYNY – PÓŹNY WIECZÓR 
 

KRYSTYNA i WENDY jadą dużym, wygodnym samochodem z kierowcą do ośrodka, gdzie  przebywa Jess.Początkowo, kiedy mijają ulice wieczornego Nowego Jorku, rozmowa nie klei się, wyczuwane jest napięcie,lęk przed wypowiedzeniem zdania.

WENDY rozpoczyna pierwsza:

- Tamta noc zmieniła moje życie.

KRYSTYNA :

- Moje też.

WENDY ostrożnie:

- Czy to znaczy, że..., że myślisz...o...powrocie?

KRYSTYNA milczy, nie odpowiada.

WENDY patrzy na KRYSTYNĘ i nie doczekawszy się odpowiedzi, wzrok przenosi na przesuwający się za oknem wielkomiejski pejzaż. I jakby do siebie:

- Przez te tygodnie, kiedy szukałam śladu ciebie, zapragnęłam dowiedzieć się czegoś więcej o twoim kraju, aniżeli to, co podają serwisy CNN.Czułam,Kris, że poprzez ciebie jestem bliżej...Jess.

Dłuższa chwila milczenia.

- Nie miej mi za złe, lecz tę twoją Polandię odbierałam – WENDY raz jeszcze, dla pewności, że nikt ich nie słyszy, naciska przycisk podnoszący szybę od kierowcy - jako smutne miejsce na ziemi, gdzie mieszkają szarzy ludzie bez uśmiechu, a ich rząd albo się kłóci, albo się modli.Ale – przecież - świat jest inny, a ty, mimo wszystko, chcesz wracać? – WENDY stara się zajrzeć Polce w twarz.

KRYSTYNA cicho, po dłuższej chwili:

- Już nie, Wendy.Już nie chcę TAM wracać.

WENDY zaskoczona, ale z niedowierzaniem, cicho:

- Nie wierzę ci.

KRYSTYNA również cicho:

- Uwierz.

Dłuższa chwila milczenia.

- Ja nie mam już do kogo wracać. W moim domu...

WENDY:

-Nie masz domu?

KRYSTYNA:

- W MOIM domu nie ma dla mnie miejsca – zaczyna szlochać.

WENDY milczy, a po chwili:

- Kris, wytłumacz mi: Dlaczego wy, imigranci, ludzie znikąd, nie macie domów? Dlaczego nie macie dokąd wracać, a po latach waszym jedynym skarbem stają się miejsca, które odwiedzacie na starość? I adresy najbliższych, którym wysyłacie pieniądze.

KRYSTYNA milczy, WENDY po chwili:

-Od dzieciństwa wpajano we mnie, że dom jest kościołem, do którego drzwi są zawsze otwarte. Ty, wychodząc, zamknęłaś je za sobą. Jeśli wrócisz i otworzysz je, to już nie będzie twój dom, bo..

KRYSTYNA z nagłą złością:

- Nie chcę widzieć twarzy tej kobiety.Nie chcę jej znać!

Kobiety milczą dłuższy czas.

WENDY znowu przełamuje lody:

- Ja także zostałam sama...

KRYSTYNA z nagłym zaciekawieniem:

- Jak to? TY...sama...?

WENDY spokojnie, choć głos drży emocją:

- Uzgodniliśmy z panem Wallsh, że separacja będzie najbardziej elegancką formą rozwiązania problemu.Ze względu na Jess, nasze pozycje w środowisku, sprawy majątkowe,i w ogóle...

Kobiety milczą. Wendy gwoli wyjaśnienia:

- Nie bierz tego do serca, nie bierz tego do siebie. Od kilku lat mijaliśmy się w życiu. Tamten incydent postawił tylko kropkę nad i.

KRYSTYNA:

- Więc..., więc...

WENDY w mroku szuka ręki Polki na siedzeniu. Odnajduje ją i mocno zaciska swoją na jej. WENDY mówi w mrok:

- Więc, pozostała nam tylko Jess,Kris. I tobie, i mnie. Poza nią obie nie mamy już nikogo.

Po dłuższej chwili:

- Kochasz Jess, Kris? Powiedz prawdę,nie okłamuj mnie.

KRYSTYNA głosem zduszonym, przed siebie:

- Tak.

Słowa z trudem przechodzą  jej przez gardło:

- Bardzo.Bardzo ją kocham.Tęskniłam za nią.Ja...

WENDY przerywa jej:

- Teraz już nie.Już nie ma we mnie zazdrości. Ale była,na początku, i chcę, abyś o tym wiedziała.

Długa chwila milczenia.

Potem:

WENDY cicho, prosząco:

- Kris...,zostaniesz z Jess..., ze mną..., Kris?

KRYSTYNA marzycielsko:

- Z Jess..., tak, chciałabym, Wendy, lecz wiesz, że nie mam do tego prawa.

WENDY z nagła, z ożywieniem:

- Nie, nie tak, Kris. Kiedy kochasz, nie pytaj prawa o zgodę, bo ty decydujesz, co wydarzy się w twoim życiu.

Jeśli myślisz o zalegalizowaniu pobytu, to temat uważajmy za załatwiony.Pan Wallsh ma i pieniądze, i prawników. Tylko TY musisz być przekonana, że tego chcesz.

KRYSTYNA:

- Od dnia, kiedy poznałam Jess, bardzo tego pragnę.

WENDY zaciekawiona:

- Uspokoiłaś mnie, ale...dlaczego, Kris? Dlaczego chcesz być z Jess?

KRYSTYNA głosem napełnionym łzami:

- W Jess... odnalazłam córeczkę,... którą..., którą... miałam mieć.

WENDY nachyla się ku KRYSTYNIE, jakby nie dosłyszała, źle zrozumiała :

- TY..., ty...miałaś mieć dziecko...? I...co się stało...?

KRYSTYNA:

- To był wypadek.Albo przypadek, że to właśnie ja tam byłam. Dalej...

Nie pamiętam, co było dalej.

WENDY milczy długo:

- Dopiero TERAZ zrozumiałam ciebie.

WENDY po chwili:

- Tym bardziej powinnaś z nami zostać, Kris. 
 

W tym momencie samochód zaczyna ostro, niespodziewanie hamować, podskakując na nierównościach. Kobiety czują, że limuzyna jedzie poboczem drogi.

WENDY nerwowo włączając wewnętrzny telefon do kierowcy:

- Co się stało?

W głośnikach słychać poddenerwowany głos KIEROWCY:

- Wypadek. Chyba wypadek przed nami.

WENDY opuszcza przyciemnianą  szybę, oddzielającą pasażerów od kierowcy, i wtenczas w świetle reflektórów, które przebijają się poprzez spokojnie padający śnieg,widać człowieka wymachującego energicznie rękoma. Na poboczu stoi samochód z otwartymi drzwiami.

Limuzyna podjeżdża powoli i zatrzymuje się na skraju drogi, przed samochodem.

Jak na komendę Wendy z Krystyną  oraz kierowcą wyskakują z samochodu i biegną do wiekowego kombi, pooklejanego dziesiątkami nalepek.

Naprzeciw stara się biec, opruszony białym puchem, starszy, przerażony mężczyzna. Oddycha ciężko, z trudem, poprzez płacz:

- Żona..., ratujcie..., umiera..., błagam.., żona...

W środku palące się światło, bo drzwi kierowcy są otwarte, ukazuje starszą kobietę zwieszoną na pasie, bez znaków życia, i tylne siedzenie założone walizami, poduszkami, kocami itp wczasowymi utensyliami.

KRYSTYNA zdecydowanym ruchem otwiera drzwi, z tylnego siedzenia łapie koc:

- Szybko! Bierz ją! – do KIEROWCY, mężczyzny w sile wieku.

KRYSTYNA kątem oka widzi, jak WENDY stoi obok niczym skamieniała ze strachu, w bezruchu, jak trzęsą się jej ręce, twarz.

KRYSTYNA, nie zważając na padający śnieg, rozścieła koc na asfalcie, między samochodami, lecz tak, że miejsce to oświetlają reflektory ich limuzyny.Od czasu do czasu mijają ich samochody, lecz żaden nie zatrzymuje się.

KRYSTYNA do KIEROWCY, niosącego kobietę, podczas gdy jej mąż w miemym osłupieniu, zza samochodu, przypatruje się akcji:

- Ostrożnie, połóż tutaj. I dzwoń po pogotowie!

KRYSTYNA rozrywa kobiecie bluzkę i rozpoczyna fachowy masaż serca, ugniatając lewą pierś.

Ich KIEROWCA patrzy jak oniemiały, WENDY skryła twarz w dłoniach – szlocha z nerwów.

KRYSTYNA, ugniatając serce kobiety:

- raz, dwa, trzy i..., raz, dwa, trzy...

- Dzwoń, mówię!

WENDY, jakby obudziwszy się, woła do KIEROWCY:

- Głuchyś?! Dzwoń po pogotowie!

KIEROWCA biegnie w stronę limuzyny, wsiada, słychać, jak donośnym głosem krzyczy w słuchawkę.

KRYSTYNA kontynuuje ratowanie kobiety.

WENDY oraz MĄŻ kobiety przypatrują się akcji.Każde z nich trzęsące się z nerwów i zimna.

Kamera ukazuję wracającego KIEROWCĘ, który woła z daleka:

- Dzwoniłem, proszę pani – do WENDY. – Zaraz będą.

W tym momencie kamera ukazuje, jak KIEROWCA zatrzymuje się raptownie, nasłuchuje, odwraca głowę i szybko biegnie z powrotem do samochodu.Otwiera swoje drzwi, wsadza głowę do środka, zamyka, obiega samochód, otwiera drzwi od przedziału pasażerów, nurkuje do wewnątrz, a po chwili biegnie z damską torebką w ręce.

KIEROWCA z daleka:

- Telefon! – macha torebką.

WENDY odruchowo sięga do kieszeni płaszcza, jakby tam spodziewała się odszukać komórkę.Potem idzie naprzeciw.

KIEROWCA oddaje torebkę WENDY, ktora odchodzi kilka kroków na bok.

- Uspokój się – KIEROWCA do MĘŻA kobiety. – Ona – głową wskazuje KRYSTYNĘ – ją uratuje. Popatrz, jak fachowo to robi.

- Podnieś ją –  KRYSTYNA pokazuje KIEROWCY, by uniósł tors kobiety, a pod kręgosłup podkłada złożoną wpół poduszkę.

Odchyla głowę w tył, otwiera usta, układa język, ściska palcami nos i ustami pompuje powietrze w płuca.

MĄŻ, widząc unoszącą  się napełnianym powietrzem przeponę,z radością:

- Żyje! Żyje! Ona żyje!

KIEROWCA do niego:

- Mowiłem ci, że to fachowiec.

Z boku dochodzi dziwne pokasływanie WENDY. KRYSTYNA odwraca głowę i widzi, jak Amerykanka,z komórką w ręce, odwróciwszy się tyłem, wymiotuje.

WENDY, wycierając wierzchem dłoni usta ze śliny, płaszcz ma zabrudzony wymiocinami, biegnie ku nim z obłędem w oczach:

- Ruszamy!Szybko! – szarpie klęczącą KRYSTYNĘ.

KRYSTYNA przystaje na sekundę,zdziwiona patrzy na Amerykankę, przykłada palce do tętnicy na szyi reanimowanej, wyczuwa lekkie drżenie. Z podwójnym zacięciem kontynuuje akcję, nie zważając na zachowanie WENDY.

WENDY szarpie KRYSTYNĘ ze zdwojoną siłą i krzyczy:

- Słyszałaś?! Ruszamy!!! Zostaw ją!

KRYSTYNA z pytaniem w oczach, klęcząc, patrzy na WENDY, nie rozumiejąc jej zachowania.

WENDY krzyczy, płacze,mówi bardzo nerwowo, potrząsając trzymaną w ręce komórką:

- Jess!!! Jess zaginęła! Nie ma jej!

Do kobiet podbiega staruszek i staje między nimi, niczym rozjemca. Z gniewem do WENDY, czując jednak, że WENDY to ktoś ważny:

- Ona ratuje moją żonę!Nie widzisz?!

WENDY krzyczy ponad stojącym między nimi staruszkiem do KRYSTYNY:

- Jej już nie pomożesz! Zostaw ją! TAM nie ma Jess! Nie ma! Rozumiesz?!

KRYSTYNA, nie zważając na pokrzykiwania i furię WENDY, kontunuuje ratowanie staruszki.

WENDY przyklęka i energicznie szarpie klęcząca nad staruszką KRYSTYNĘ, która odwraca twarz ku Amerykance:

- To tak kochasz Jess?!

Po chwili:

- Ty kłamco! – uderza Polkę w twarz i w następnej sekundzie widać przestrach w jej oczach z racji popełnionego czynu.

KRYSTYNA z bezsilną złością, poprzez łzy:

- Kocham! Kocham!!! Ale jej nie zostawię!

KRYSTYNA kontynuuje ratowanie staruszki metodą usta-usta.Trwa to minutę, dwie, trzy.

WENDY, klęcząc nadal, trwa w płaczu z głową zwieszoną między rękoma, w geście bezsilności.

W tym momencie Z daleka w ciszy nocy dobiega sygnał ambulansu.

KIEROWCA i MĄŻ razem:

- Jadą! Jadą!

Zza zakrętu wyskakują światła karetki.Samochód, zwalniając, zjeżdża na pobocze. Cichną sygnały,

Ekipa błyskawicznie wyrzuca wózek, podbiega do leżącej, ostrożnie przenosi ją na nosze, podnosi wózek.

Już podają tlen, wewnątrz ambulansu obsługa wyjmuje strzykawki, przygotowuje sprzęt do elektrowstrząsów.

Kamera ukazuje, jak od wewnątrz zamykają się drzwi karetki.

Ratownik, wskakując do kabiny kierowcy, opuszcza szybę i, poprzez szum ruszającej maszyny i włączanych sygnałów,krzyczy do biegących do limuzyny WENDY i KRYSTYNY:

- Dobra robota! Będzie żyła!

======================

Kamera ukazuje kobiety na powrót siedzące w jadącym samochodzie.

WENDY zapłakana, roztrzęsiona:

- Jess zniknęła! Nie ma jej w ośrodku!Boże mój, co się z nią stało?!

KRYSTYNA nachyla się ku kobiecie w półmroku, rozbijanym bocznymi światełkami, które wypełniają limuzynę. Stara się mówić spokojnie:

- Wendy - Jess nie mogła zniknąć! Dzisiaj ludzie nie znikają ot, tak sobie.No, nie!

WENDY nie może się uspokoić:

- Dzwonił lekarz. Pielęgniarka, która sprawdza sypialnie, powiedziała, że łóżko Jess jest puste.Nie ma jej ubranka, butów...

Po chwili głaszcze rękę  Polki:

- Kris, wybacz mi...Tamto... Nie miałam racji...Nerwy, emocje...

KRYSTYNA:

- Stało się, nie wracajmy do tego.

Nie wierzę w to zniknięcie.I łóżko jej – co? puste?

WENDY z płaczem:

- Kris – nie wiem! Nie wiem!

KRYSTYNA:

- Wendy, proszę –  nie dajmy się zwariować!

Wendy podnosi telefon wewnętrzy:

- Nie możesz jechać szybciej?

W głośnikach spięty głos KIEROWCY:

- Pada cały czas, proszę  pani. Boję się, bo robi się ślizko, a tu góry.

Wewnątrz samochodu zalega cisza, przerywana pochlipywaniem WENDY.

KRYSTYNA , kiedy nicniemówienie zaczyna się przedłużać,odzywa się pierwsza, chcąc rozmowę skierować na inne tory:

- Dzielny staruszek.Daj Boże każdemu z nas takiego przyjaciela w życiu.

WENDY głosem drżącym, nadal nie może dojść do siebie:

- Boję się, że kogoś takiego nie będzie przy mnie...

Kobiety milczą, żadna z nich nie podejmuje rozmowy.

WENDY nie ustaje:

- Boże mój, gdzie może być Jess?

Po chwili, jakby czując potrzebę ekspiacji:

- Mój ojciec zginął w wypadku.

Milczy, po wypowiedzeniu zdania, oczekując pytania. Nie pada ono, więc WENDY kontynuuje:

- Przeze mnie.

KRYSTYNA milczy nadal.

WENDY:

- Przeze mnie, bo lubiłam raki.

Jak myślisz, gdzie jest Jess?

Polka nie odzywa się.

WENDY poirytowana, ze złością:

- Nie interesuje ciebie to, co mówię?! Ja tobie...

KRYSTYNA nienaturalnie niskim głosem:

- Mów, mów, ja słucham.

WENDY uspokojona:

- Lubiłam gotowane raki, więc ojciec w piątki, po pracy, zabierał mnie nad jezioro, skąd wracaliśmy z wiadrem pełnym czerwonych pancerzy.

Wtedy..., myślę o tym do dzisiaj i nadal nie wiem, kogo Bóg naznaczył sprawcą: jego czy mnie?

Wtedy,więc,był wypity,bo kiedy całował mnie, poczułam gorzki zapach, który poznałam wcześniej.

Wracaliśmy już, szybko, o wiele za szybko, aniżeli do tej pory wracaliśmy, i na zakręcie jego pick-up stoczył się ze zbocza. Wyrzuciło mnie, bo nie miałam pasów. Były za duże, jak na taką marną chudzinę.

On... – słowa nabrzmiewają  płaczem. – On...został.W środku.

WENDY eksploduje płaczem.

KRYSTYNA przysuwa sie do niej, przytula, WENDY poddaje się temu i gestem dziecka kładzie głowę na ramieniu Polki, obejmuje ją, jakby szukała w niej oparcia, pomocy.

Milczenie.

KRYSTYNA przerywa je martwym głosem:

- Kiedy tamten ciągnął mnie, czułam, jak ona porusza się we mnie.Jakby dawała znak, że chce żyć. Że musi żyć wraz ze mną.

Po chwili:

- Wendy,czy zapamiętałaś to uczucie, które rodzi się w tobie, pod sercem, gdzieś w brzuchu, kiedy...

WENDY przerywa jej:

- On też poruszał się.Kiedy oprzytomniałam i zbiegłam tam, w dół, do niego, samochód już płonął. Widziałam go, jak teraz widzę ciebie, jak poruszał się za szybą, jak szarpał pas, jak dawał mi znaki...

KRYSTYNA:

- Potem ogarnęła mnie ciemność.

WENDY:

- Potem ogarnęły go płomienie.Samochód palił się, a po moich stopach pełzały raki, które wysypały się z wiadra i zdążały w stronę jeziora.

KRYSTYNA;

- Instynkt.

WENDY nie załapawszy w pierwszej chwili:

- Instynkt?

KRYSTYNA:

- Raki są genetycznie zakodowane.Zawsze zmierzają ku wodzie.

WENDY:

- A my, Kris?

KRYSTYNA:

- Ku zmierzamy życiu, Wendy.

Dlatego jedziemy do Jess.

WENDY, jakby przebudziwszy się:

- Do Jess? Mój Boże,a gdzie ona?

   

 

SCENA  37 
 

WNĘTRZE. GŁÓWNY HALL OŚRODKA LECZENIA NERWIC – NOC 
 

Kamera ukazuje otwierające się  drzwi windy a w nich KRYSTYNĘ i JESS. Moment ten „nagrodzony”  jest oklaskami dobiegającymi z tła.

KRYSTYNA oraz JESS idą w kierunku hallu długim korytarzem, w którym przeszklona ściana odgradza od czerni drzew starego parku. Niczym w akwarium, za szybą sypie gęsty, gruby śnieg.

JESS podchodzi do ściany, rozpłaszcza na szkle nos, ręce:

- Kris, w taki śnieg koniecznie musimy pójśc do parku...

KRYSTYNA z uśmiechem:

- Przed francuskim...?

JESS śmieje się :

- I przed, i po... A teraz chodźmy, mama czeka – bierze opiekunkę za rękę i nadaje tempo.

KRYSTYNA oraz JESS dochodzą  do głównego hallu, gdzie ich ukazanie się wywołuje burzę oklasków zgromadzonych, którzy uczestniczyli w poszukiwaniach dziewczynki

WENDY, stojąca obok DYREKTORA, rozkłada ręce, by wyjść naprzeciw córce, kiedy z głębi zebranych dobiega zamieszanie: rozpychając się , w kierunku idących zdąża, kolorowy w średnim wieku, w mundurze ochroniarza.

Ku totalnemu zaskoczeniu zebranych zdecydowanym krokiem podchodzi do Polki i, bez słowa wyjaśnienia, wyrywa z jej ręki plecaczek.KRYSTYNA nie puszcza go. Wszyscy zamarli w ciszy, tylko JESS nie traci głowy.Łapie za rękę mężczyznę.

JESS krzyczy:

- Zostaw ją! To moje! Puszczaj!

Do szamocących dobiega WENDY, która chwyta ochroniarza za ramię. Ten szarpiąc się z KRYSTYNĄ, JESS i WENDY usiłuje wyrwać im przedmiot.

DYREKTOR trzeźwiejąc krzyczy do ludzi:

- Zatrzymajcie go! Natychmiast !!!

W stronę szamocących się  ruszają ochroniarze. Kolorowy, widząc to, z całą mocą szarpie kobiety, te padają, KRYSTYNA puszcza plecaczek, JESS płacze w niebogłosy.

Ochroniarz z plecaczkiem w ręku sadzi ku głównym drzwiom wyjściowym, które w tym momencie otwierają  się i staje w nich szeryf ze swoimi ludźmi.

Kolorowy jedzie na butach po wyfroterowanej posadze, pada, podnosi się błyskawicznie,zawraca i znika w korytarzu, skąd przyszły KRYSTYNA z JESS.

SZERYF:

- Co tu się dzieje?!

DYREKTOR:

- Nie wiem...Podbiegł do nich – pokazuje Polkę i płaczącą Jess – i wyrwał ten plecaczek.

JESS płacząc:

- To moje...

SZERYF do swoich ludzi:

- Biegnijcie za nim!

KRYSTYNA:

- On ma broń!

SZERYF podchodzi do Polki:

- Broń?! Skąd o tym wiesz?! Ktoś  ty?!

Do swoich ludzi krzyczy w głąb korytarza:

- Uważajcie, może mieć broń!

SZERYF , podchodząc do WENDY, rozcierającej stłuczone przy upadku ramię , LEKARZA i DYREKTORA:

- Telefonował pan, dyrektorze, że zaginęła pacjentka...

WENDY wychodząc przed DYREKTORA:

- Przepraszam, szeryfie, to moja wina...

DYREKTOR, LEKARZ, zebrani są zdziwnieni , SZERYF patrzy na nią srogo.

WENDY kontynuuje:

- Kiedy jechałyśmy po córkę  – pokazuje stojąca za nią babysitter – w nerwach, w pośpiechu może nie tak powiedziałam coś lekarzowi...

KRYSTYNA przerywa jej:

- Byłyśmy w wypadku..., starsza pani potrzebowała pomocy...

SZERYF zwraca się do opiekunki:

- To pani?! Wiem, wiem.Moi ludzie telefonowali ze szpitala, że przejeżdżający skutecznie reanimowali przypadek zawału. Gratuluję!

WENDY kontynuuje:

- ...a Jess, jak to Jess, znam ją – wybrała się nam naprzeciw.Długo się nie widziały – Jess podchodzi do matki, przytula sie do niej i do KRYSTYNY.

Na lewym ramieniu policjanta chrypi walkie-tolkie:

- Szefie – głos jest zdyszany, chrapliwy – mamy go. To grubsza sprawa. I śmierdzi.

SZERYF w odpowiedzi:

- Uważajcie na niego.

Do WENDY, KRYSTYNY, JESS, DYREKTORA, jakby do wszystkich;

- Cieszę się, że macie to już za sobą.

Tylko – pokazuje ręką  okna zasłane białym całunem – musicie nocować, bo drogi są zasypane.I zapowiadają opady na najbliższe dwa dni.

JESS do Polki, do matki:

- Jutro idziemy na sanki!

LEKARZ:

- Jestem pewien, że to lepsze od najlepszej terapii, jaką zna medycyna. 
 

K O N I E C 
 
 

 

 

*          *          *

 

Copyright © 2010 by Andrzej Gawecki.  All Rights Reserved.

 

PISAŁO SIĘ albo TWÓRCZOŚĆ

 

Trzeba pisać. Żeby zarobić na chleb. I na podróż do Patagonii. Albo na Alaskę. Bo trzeciego wyjścia, trzeciego bieguna, zdaje się, nie ma – Edward Stachura