OKOLICE WAMPIRÓW

Współautorzy Bożena Dunat, Andrzej Gawecki, Ireneusz Sewastianowicz

Wydawnictwo „HAŃCZA”

Suwałki 1992

 

 

CZAPA

albo

ŻYĆ POZWÓL NA ŚMIERĆ SKAZANYM*

(Księga Psalmów, Psalm Asafa 79.11)

 

 

PAMIĘCI

Przypadków Wątpliwych polskiego wymiaru sprawiedliwości

                                                  Autor

 

Głosy z taśmy.

Męski I: Obiecał pan opowiedzieć, jak przebiegało śledztwo.

Męski II: Musiałbym tych wszystkich funkcjonariuszy, co w śledztwie. Zacznę w Augustowie. Ten gruby porucznik, przy sobie, zbudowany dobrze, a drugi w cywilu.

W ten sposób to się odbywało: o dwunastej, pierwszej w nocy byłem wzywany, to jednocześnie zima była. Rozbierany byłem do naga, z godzinę, i pytania cały czas. Jak się mówiło „Nie wiem”, to grubas walił w żołądek. W żołądek, a ten potrafił w jądra, w jajka inaczej, ale z boku siedział.

Męski I: Długo był pan w Augustowie?

Męski II: Nie, tylko czterdzieści osiem godzin. Czterdzieści osiem, nie pamiętam dokładnie. Od razu zarzucili mi kłusownictwo, handel fałszywmi pieniędzmi.

Męski I: Nie. Z początku zarzucono panu kradzież drzewa.

Męsli II: O, to ja nawet nie wiem o tym. Mówili: handel, kłusownictwo, fałszywe pieniądze.

Męski I:  Puszczanie w obieg?

Męski II: Coś takiego. Dokładnie nie wiem, o co chodziło. Faktycznie miałem taki banknot, ale jaki on był? Starej daty na pewno.

Męski I: I tylko to panu zarzucano?

Męski II: Później był taki jeden pod celą, z Zygmuntowskiej ulicy, nie pamiętam nazwiska. Powiedziałem mu, co mnie zarzucają.Powiedział wtedy, że nie mam czego się przejmować, bo on rozmawiał z Pachowskim, sierżant chyba, i mówił, że to tylko w celu zastraszenia podstawiony świadek. Że po prostu nie mam się czego bać. Później, jak jeszcze byłem w Augustowie na tym wykrywaczu kłamstw. Znowu – o tym niczego nie ma w aktach, nic. (Niesłyszalne na taśmie) na moją obronę nie ma prawa wykazać przeciw.

Meski I: Jak wyglądały badania poprzez wykrywacz kłamstw?

Męski II: Bardzo dużo pytań, różnych testów, dużo podłączeń miałem. Do dwóch palców, do ciśnienia powietrza, coś tam w ręce jeszcze. Chociaż czytałem w jakiejś gazecie, że to był dowód przeciw i wykorzystano go.Później chciałem jeszcze jakieś badania z psychologii czy coś takiego, z podświadomości.

Męski I: To znaczy – pan chciał?

Męski II: Ja godziłem się na to.

Męski I: Dlaczego pan chciał, by przeprowadzono badania analizujące pańską podświadomość?  Według pana – czym jest podświadomość?

Męski I: Dokładnie nie orientuję się w tych sprawach, ale tak mi się wydaje, że wtedy mówi się prawdę.Ja wcale nie bałem się tego. Nie wiem, na czym to polega, ale słyszałem o takich badaniach. Przecież nie musiałem się obawiać, bo bym prawdę powiedział, że nie zrobiłem tego. Czego miałem się bać? Bo byłoby jeszcze coś na moją obronę. Co mnie zależy?

Męski II: Stanęliśmy na Augustowie. Co było dalej?

Męski II: Po przewiezieniu do Olecka, no to cały czas o tym biciu. O tym biciu (długie milczenie na taśmie). Tam taki wysoki, sierżant, blondyn,a drugi kapral nieduży. Małolat na niego mówili. Oni tam we dwóch tacy czynni byli.

Męski I: Długo siedział pan w Olecku?

Meski II: Trzy miesiące. Do tego wszystkiego przez dwa miesiące to świato nie było gaszone ani w dzień, ani w noc. Jeszcze był taki jeden środek pognębiający...

Męski I: W postaci czego?

Męski II: To samo światło nawet. (Cisza). Papierosa zapalić nie można, bo zapałek nie miałeś. Miał życzenie, to przypalił, a gdy trzeba było iść się myć, to...

(Milczenie.)

Męski I: To co?

Męski II: (Milczy, nie patrzy na mnie, opuszcza wzrok).

Męski I: Dostrzegam po zmrużeniu oczu, że w tej chwili stara się pan coś przypomnieć.Coś ważnego...

Męski II: Przypomnienie...To takie przypomnienie:często gęsto bicie było.

Męski I: Boi się pan bicia?

Męski II: W tamtym czasie się bałem, ale później przyzwyczaiłem się po roku czasu. Mogli bić.

Męski I: Był pan bity będąc dzieckiem?

Męski II: Nie, przynajmniej nie przypominam sobie.

Męski I: Ojciec, matka...

Męski II: Matkę mało pamiętam. Czternaście lat miałem, do siódmej klasy chodziłem, jak zmarła. Ale matki z nami nie było. Odeszła, bo ojciec podobno bił. Z tego co wiem, to później, jak umierająca była, chciała nas widzieć.

Męski I: I co? Nie mógł pan do matki podejść? Podjechać?

Męski II: No, nie mogłem, ojciec zakazał. Ale teraz to i ja pójdę do niej. I jestem zadowolony z tego. Przynajmniej matka moja widzi...

 

...Wpełzający w gardło skurcz każe mi wyłączyć magnetofon. Mimo to nieszczęście skryte w celuloidowym pasemku sadowi się w każdym kącie hotelowego pokoju. Podchodzę do okna – daleko, z morza statki pozdrawiają ląd światłami. Taki sygnał, że żyją, są, że trzeba na nie poczekać.

Skurcz nie ustępuje.Wręcz odwrotnie – wywołuje łzawienie. Zjeżdżam na dół, do drinking-baru, gdzie weseli goście z Dojczlandu i jeszcze weselsze panienki z Polandu czują się swojsko, pewnie i na luzie. Zupełnie jak w Vaterlandzie.

Kolejna wódka przepędza dziecinne drapanie w gardle. Lepiej już. Lepiej – komu? Mnie? Czy tamtemu?

Za szybą nadciągająca ciemność. Z kolumny granatowych samochodów (a może to tylko noc przyoblekła je w tę barwę?) wyskakują ludziki.Uliczne lampy srebrzą się w deszczu rozmazującym się na kaskach i pleksiglasowych osłonach.

Jutro rocznica Konstytucji, która ongiś obiecywała:

„Król, któremu wszelka moc dobrze czynienia zostawiona być powinna, mieć będzie ius agratiandi na śmierć skazanych, prócz in criminibus status”.

 

*            *             *

 

Kartki wyrwane ze szkolnego zeszytu. Rządki ołówkowego pisma rozchybotane, nieporadne, lękliwe.Czuje się w nich nerwowy pośpiech, wewnętrzne napięcie towarzyszące piszącemu.

14.02.85r. Gdańsk.

Dzisiaj odbywa się rozprawa rewizyjna w Warszawie. Ciekawe, czy znajdzie się tam ktoś, kto będzie miał czas dokładnie zapoznać się ze sprawą? Jaki będzie wynik? Czy wrócą sprawę do sądu w Suwałkach? Czy ugodzą w reputację sądu I instancji? Wszyscy w celi podtrzymują mnie na duchu. Same niewiadome. Albo będzie lina, albo wolność.Czekam – koszmar czekania. Może okaże się, że jeszcze istnieje sprawiedliwość.

 

18.02.85r.

Byłem dzisiaj u komendanta, lecz nie uzyskałem konkretnej odpowiedzi, jaki jest wynik sprawy rewizyjnej. Nie tracę nadziei – czekam.

 

4.03.85r.

Śnił mi się dom rodzinny. Było dużo zieleni. Biegałem po lesie i oddychałem czystym, świeżym powietrzem. Często mam takie sny. Dobrze, że zawsze mam sny spokojne.

 

*           *             *

 

W poniedziałek, 16 czerwca 1980r. następuje oficjalne potwierdzenie tego, czym miasto żyje od tygodnia. Regionalna Gazeta Współczesna na „dwójce” zamieszcza informację:
 Komenda Miejska MO w Suwałkach poszukuje dziewczynki w wieku 2.5 roku o imieniu Ania, która 10 VI br. około godz. 19 oddaliła się z miejsca zamieszkania rodziców w Suwałkach przy ul. Korczaka. Rysopis zaginionej: wiek 2.5 roku, włosy jasnoblond, krótko skrzyżone (chłopięco), oczy niebieskie, szczupłej budowy ciała, twarz okrągła, blizna pod brodą i poobijane kolana.

Dalej komunikat zawiera dokładny opis ubranka dziecka i sakramentalne zdanie kończące tego rodzaju teksty: „Ktokolwiek widział zaginioną...”

Niestety, zaginionej Ani nie widział nikt. Dosłownie nikt, kto naprowadziłby poszukujących na właściwy trop, najmniejszy ślad. Dlatego rozpalone przedwakacyjnym żarem Suwałki zamierają w przerażeniu. Ludzie przeżywaja szok: takiego nieszczęścia nikt nie pamięta od wojny.

Matki nie odstępują swoich pociech na krok, warując przy nich niczym tresowane psy. Żadna nie chce, by – nie daj Boże-jej było tym następnym. Odprowadzają do przedszkola, czekają przed szkołą, towarzyszą przy zabawach w piaskownicy.

Ta eksplozja uczuć macierzyńskich sprzyja odnowieniu znajomości,zacieśnieniu kontaktów sąsiedzich. W rozmowach tematu innego, aniżeli zaginięcie małej Ani, być nie może. Plotka goni strzępy zasłyszanych opinii. Wyolbrzymia sensacje o czarnej wołdze, gangu handlarzy dziećmi, Cygance chorej psychicznie, zboczeńcu sadyście, rodzinnej zemście, porwaniu dla okupu, nieszczęśliwym wypadku i ukryciu zwłok, o jaki na rozgrzebanym osiedlu faktycznie nietrudno.

Która z tych wersji jest prawdziwa? Co dotychczas udało się naprawdę ustalić w tej wyjątkowo zagadkowej sprawie?

Szczerze powiedziwszy nic. Wszyscy wiedzą, że czas, będący decydującym czynnikiem w każdym przypadku kryminalnym, pracuje na niekorzyść poszukujących. Każda mijająca godzina zmniejsza szanse odnalezienia dziewczynki żywej.Oddala uchwycenie sprawcy, zaciera trop.

Dzisiaj, po latach, tamte gdybania można by mnożyć w nieskończoność, lecz wówczas nie stało mądrego, kto wskazałby drogę, tę właściwą linię postępowania, prowadzącą do uratowania Ani. Któż bowiem przez moment mógł pomyśleć, że letnim nadwieczorem, na osiedlu pełnym ludzi, w centrum miasta na dodatek, dziecko może rozpłynąć się w powietrzu? Absurd!

Kiedy gorączkowe poszukiwania wokół bloków nie przynoszą rezultatów, a zaalarmowana rodzina, znajomi i koleżanki, do których Ania mogłaby pójść, odpowiadają przecząco, matka decyduje się powiadomić milicję.

Tam zrazu uspokajają i dalej każą szukać na własną rękę.Podają przykłady, kiedy „zaginione” dziecko odnajdywało się u dalekich kuzynów na drugim końcu miasta.

Zbliża się noc. W dalszym ciągu żadnych wieści. Matka przemierza Suwałki samochodem znajomych, sprawdzając każdy zasłyszany sygnał, każdą plotkę. W pewnym momencie jest akurat dokładnie w tym miejscu – co potem okaże się – gdzie kilka godzin wcześniej była dziewczynka z nieznajomym mężczyzną.

Milicji, z którą jest w stałym kontakcie, co jakiś czas melduje: Niestety, bez zmian. Córeczki nie odnalazłam.

11 czerwca 1980 r., w dziewięć godzin po zdarzeniu, o czwartej nad ranem starszy sierżant Tadeusz Sowul wypisuje teczkę zaginionej Ani N. Tym samym „otwiera oficjalne dochodzenie o przestępstwo popełnione z art. 188 kodeksu karnego, tj. o uprowadzenie nieletniej”.

Równocześnie rozkaz komendanta miejskiego uruchamia machinę. Do omówionej i rozplanowanej w szczegółach akcji włączeni są funkcjonariusze komend miejskiej i wojewódzkiej. Dołączają do nich tropiciele z psami. Rano zasilają ich ormowcy, później junacy z hufców pracy, żołnierze  z lokalnej jednostki, ucznowie ze starszych klas szkół średnich.

Suwałki zostają podzielone na sektory i każdy jest wnikliwie, metr za metrem, przeszukiwany. Otwierają się drzwi piwnic i chlewików, penetrowane są strychy. Szukający zaglądają dosłownie wszędzie. Ich uwadze nie ma prawa ujść  najmniejszy zakamarek, jakich pełne są  stare, przedwojenne kamienice i drewniczaki na przedmieściach.

Drobiazgowej lustracji poddawane są place budów zawalone materiałami i sprzętem. Tyraliery poszukujących nie omijają nowo wznoszonych obiektów, terenów zakładów i fabryczek, magazynów, bocznic kolejowych.

Daremnie. Wszystko daremnie, mimo tysięcznych starań i przenicowania miasta do góry nogami. Bez namiastki punktu zaczepienia, który ruszyłby sprawę z martwego punktu.

Prawdziwą  gehennę przesłuchań, konfrontacji i wypytywań przeżywają rodzice Ani - matka oraz ściągnięty z sanatorium ojciec.Ponadto – bliższa i dalsza rodzina, sąsiedzi z klatki,współpracownice pani N. Każdy, kto mógłby wnieść małą nawet cegiełkę wiedzy, bowiem dla śledczych sprawa stała się priorytetową.

Akta dochodzenia pęcznieją dosłownie z godziny na godzinę przesłuchaniami świadków.Powtarzają się pytania, zda się, podobnie brzmiące, lecz w przekonaniu je zadających – ważne i niezbędne w dalszym porównaniu, uchwyceniu niejasności. Zapisują odpowiedzi, które po raz kolejny opowiadają o tym samym. Życiorysy ze szczegółami powtarzanymi do znudzenia.

W dwa dni po wypadku starsza koleżanka Ani, z tego samego bloku, czternastoletnia Izloda  G. dostrzega na ulicy owego mężczyznę. Tamtego dnia widziała go przez krótką chwilę, właśnie z Anią. Śledzi go skrycie, dowiaduje się adresu, powiadamia rodziców, ci milicję. Aresztowany natychmiast Wiesław S. tłumaczy się, wyjaśnia, w końcu przedstawia niepodważalne alibi. Cóż, wyłącznie łudzące podobieństwo do kogoś zupełnie innego. Zostaje wypuszczony.

 

*            *             *

 

9.03.85r.

Przeżyłem silny wstrząs. Fryzjer przyniósł wczorajszą gazetę i przeczytał orzeczenie Sądu Najwyższego. Prawomocna lina. Nie jestem w stanie namydlić się do golenia.Całkowite załamanie psychiczne. Pustka. Rozkojarzenie myśli.                                                                  Straszna perspektywa, gdy faktyczny morderca chodzi po wolności. Nie mogę pogodzić się z wyrokiem. Zakładam głodówkę.

 

20.03.85r.

Już 12 dzień nic nie jem. Zamiast słabnąć, jestem coraz mocniejszy. Głodu już nie czuję. Rozmawiałem dzisiaj z wychowawcą. Wytłumaczył mi wiele spraw i obiecał pomóc. Przerywam głodówkę. Nie wiem, czy dobrze robię. Może lepiej byłoby umrzeć jako męczennik śmiercią głodową?

 

21.03.85r.

35 dzień z prawomocną liną. Wysłałem dzisiaj list do adwokata i do SN. Co odpisze mi adwokat, który przeprowadził ze mną tylko jedną rozmowę przez te trzy lata? Gdybym był bogaty, rozmów tych byłoby więcej. Takie to już życie. Bogaty martwi się, żeby go nie okradli, a biedny – skąd wziąć.

 

22.03.85r.

Wszyscy znający moją sprawę ponaglają mnie, żeby się odwoływać. Pomagają mi i podtrzymują na duchu. Wysłałem pismo do Ministerstwa Sprawiedliwości i do PRON-u.

 

*            *             *

 

Głosy z taśmy.

Męski II: Ja panu powiem inne zadanie. Ta sama Izolda, jakie rozpoznanie było...Wziąć to rozpoznanie w Olecku; co taki brzdąc  rozpozna...Wyprowadzić ludzi na plac, wziąć zdjęcie,a później zobaczyć przez okno, to nie rozpozna. Aaa! To z góry tam było patrzone.

(Na taśmie dłuższa cisza).

Męski II: Słucha pan, mając moje przyznanie, nawet z najgorszej strony, to dowodów nie znaleźć trzymając tyle czasu?

Męski I: Przecież dowody zostały znalezione!

Męski II: Jakie dowody?

Męski I: No, chociażby w postaci fragmentów ciała Ani pod tymi betonami...

Męski II: Dowody... (na taśmie wydłużające się milczenie).

Męski I: Zgoda, lecz zakładając teoretycznie, że to nie pan, że to ktoś: on, ona, oni. Czy sądzi pan, że ten ktoś, jeśli sie nie przyznał do tej pory, to przyzna się?

Męski II: Trudno. Chyba że – jak to mówią – będzie leżał na łożu śmierci, może się przyznać. Chociaż to nic nie zmieni. Będzie musiał się przyznać.

Męski I: Przecież nikt go nie zmusi.

Męski II: Ja go zmuszę! (urywany, nerwowy śmiech słyszalny z taśmy). Nie daruję! Po śmierci będę przychodził i będę go zmuszał! I będzie musiał się przyznać. On nie zaśnie spokojnie.

Męski I: Panie Henryku, tego co może być, można uniknąć. Jeszcze można uniknąć.

Męski II: Już nie. Chyba takie przeznaczenie.

 

*            *            *

 

23.03.85r.

Namowy do pisania odniosły skutek. Wysłałem pismo do Marszałka Sejmu.

 

24.04.85r.

Jeszcze tylko dwa miejsca pozostały mi, gdzie mógłbym napisać. Wysyłam więc jeszcze dwa pisma: do Prezesa Rady Ministrów i Prokuratora Generalnego PRL.

 

27.03.85r.

Piszę dalej. Wysłałem dzisiaj pisma do Prezesa Sądu Najwyższego i WRON-u. Może po tych pismach znajdzie się ktoś, kto spróbuje szczegółowo zapoznać się z moją sprawą.

Mam nikłe nadzieje, że któryś z decydentów przyzna się do wysłania niewinnego na wyhuśtanie.

30.03.85r.

44 dzień z liną. Krzysiek dostał paczkę żywnościową z domu. Będziemy mieli przez kilka dni wolnościową kolację. Taka odmiana poprawia samopoczucie. Przykro mi tylko, że nikt mi nie przysłał paczki. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje – przecież wysłałem talony na paczki.

 

31.03.85r.

Śnił mi się dom rodzinny. Byłem z siostrami na spacerze, było bardzo wesoło. Po przebudzeniu szok.Monotonia celi, krata w oknie, stół przykuty do ściany i to więzienne ubranie. Jakie to wszystko straszne. Przy moim łóżku wiszą oprawione w ramki zdjęcia moich sióstr. One są od samego początku przy mnie. Często patrzę na ich fotografie i rozmawiam z nimi. W celi jest nas czterech i chociaż każdy ma swoje problemy, to jednak każdy dodaje mi otuchy.

 

*            *            *

 

Podczas, gdy tamci czekają, zupełnie jak na głównego aktora przedstawienia, wchodzi skazany w asyście czterech funkcjonariuszy.Witają go spojrzeniami, za którymi nie ma prawa tlić się odrobina litości czy współczucia.Jedynie ciekawość jest dozwolona.W całej reszcie zimny profesjonalizm zawodowców upoważnionych przez prawo.

W życiu skazanego rozpoczyna się etap ostatni. Wtóruje mu ciężkie milczenie zebranych, puls elektrycznego zegara i ledwo słyszalne brzęcznie neonówek.

Prawo w osobie prokuratora odczytuje tekst pisma. Beznamiętnym głosem, że Rada Państwa – tutaj sygnatura akt, data wysłania, podaje, jak trzeba, imię, nazwisko, imiona rodziców, data i miejsce urodzenia, oskarżony z artykułu... – nie skorzystała z dobrodziejstwa prawa łaski. Kończy: Tym samym wyrok w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej zostanie wykonany dnia...roku...”.

Milknie,a po chwili rolę przejmuje lekarz.Bezwiednie spieszy się ponaglany atmosferą spektaklu, bo on, jak i wszyscy, chcieliby mieć to już poza sobą. Poleca zdjąć kurtkę i więzień, rozebrany do pasa, delikatnie, acz stanowczo popychany, podchodzi do szafki z podręcznym  zestawem.Waga, wzrost, a potem biały kitel ruchami ust liczy tętno, bada reakcje źrenic na światło, zagląda do ust („pokaż język”).Patrzy, czy na ciele nie ma śladów pobicia, bądź innych form przemocy, co musiałby odnotować w protokole.

Tłukący się strach machinalnie wykonuje polecenia.Te oczy, nienaturalnie rozwarte z przerażenia, daremnie szukają punktu zaczepienia w twarzach obserwujących każdy jego ruch. Drży niczym psiak wyjęty z zimnej wody,usta poruszają się w niemym bełkocie,twarz brużdżą strużki potu. To nie jest już nawet człowiek, lecz robot w opakowaniu z ludzkiej skóry, oprogramowanie którego zainfekował wirus. Mimo dużej dawki środków uspokajających, podanych w ostatnim posiłku, dociera do niego nieuchronność mijania czasu.

Ksiądz w komży, ze stułą i brewiarzem w ręce czeka na swoją kolejkę. Jego miejsce jest przy klęczniku ustawionym na uboczu, w rogu sali, lecz na oczach zebranych. W skupieniu wysłuchuje ostatniej spowiedzi. Szeptem zadaje pytania, udziela rozgrzeszenia, podtyka stułę do ucałowania. Nad pochyloną w beznadziei i pokorze głową czyni znak krzyża, poczem szepce modlitwy o łasce i zmiłowaniu Pańskim, odpuszczeniu grzechów i królestwie w niebiesiech.

Tymczasem funkcjonariusze, starając się sprawiać jak najmniej hałasu, wyjmują z szafy buty i pas. Buty są czarne, dawno nie czyszczone, ze źle wyprawionej skóry, bokiem zapinane na klamry, o rozmiarze nie określonym. Praktycyzm podyktował, by pasowały na wszystkich, którzy będą z nich korzystać. Podpowiedział również, że szybciej jest, gdy w miejsce zelówek dokręci się ołowiane płyty. Do tego gumą oklejone, ażeby nogi w konwulsjach nie pokaleczyły ciała. Szeroki, parciany pas, wypełniony metalem, prawie taki sam, jakich używają płetwonurkowie, by szybciej zejść na dno, waży też niemało, sądząc na oko.

Stalowe mundury ubierają manekina.Nie okazują odrazy, że ten ma już zmoczone spodnie. Na powrót wkładają kurtkę, przeguby rąk,by w paroksyzmie bólu nie otarły się do krwi, którą później przyjdzie zmywać z posadzki, przed nałożeniem kajdanek owijają bandażem. Na biodrach zawieszają pas. Podczas gdy jeden z nich staje naprzeciw skazańca, by przypadkiem w ostatniej chwili coś głupiego nie przyszło mu do głowy, drugi klęka, zapina klamry, gdy ten wsuwa bose stopy w kamasze.

Odsłaniają grubą, zieloną kotarę, która gdzieś tam wysłużyła swoje jako nakrycie prezydialnego stołu. Jedynym akcentem w tej części sali jest niemy wykrzyknik pętli, zwisający z haku, umocowanego w suficie. Naczelnik więzienia podchodzi, szarpie pętlę raz i drugi, jakby reszcie chciał udowodnić, że wyrób jest solidny i nie zawiedzie.

W dalszym ciągu nie pada ani jedno słowo. Bo – zresztą – o czym tu rozprawiać w takiej sytuacji?

Powłócząc ciężarem stóp, pasa oraz sumienia nieskorzystanie z prawa łaski zdąża do ostatniej chwili świadomości. Idzie spokojnie, dla pewności podtrzymywany z obu stron,nie opierając się, bo tak naprawdę to niezmiernie rzadko zdarza się, by pętlę zakładano siłą.

Jeden ruch zaciągający kotarę rozdziela świat na ten dla żyjących i dla tych, którzy – w opinii innych - nie mają do tego prawa.

Dalej wypadki toczą się szybko, jakby pośpiech wpisany był w tę część wydarzeń. Naczelnik więzienia podchodzi do szafki ukrytej w ścianie, otwiera ją i szarpnięciem uruchamia dźwignię wewnątrz.Za kotarą rozlega się rumor rozwieranej zapadni i urwane w pół krzyku rzężenie. Głowy przybyłych kierują się ku tarczy z rozbieganą wskazówką. Określony punkt regulaminu odlicza sto osiemdziesiąt sekund. Wystarczy. Zasłona jest na powrót odsłonięta. Zamierające nerwy jeszcze poruszają dłońmi, mięśniami twarzy, jeszcze drgają stopy.

Pozbawione praw publicznych na zawsze nawet już nie nazwisko funkcjonariusze unoszą lekko, luzują pętlę, zdejmują z karku, a wtenczas głowa, jak u kukły, chwieje się na wszystkie strony.I już układają na stole uwolnione od winy, butów i ołowianego pasa.

Do pracy na nowo przystępuje lekarz. Rozpina kurtkę, do serca przystawia stetoskop, dotyka przegubu, podnosi powiekę. Formalnościom musi stać się zadość.

Wraca do pierwszej części sali. Przy stoliku wypełnia, pozostający w więziennym archiwum akt zgonu, który podpisują on, naczelnik i zastępca, prokurator. Do tego cztery egzemplarze wykonania wyroku, z których jeden musi obejrzeć Warszawa. Zdjęcie skazanego w dokumentach więzienia en face i z profilu na zawsze zamazuje czerwony stempel. Naczelnik, jak czyni to za każdym razem w takiej sytuacji, przypomina o zachowaniu w tajemnicy tego, czego byli świadkami.

I to byłby w zasadzie wszystko.

Chyba że dopowie się, iż na koniec nagie ciało, spętane w najgorsze prześcieradło, z przezornie usuniętymi znakami ZK a później w gumowaną płachtę, pakuje się do plastykowej skrzyni, ukrytej we wnętrzu stołu.Nie wzbudzające żadnych skojarzeń pudło ładuje się do windy, czekającej na tym samym poziomie. Ta wynosi je z podziemi do pustego pomieszczenia zaraz przy rzadko otwieranej bramie. Już słychać silnik samochodu, szykującego się do drogi.

Odbywa się to nad wyraz szybko i sprawnie, bowiem każdy chce jak najszybciej wrócić do swoich obowiązków.

Co by tu jeszcze dopowiedzieć? Może to, że do szpitalnego prosektorium dostarczone zostają zwłoki osoby nieznanej, bez dokumentów. Dosłownie bez niczego, co pozwoliłoby ustalić ich tożsamość.Co znowu w dużym mieście nie jest niczym nadzwyczajnym.

Sporządzający protkół oględzin anatomopatolog zostaje uprzedzony, by nie powiadamiać o fakcie milicji i prokuratury. W dalszej kolejności zwłoki trafiają do zakładu anatomii prawidłowej akademii medycznej, gdzie giną wśród innych, zanurzonych w basenach z formaliną. Tam, pod okiem przyszłych lekarzy, zamieniają się w materiał do ćwiczeń i kończą w słojach jako preparaty.

Sprawiedliowści stało się zadość.

 

*             *             *

 

2.04.85r.

W nocy spadło ze ściany zdjęcie siostry. Czy to znak, że dziś nastąpi kres mego życia? Dzisiaj jest 47 dzień z liną. Czy wytrzymam to wszystko psychicznie? – nie wiem. W godzinach popołudniowych otwiera się klapa i oddziałowy każe wyjść mi z celi.Strach. Boję się. Po podwójnym wezwaniu do wyjścia rozejrzałem się po celi i powiedziałem: Na linę mnie biorą.Przy wyjściu z celi kazałem Krzyśkowi spakować moje wszystkie rzeczy. Oddziałowy, widząc moje przerażenie, powiedział, że mam widzenie. Uśmiechnąłem się chyba wisielczym śmiechem (jak później powiedzieli mi współosadzeni) i pomyślałem, że mówi prawdę, tyle że widzenie z Katem. Dodatkowym powodem przerażenia było to, że z celi zabierał mnie komendant z innego oddziału. Podczas drogi na to widzenie rozglądałem się, gdzie idę. Zastanawiałem się, czy byłem już kiedyś w tych miejscach. Trudno było mi to stwierdzić. Myślałem, że się nie boję, a bałem się jednak. Po pewnym czasie tej drogi stanęliśmy przed jakimiś drzwiami, na których była tabliczka z napisem. Litery na niej były bardzo duże, ale nie dałem rady tego przeczytać. Otwierają się drzwi i następuje uczucie ulgi oraz zaskoczenia. Mam widzenie z siostrą. Szkoda, że przez telefon. Od siostry oddziela mnie tylko duża szyba z pleksi. Podczas rozmowy podnoszę siostrę na duchu, staram się ją pocieszyć. Osoba postronna pomyślałaby, że to nie ja mam tą linę. Ciężko jest mi rozmawiać. Słowa z trudem przechodzą mi przez gardło. Po skończonym widzeniu następuje przeżywanie tego wszystkiego na nowo. Gdzie teraz będę prowadzony? Czy wrócę jeszcze do celi? Wróciłem. Jeszcze żyję.

 

8.04.85r.

Dzisiaj mija mi 1200 dni pobytu w tym domu zapomnienia. Święta też mijają. Smutne to święta w monotonii życia więziennego z nieusprawiedliwioną liną w perspektywie. Chyba dłużej nie wytrzymam tego napięcia nerwowego. Niechby już mnie wyhuśtali i byłby święty spokój. Co ja za to mogę, żem taki nieszczęśliwy? Może Bóg tak chce, ażebym za te wszystkie cierpienia i upokorzenia jak najszybciej przybył do Niego na Sąd Ostateczny i tam w górze za to wszystko mi wynagrodzi?

 

*            *             *

 

Kolejne tygodnie zmian nie przynoszą.Emocje opadają, sprawa zaginięcia Ani przycicha, nastroje łagodnieją. Ludzie żyją tym, co wokół nich, a nadchodząca jesień ’80 wróży wielkie przeobrażenia w Polsce, wobec których poszukiwania dziecka schodzą na plan dalszy.

Nic podobnego! W specjalnie powołanym w tym celu zespole w komendzie wojewódzkiej MO temat nadal jest w centrum uwagi. Warszawa do akcji oddelegowuje helikopter, labolatoria Komendy Głównej otrzymują polecenia wykonywania suwalskich analiz w pierwszej kolejności, specjaliści kryminalistyki deklarują pomoc.

Rodzice Ani na własną rękę podejmują prywatne śledztwo. Sprawdzają każdy ślad,o jakim donoszą ludzie. Jeżdżą, węszą, przepytują, nie pozostają obojętni na drobny nawet sygnał. W korespondencji pojawiają się koperty z nazwiskami głośnych radiestetow i jasnowidzów z całego kraju. Listy są proszalne, żebrzące o odrobinę nadziei, promyk słońca.

Dopiero na sali sądowej ojciec Ani wypłacze, że nawet wtenczas, gdy otrzymał ze Związku Sowieckiego odpowiedź od nieznanego przepowiadacza, iż córeczka nie żyje, a ciało przywalono gruzami gdzieś na wysypisku, nawet wówczas nie wierzył. Nie dopuszczał myśli o okrutnej prawdzie.

Niestety, zabójstwo kolejnej ofiary – ośmioletniej Agaty Sz. jest prawdą. Tym razem strach wstrząsa listopadowym Augustowem. Lecz na krótko, bo wokoło pamiętna jesień ’81 i codzienne kłopoty przesłaniają śmierć zgwałconej pierwszoklasistki.Jej życie zakończyło się na obrzeżach lasu okalającego miasto.

Do Suwałk wieść dociera zniekształcona pogłosem, nie wywołując absolutnie żadnych skojrzeń. Odmiennego zdania są śledczy, łączący dwa fakty w spójną całość.

Teraz już tylko pozostaje odnaleźć mordercę. Trzeba uczynić to jak najszybciej,by zapobiec kolejnej tragedii seksualnego psychopaty, jak opiniują biegli. I to jak najszybciej, byleby uspokoić wzburzoną opinię publiczną. Tak szybko, jak to możliwe, byleby przekonać o sprawności działania organów ścigania. Udowodnić, że tego rodzaju zbrodnie nikomu nie ujdą bezkarnie. Tym bardziej w okresie wzmożonego rygoru stanu wojennego.

W trzy miesiące później, w styczniu 1982r., w Augustowie zostaje zatrzymany Henryk D., lat 33, pracownik PKP, kawaler, nie karany, zamieszkały w Krasnymborze, gmina Sztabin.Przesłuchujący go są pewni, że powód aresztowania to wyłącznie dziecinny pretekst. Że chodzi tutaj o coś grubszego. I o kogoś więcej, aniżeli drobnego złodziejaszka drzewa z państwowego lasu.

Zaczyna się maraton wielogodzinnych przesłuchań. Ciężka to praca, niewdzięczna,wymagająca ogromnej znajomości psychiki człowieczej. Wielkiej odporności na przekonywująco brzmiące kłamstwa i zaklinania o niewinności.

Mozolnie gromadzony materiał dowodowy uzupełniają badania seksuologów, psychiatrów, psychologów.Zespoły lekarzy obserwują podejrzanego, rozmawiają z nim godzianami. Niby o niczym,a przy tym testują, podpytują, zastanawiając się, po której stronie postawić Henryka D.Czy po stronie zdrowych psychicznie, czy też nie, co – jak rychło okaże się – znaczenie będzie mieć zasadnicze.

Biegła psycholog Teresa Gordon-Busza powie na sali sądowej:

Zakładając, że wyjaśnienia oskarżonego, dotyczące popełnionych przestępstw, są prawdziwe, należałoby przypuszczać, iż ma on skłonności do pedofilii. Nie musi być ona jednak kwalifikowana jako choroba psychiczna, albowiem dewiacje seksualne mogą występować i u osób zdrowych psychiczne. Tym niemniej – argumentowała biegła – przy udowodnieniu oskarżonemu zarzucanych mu czynów, zagrożenie dla społeczeństwa, z racji pobytu Henryka D. na wolności, byłoby bardzo duże.

W tym miejscu czas najwyższy wyjaśnić, że podczas dochodzenia oskarżony przyznaje się do popełnienia zabójstw i gwałtów. Lecz nie do dwóch, a do...trzech morderstw, co burzy założony porządek. Na nowo każe śledczym wgryzać się w sprawę, mitrężyć czas na przesłuchania i kryminalistyczne ekspertyzy. Gmatwa i wydłuża przygotowanie aktu oskarżenia.

Prezentowany w telewizji film z wizji lokalnej w Suwałkach oglądają miliony w całym kraju i dla nikogo nie ulega wątpliwości, że to właściwy sprawca został ujęty, a zbrodnia nie popłaca w praworządnym państwie. Że nawet po latach karzące ramię Temidy dosięgnie wszystkich – bez wyjątku - złoczyńców.

To samo powszechne zainteresowanie oraz rozbudzone na nowo emocje towarzyszą sprawie, która rozpoczyna się – nomen omen - 11 listopada 1983r. przed Sądem Wojewódzkim w Suwałkach.Otwierając sesję, sędzia Dariusz Słomczyński, przewodniczący rozszerzonego zespołu sędziowskiego, zarządza jej utajnienie przez trzy pierwsze dni. W dalszej kolejności prokurator odczytuje akt oskarżenia.

Po zadaniu sakramentalnego pytania, czy oskarżony przyznaje sie do zarzucanych mu czynów, konsternacja i zaskoczenie: Henryk D. zdecydowanie odrzuca przypisywane mu zabójstwa. Mimo wielokrotnego przyznania się podczas śledztwa, teraz nie potwiedza złożonych zeznań. Mimo swojego głosu, płynącego z taśmy. Mimo swojej osoby wskazującej na filmie miejsce ukrycia zwłok Ani i zgwałcenia Agaty.

Mimo zarzucania go pytaniami, łapania za słówka, udowadniania niekonsekwencji w odpowiedziach, zeznań świadków, odczytywanych opinii lekarskich, wskazywaniu nielogiczności w przyjętej linii obrony – idzie w zaparte. Sala reaguje żywiołowo, gotowa go zlinczować. Słychać okrzyki oburzenia i wyzwiska, rodzice Ani płaczą. I im, i rodzom Agaty dni i tygodnie procesu każą na nowo przeżywać tragedię.

Uczestnicząc w procesie, obserwuję oskarżonego. Kilka metrów dalej widzę człowieka, który niewzruszony tym, co dzieje się wokół, powtarza z uporem: Ja nie zabiłem. Patrząc na jego twarz zastanawiam się, co może myśleć teraz ten, któremu dzień po dniu udowadniają zbrodnię najgorszą – pozbawienie życia dziecka.

Od takich pytań oraz prawniczych dysput, jako że sprawa o takim ciężarze gatunkowym jest po raz pierwszy prowadzona  w Suwałkach, nie są wolne przerwy. W czasie jednej z nich prawnik z długoletnią praktyką rozczarowuje mnie.

- Proszę pana, wyrok, jaki tutaj zapadnie, został wydany tamtego czerwca, trzy lat wstecz, kiedy zaginęła dziewczynka. Ten wyrok, a będzie to kaes, wspomni pan, jest potrzebny społeczeństwu, by udowodnić mu siłę państwa – dodaje już ciszej.- Pokazówka, jak określamy takie procesy, jest potrzebna tłumowi, niczym igrzyska Rzymianom – dorzuca sentencjonalnie.- Takiego wyroku domagają się czasy, w jakich żyjemy, a także – sądzę - prokurator i zespół sędziowski, mający za sobą tzw. słuszny gniew ludu. Ten wyrok ukształtują presja społeczeństwa oraz rodziny skrzywdzonych zabójstwem dzieci. Wszystkich, którym leży na sercu ład, spokój i praworządność w kraju. Niech pan wreszcie nie zapomina, że proces toczy się w określonej sytuacji społeczno-politycznej, co nie może nie mieć swoich implikacji prawnych. Mam jedynie poważne wątpliwości, jako prawnik, czy taki a nie inny wyrok powinien usłyszeć oskarżony.

Na moje zdziwnie dodaje wyraźnie sfrustrowany.

- Czy nie ma pan świadomości, że jest to proces poszlakowy, par excellence? Cóż z tego, że oskarżony przyznał się w śledztwie? Ze swojej praktyki znam wiele przypadków przyznania się do tego, czego życzyli sobie śledczy. Niechaj przypomni pan sobie z historii kryminalistyki, ilu to oskarżonych przyznawało się do czynów im przypisywanych,których w istocie nie popełnili, a co wychodziło na jaw dopiero po latach. W najlepszym przypadku, jeśli jeszcze żyli. Ja w każym bądź razie, będąc sędzią, nie chciałbym dźwigać na sumieniu osądzania w tej sprawie.Jako prawnik powiem, że przy dobrym adwokacie i grze na czas akt oskarżenia pęka, bo widzę tu wiele wątpliwości.

Sędzia Słomczyński, przewodniczący zespołu orzekającego, z którym wiele miesięcy później dzielę się owymi wątpliwościami, odpowie:

- W żadnym wypadku. Sprawa Dębskiego nie była poszlakową, lecz procesem o charakterze poszlakowym, co w języku prawniczym jest dużą różnicą.Kiedy zlecono mi tę sprawę do prowadzenia, sam miałem wątpliwości co do winy oskarżonego. Tym bardziej, że zdawałem sobie sprawę z ewentualnego wyroku, jaki może zapaść. Muszę jednak stwierdzić z całą odpowiedzialnością za słowa, że sprawę Dębskiego osądziliśmy zgodnie z literą prawa, na podstawie rzetelnie – zaznaczam - zgromadzonego materiału dowodowego, a wyrok był adekwatny do postawionych zarzutów i popełnionych czynów.

 

Stary prawnik nie pomylił się. Po miesiącach procesu, o którym na koniec pamiętali tylko zainteresowani z urzędu oraz rodziny, przewodniczący zespołu, sędzia D. Słomczyński odczytał wyrok. Brzmiał on: kara śmierci.

Wniesiona przez obrońcę z urzędu, mecenasa Andrzeja Urbaniaka, rewizja wyroku do Izby Karnej Sądu Najwyższego nie przyniosła żadnej zmiany. 14 lutego 1985r. Sąd Najwyższy wyrok utrzymał w mocy.

 

*            *             *

 

12.04.85r.

Dzisiaj mam iść po wypiskę. Ciekawe, czy mam na koncie pieniądze? Rozczarowanie. Nie mam pieniędzy na koncie. Nie kupię papierosów i herbaty. Dobrze, że pozostali mają. Podzielą się ze mną tym, co kupią. Smutno mi, że rodzina zapomniała już o mnie, że ja mam – dopóki żyję – jeszcze jakieś potrzeby.

 

2.05.85r.

Znowu przeżyłem szok to samo co 2.04.85r. Było chyba znacznie gorzej, gdy na drżących, ołowianych nogach zostałem zaprowadzony do fryzjera, a następnie do administracji więziennej. Fryzjer też był tak zdenerwowany, że aż zaciął mnie przy goleniu. Zrobił na mnie takie wrażenie, jakby był pewien, że idę już na linę. Jednakże zamiast kata zobaczyłem redaktora Andrzeja G. Przeprowadził on ze mną wywiad. Obiecał mi pomóc. Czy zdąży? Czy będzie miał na tyle odwagi, ażeby szczerze opisać tą tendencyjność prokuratury suwalskiej i jednostronność sądów w mej sprawie? Czy wierzy w to co mówię? S. również nie przyznaje się do winy. Same pytania,a odpowiedzi brak. Czas pokaże. Ja każdemu mogę spojrzeć prosto w oczy.

 

3.05.85r.

Dzisiaj znowu był redaktor Andrzej G.Pomimo że wiedziałem, że ma przyjść, nie byłem pewien, czy powrócę do celi. Wróciłem jednak. Zastanawiam się, dlaczego zgodziłem się na taką długą rozmowę z A.G., jednak nie jestem w stanie udzielić sobie odpowiedzi. Może to przeznaczenie, a może Bóg tak chciał? Jednak liczę dni, a do setki mało już zostało.

 

12.05.85r.

Dostałem pismo z SN podpisane przez SSN J. Nóżyńskiego. Cytat z tego pisma – „orzeczona kara nie razi surowością” – nie wymaga komentarza. Niech powieszą mnie za nogi. Może to będzie surowsza kara, jeżeli orzeczona nie jest surowa.

 

*              *                *

 

Ulica Kurkowa kończy się na niewielkim placyku otoczonym z trzech stron budynkami, z czwartej wysokim murem z okratowaną bramą. Obok niej czerwienią się tablice: Areszt Śledczy w Gdańsku i Okręgowy Zarząd Zakładów Karnych.

Potem są telefony, rozmowy, ustalenia, sprawdzanie przepustki, dokumentów, zawartości torby.

Jeszcze potem porucznik Tadeusz Wentland, wydawszy dyspozycje, skraca czas rozmową. Naturalnie, mówi o tym, do którego przyjechałem.

- No, cóż mogę o nim powiedzieć? Jest skryty, małomówny, przejmuje się swoim położeniem. Na pewno po cichu liczy na ułaskawienie i dwadzieścia pięć lat. Mówił o tym siostrze podczas ostatniego widzenia.

- Nie mnie komentować wyrok – zaznacza – lecz wiem, po zapoznaniu się z aktami, że były dwie wersje. Raz – że przyznał się, dwa – że nie. Że jest niewinny. I tę wersję przyjął w stosunku do otoczenia. Jego codzienne zachowanie nie wskazuje na bezpośredniego sprawcę.

Nastawia wodę na herbatę, mnie zaś podtyka teczkę raportów służbowych.

Na oddziale zachowuje się poprawnie. Wykonuje polecenia przełożonych. Dba o porządki w celi. Współżycie z innymi osadzonymi bez konfliktów. Zgłasza się ze sprawami do wyjaśnienia. Nie sprawia kłopotów wychowawczych.

Korespondencję utrzymuje systematyczną z rodziną.Bardzo mało pisze, do siostry nie umie pisać wylewnie, przekonywująco.

1985.03.20. Od 9 bm. głodował. W dn. 9 bm. przeczytał w gazecie, że wyrok został utrzymany w mocy przez Sąd Najwyższy. Dlatego w ten sposób protestował. Po licznych perswazjach w dn. dzisiejszym zrezygnował z niedozwolonego protestu. Zamierza ubiegać się o rewizję nadzwyczajną. Osobnik o niskim stopniu inteligencji. Bardzo boi się konsekwencji swojego przestępstwa, tj. wykonania kary.

- Czy jest w tym coś dziwnego? - porucznik wnosi szklanki, a ja pokazuję mu ostatni akapit. – Ale tak na mój rozum...No, nie! Niech pan tego nie notuje, bo wyprę się - Czy jest w tym coś dziwnego? - porucznik wnosi swoich słów. Więc na mój rozum, to jeśli on nawet to uczynił, to musiał już wtedy być nienormalny. Tylko co? Trzeba go było uznać za normalnego, zdrowego psychicznie, żeby wykonać wyrok. Bo na chorym wyroków nie wykonuje się. Wtedy poszedłby do szpitala dla wariatów. A tam? Kto zaręczy, że po iluś latach lekarz nie podpisałby zwolnienia? Wówczas mógłby nowe morderstwo popełnić. Widać uznali, że tak jak jest, będzie lepiej.

I patrzy mi porucznik na ręce, czy dokładnie zamazuję w notesie te wyrazy, znaczenia których zaprze się.

Później, w drugim pokoju, dokąd przechodzimy, melduje się więzień Henryk Dębski,oczekujący aż zabuja nad otchłanią. Poczem będzie urywający głowę ścisk w gardle, mrok, a na koniec ciemność.Albo – jeszcze w głębi duszy łudzi się – zrównoważenie tej chwili dwudziestomapięciomalatami więzienia, o których kiedyś, jeszcze w suwalskim areszcie, wyznał:

- Bo nawet jeśli przetrzymam te dwadzieścia pięć lat i wyjdę, to serce mi pęknie, gdy świat zobaczę na wolności.

I o tym też rozmawiamy. O jego życiu, które przeszło, minęło jakby niepostrzeżenie, zwariowane jak wiatr hulający w ich lesie. O dzieciństwie, szkole, siostrach, babciach, które kochały go nad życie i on je kochał także. O sprawie, Sukojebie i Kownackim. A także o zarobionych pieniądzach i śnie symbolu, w którym leżał w trumnie i było mu zimno od święconych kropel spadających z kropidła,a miało to miejsce 13 czerwca zeszłego roku.

Godziny rozmów pozostają na taśmie. Najpierw jeden dzień, potem drugi, gdy prosi mnie, bym został jeszcze. Potem jeszcze, choćby z godzinkę, i jest uradowany, gdy zgadzam się. Cieszy się, kiedy nie zapominam o papierosach, a on wtenczas, niby w rewanżu, bo nie będą mu już potrzebne, przekazuje mi plik próśb i odwołań.

Pseudoprawnicze wywody mieszają się z pojęciami nie wiążącymi się ze sprawą. Irracjonalne umotywowania plączą się z prośbą o łaskę. W wykazie figurują adresaci: Prezes Rady Ministrów, Przewodniczący WRON, Komisja Interwencji Społecznych Rady Krajowej PRON, Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego, Prezes Sądu Najwyższego – Izba Karna, Sąd Najwyższy Izba karna – Wydział Rewizyjny w Warszawie i kolejne, i następne.

Brakuje tylko jednego - podania do Pana Boga o cud.

Po raz drugi w uchylonych drzwiach widzę twarz naczelnika więzienia i wiem, że czas mój minął już dawno.

 

*            *             *

 

Ostatni zapis z taśmy.

 

Męski I: Panie Henryku, ludzie są tacy, że często zadają  pytanie:Co by było, gdybym urodził się raz jeszcze i życie zaczął na nowo? Myślał pan o tym?

Męski II: Nie, ale jeżeli tak, to wtedy wiedziałbym, do czego zdolni są ludzie, do jakich perfidii. Że po prostu mogą skrzywdzić, że już nie ma odwrotu. Że to bardzo wielka krzywda, że jest już wyrok. To jest nie do odrobienia, po prostu.

   Męski I: Czego mam panu życzyć?

Męski II: Nie wiem, ale chcę, żeby pan naprawdę to poruszył. Nawet kiedyś, w przyszłości.

Męski I: Nawet, jeśli będzie za późno?

Męski II: Tak, nawet wtedy. Żeby pan poczuł się w swoim obowiązku, ze względu na sprawiedliwość, prokuratora, tych sędziów.

Męski I: Rozumiem, że jako człowiek nakłada pan na mnie ten obowiązek.

Męski II: Można by tak powiedzieć. Chciałbym... Bo kto inny... Komu będzie się chciało...?

(Długie nicniemówienie przerywane ciężkimi westchnieniami z łkaniem w tle.)

Męski II: A jeśli tak będzie, że kiedyś wyjdę, da Bóg doczekam tej chwili, i spotkam się z panem, nie będę musiał oczu odwracać i prosto w oczy spojrzę.

Męski I: Panie Henryku, jestem teraz kurewsko cyniczny, ale powiem, że na tym świecie nie ma pan już nic więcej do stracenia. Dlatego zapytam po raz ostatni: Czy dalej pan twierdzi, że to nie pan zabił?

Męski II: Tak, tak twierdzę. Taki los nieszczęśliwy.

(Z taśmy dobiega głęboki płacz.)

 

*              *               *

 

24.05.85r.

99 dzień z liną. Pozostało maksimum dwa dni życia. Nie wychodzę z celi nawet na spacerniak. Czuję tą linę. Jednak się boję.Widmo śmierci jest straszne. Każda rozmowa za klapą napełnia trwogą, a otwarcie klapy przysparza takiego lęku, że opisać trudno. Nie boję się śmierci. Boję się przygotowań związanych z tą wyprawą do Boga.

 

25.05.85r.

100 dzień. Dzisiaj będzie popełnione morderstwo. Jeżeli z tą setką to prawda, to dzisiaj zostanę wyhuśtany. Jestem przygotowany. Jest mi już obojętne, co inni myślą o mojej niewinności. Pomodlę się jeszcze przed spotkaniem z Bogiem.Ci,co są winni mojej śmierci, w odpowiednim czasie zostaną osądzeni i ja przy tym będę. Żegnajcie moje siostry,moja rodzino i wy wszyscy, którzy wierzycie temu, co ja mówiłem. Ciało umrze, a dusza będzie wiecznie żyła. Ostańcie w Bogu. Ja idę do Niego. Niewinnie skazany – Henryk Dębski.

 

26.05.85r.

Niepewność. Niezrozumiały fakt. Wiedziałem, że wyrok wykonywany zostaje w 100 dniach. Ta setka minęła, a ja jednak żyję. Zaświeciła nutka nadziei. Przeżyłem swoją „śmierć”. Dużo pytań.Odpowiedzi brak. Czekam, co będzie dalej. Może został ujęty prawdziwy morderca i teraz nie wiedzą, co ze mną zrobić. Wolę nic nie myśleć. Czekam dalej.Dzisiaj już w nic nie wierzę, co mi mówią. Może jednak zobaczę jeszcze wolność. Może znajdzie się jeszcze ktoś odważny i spróbuje ukazać całą prawdę, nie taką prokuratorską, ale prawdziwą, autentyczną.

 

*             *              *

 

Na tym kończą się więzienne zapiski Henryka Dębskiego oczekującego wykonania wyroku śmierci.

Wśród listów prywatnych, od rodziny, jakie zdążył przesłać mi, niczym w spadku po kimś, kto poznał swój los, są i te od sióstr, już ostatnie. Bez daty, z fioletową pieczęcią „Cenzurowano Areszt Śledczy w Gdańsku”.

Cześć Kochany Braciszku!

List Twój otrzymałam i zaraz staram się ci od razu odpisać. Dobrze że napisałeś na adres domowy. U mnie także nic nowego. Chcę w tym roku sadzić machorkę. Do Ciebie na widzenie też chciałam pojechać, ale nie bardzo to było możliwe. Alina, moja przyjaciółka, ta o której Ci pisałam, wyjechała do Stanów i teraz czekam od niej listu. Kupiłam sobie stary telewizor z serii „Lazuryt”, brak w nim kilku lamp, po naprawie może coś z niego będzie. U nas teraz jest już ładna pogoda, zdążyłam się trochę już opalić.

Piszesz mi „bądź dzielna”, ale bardzo trudno się z tym pogodzić, szczególnie teraz, jednak postaram się. Nie wiem skąd tylko biorą się u Ciebie siły i to wytrwanie, chyba Bóg Ci je daje, dobrze, że jesteś zdrowy, chociaż ja w to Twoje zdrowie nie wierzę.Na pewno tego co ja czuję nikt mi nie wyrwie z serca. Chciałabym, nawet nie wiesz jak bardzo bym chciała, żebyś doczekał się rozliczenia za swoją krzywdę i wrócił do nas, ale ja nie jestem w stanie Ci pomóc nigdy Ci tego nie pisałam, ale ja wolałabym umrzeć gdyby to coś dało, i żebyś ty żył.Dopiero teraz to doceniłam, jak bardzo jesteś mi drogi i jaka jest przyjaźń i przywiązanie, jakie tylko może istnieć między bratem a siostrą. Szkoda że doceniłam to dopiero teraz podczas tych ostatnich makabrycznych lat, wtedy gdy może nie zobaczę cię więcej.

Wybacz, że mój list jest taki, ale piszę to co czuję, to co mnie gniecie i świadomość tego, że jesteś niewinny, powiększa ten ciężar i przygniata. Może moje słowa są zbyt ostre i nie powinnam tego pisać, ale chcę żebyś wiedział ustnie bym Ci tego nie powiedziała, bo widziałeś przecież jaka byłam na widzeniu, nie mogłam powiedzieć Ci nawet porządnego słowa, ten okrutny i ogromny żal dusi me gardło jak największe obcęgi.Muszę  o tym Ci napisać żebyś wiedział kim dla mnie byłeś, w moim dzieciństwie i w dalszym życiu byłeś dla mnie jak ojciec i matka i ten okrutny los dlaczego tak gmatwa ludzkie drogi i z życia robi piekło. Nikt nie dowie sie tego jak bardzo mi Cię brak, czuję się jak gdyby wyrwano mi serce i kazano żyć dalej. Ale nikomu tego nie powiem, tylko chcę żebyś ty to wiedział.

Drogi Braciszku, nie wiem czy to ma jakiś sens i czy może przysłać ci zdjęcie: mam jedno takie, więc napisz jak byś chciał, to w następnym liście bym Ci wysłała. Napisz czy Kazik był u Ciebie na widzeniu. Postaram się skontaktować z Marianem. Stasia jak wiesz jest w Białymstoku ale to już zostawiam dla niej, bo jak przypuszczam utrzymujecie stałą korespondencję. Dziękuję Ci za pozdrowienia prześlę je najbliższym. Życzę Ci zdrowia i pogodniejszych myśli w mojej pamięci zostaniesz taki, jakiego Cię znałam dotychczas.

Wybacz za takie pismo i list nie za bardzo pocieszający. Będę kończyć, bo Marek stoi mi za plecami i naciera na mnie żebym szybciej skończyła, bo też chce parę słów do Ciebie nakreślić.

Czekam na następny Twój list

Wieśka.

Cześć Heniek!

Na początku mego krótkiego listu napiszę Ci tylko to, że już nawet nie pamiętam jak wyglądasz tylko ze zdjęcia, które jak ty byłeś w domu to dałeś.

17 kwietnia skończyłem 9 lat i mam teraz 10 lat.Chodzę do trzeciej klasy. Uczę się dobrze, kiedy wyrobię zdjęcia to Ci na pewno przyślę jeżeli będzie można to przyślij mi swoje. 12 kwietnia mocno skaleczyłem się szkłem i jeszcze się nie goi.

Pozdrawiam Cię mocno i przepraszam że Ci nic nie napisałem na urodziny.

Kończę już żegnaj Bracie.

 

*               *                  *

 

Nie rozpaczaj...

Rozpacz nigdy nie odsunęła zła od Ciebie.

Wierz !!!

A Twoja Wiara zwycięży zło!

Można umrzeć – ale nigdy nie będzie się          

Zwyciężonym...

Boga jeszcze nikt nie zwyciężył.

 

Kochany Braciszku!

Cieszę się, że jesteś zdrowy to jest bardzo ważne. Na pewno ciekawi Cię, jak mi się w życiu układa? Tak rozumiem Cię, tutaj na tym przeklętnym świecie jest na pewno inaczej niż u Ciebie, ale wiesz Braciszku czasami mam taką okropną chęć zniknąć z tej powierzchni i wiesz, kiedy jest mi tak bardzo źle wtedy uświadamiam sobie, że w gruncie rzeczy nie mam prawa narzekać, bo przecież są ludzie, którzy cierpią więcej niż ja.

Jak żyję? Czas dzielę między szkołę, Oazę, dom, szkołę muzyczną. Jest już po półroczu. Wypadłam dosyć dobrze, jak na takie coś, co wyszło z wiochy zabitej deskami do miasta. Nie pamiętam już, czy Ci pisałam, że przeniosłam się do innego ogólniaka na profil humanistyczny. Jest tu nieraz czasami bardzo ciężko. Nie wiem czasami myślę, że rzucę to wszystko i ucieknę gdzieś daleko, gdzie nie ma ludzi i wtedy dociera do mnie zwykły ludzki rozsądek, że to jest dobre i życie toczy się dalej nie patrząc na to, czy ktoś zacznie wykruszać się z biegu czy nie.

Ze wszystkim jakoś daję sobie radę, ale są momenty kiedy mówię sobie „nie wytrzymam” i załamuję się, czasami taki stan trwa kilka dni,a potem mówię „nie”. Nie poddam się, muszę walczyć, walczyć i liczyć tylko na siebie, bo jeżeli stracę wiarę w siebie – koniec ze mną! Zaczynam od nowa i tak jest aż do następnego momentu załamania. Czasami, kiedy ktoś mi szczególnie dokuczy, wtedy doceniam jaka naprawdę jestem i czasami wtedy udaje mi się, że pomimo swojego małego bogactwa jestem o wiele bogatsza od tych wszystkich osób, które znam. Nie mam o sobie zbyt wygórowanego zdania wtedy mówię sobie, że nie jestem jednak taka „mała”, bo już zrobiłam coś, czego moi rówieśnicy nie potrafiliby wykonać i wtedy wydaje mi się, że ci wszyscy bogaci, pyszni, pewni siebie to jedno wielkie dno.

Pamiętaj, że nie wolno Ci rozpaczać. Pamiętaj, że każde cierpienie ma sens, każdy ma swoje własne krzyże, które nosi ze sobą lub je odrzuca. Poznaj sam siebie. Człowiek jest uczuciem, cierpienie jest nauczycielem. Wierz!!! Heniu – spróbuj zrozumieć, co Pan chce Ci powiedzieć. Modlę się za Ciebie. Nie zdajesz sobie sprawy, jaką wielką moc ma modlitwa, to rozmowa z Bogiem. Nigdy nie mówię wyuczonych formułek, mówię Bogu wszystko tak jakbym opowiadała koleżance. Po prostu jest to rozmowa. Naucz się z Nim rozmawiać, uwierz mi to Ci wiele pomoże. Tak bardzo bym chciała, żebyś naprawdę zaufał Bogu. Wiem, wiem, jak bardzo Ci trudno jest, ale Bóg wystawił Cię na próbę i liczy na Ciebie Heniu. On nigdy nie daje czegoś, co jest ponad nasze siły. Widzisz, Bóg dał mi moc przekonywania i jest już kilku ludzi, którym pomogłam i są teraz szczęśliwi, są szczęśliwi, bo odnaleźli to co było ciągle z nimi, a czego nie dostrzegali, a może po prostu byli zaślepieni swoją własną wielkością.

U Romka i Nadzi wszystko po staremu. Dom-praca i tak w kółko płyną dni przeplatane rodzinnymi sprawami, kłótnią, kłopotami. Pozdrawiam Cię w ich imieniu, szczególnie zaś od wujaszka, wczoraj  kiedy czytał list od Ciebie, to chociaż to niemęska rzecz, ale się po cichu popłakał. Myślimy o Tobie wszyscy.

Kończę już i życzę Ci dużo sił i mocnej wiary oraz zdrowia.

Wiesz, teraz wszyscy nazywają mnie Monika,ale Ty pisz Stanisława jak zawsze miałam, bo od Ciebie list na Monikę może nie dojść.

Trzymaj się!

Monika – Stanisława o godz. 11.10.

 

*             *              *

 

19 czerwca 1985r. o sprawie skazanego Henryka Dębskiego rozmawiałem z Markiem Solnicą, głównym specjalistą w biurze prawnym Komisji Ułaskawień Kancelarii Rady Państwa.Rozłożonymi na biurku gazetami, zamiast papierów człowieka, w sprawie którego przyjechałem, dał mi do zrozumienia, że temat – ujmując taktownie – niewiele go interesuje. Wysłuchał mnie z uwagą okienną (podczas, kiedy mówiłem, on patrzył w okno, niczym w telewizor), poczem zdziwił się wielce, że trudziłem się tutaj, aż do Warszawy, z dalekich Suwałk, choć skazany Dębski ni brat, ni swat.Nawet nie jakaś tam siódma woda po kisielu.

- Tak, tak, w zarysach znam sprawę – jego stanowisko wymagało odeń ogromnej oszczędności w słowach. Bowiem

to „tak” wymawiał długo, przeciągając każdą głoskę. Bawił się zagranicznym, automatycznym ołówkiem, jakby namyślając się, czy warto w takiej sprawie dodać cokolwiek ponad to, co już powiedział.Tracić swój czas drogocenny.

- Wie pan – raz jeszcze obejrzał moją legitymację prasową, jakby powątpiewał w jej oryginalność – na jego miejscu nie miałbym większych nadziei. Ale cóż, wszystko zdarzyć się może. Mogę panu tylko powiedzieć, że jego prośba o ułaskawienie zostanie przedłożona Radzie Państwa w połowie lipca. Po tym terminie niech pan przedzwoni do mnie. Numer pan zapisał, prawda? – i spojrzał wymowie na drzwi.

Zanotowałem znany mi dobrze numer telefonu, by przekonać go, że na pewno zatelefonuję. Dla pewności zerknąłem na aparat stojący na biurku, ciężkim od ludzkich dramatów, rozpaczy, aktów skruchy i tych drobnin nadziei tłukących się w zmarlałych sercach.

Lecz nie zadzwoniłem, gdyż wiem, jaką bym usłyszał odpowiedź. Jest nią brak listów w tanich, zielonych kopertach...

 

*             *              *

 

Sobotnio-niedzielne wydanie Gazety Współczesnej z 14-15 września 1985r., a w nim na stronie drugiej notatka:

Zabójca dwóch dziewczynek – stracony. Sąd Wojewódzki w Suwałkach wyrokiem z 19 maja 1984r. skazał 33—letniego Henryka Dębskiego na karę śmierci i pozbawienie praw publicznych na zawsze. Wyrok Sądu Wojewódzkiego został utrzymany w mocy przez Sąd Najwyższy. Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski. Wyrok został wykonany.

Henryk Dębski stawał przed sądem oskarżony z art. 148 par.1 kk o dokonanie dwóch zabójstw na tle seksualnym. Pierwszą jego ofiarą była dwuipółletnia Ania N. z Suwałk, którą w sposób szczególnie brutalny pozbawił życia przed pięciu laty. Zwłoki dziewczynki odnaleziono po kilku miesiącach.

W listopadzie 1981r. ofiarą Henryka Dębskiego padła mieszkająca w Augustowie 9-letnia Agata Sz., którą sprawca zamordował również na tle seksualnym.

Wyrok śmierci wydany na H. Dębskiego przez Sąd Wojewódzki i utrzymany w mocy przez Sąd Najwyższy w odczuciu opinii społecznej jest adekwatny do ciężaru zbrodni.

 

*           *            *

 

W miesiąc później w skrzynce znalazłem list. Zamarłem z wrażenia, gdy zobaczyłem znany kolor taniej koperty, ten sam charakter pisma i miejsce wysłania: Gdańsk.

Krzysztof W., rzemieślnik z Wybrzeża, któremu zachcialo się wprowadzać kapitalizm,a który przejął po skazanym dobrodziejstwo inwentarza, pisał:

Znam sprawę Henryka, gdyż przebywałem z nim w celi od stycznia do sierpnia 1985r. I pomagałem mu w pisaniu pism, których kopie są w Pańskim posiadaniu. Bardzo wciągnąłem się w tą sprawę i wydaje mi się to mało prawdopodobne, aby on był naprawdę winien. Zdjęcie mojej córki (13 lat) przez cały czas wisiało w celi i nie zauważyłem u Heńka jakiejś specjalnej reakcji, a wiem, że osoby chore reagują na zdjęcia dziewczynek (zwłaszcza tutaj w areszcie). Podczas wspólnego przebywania z Heńkiem miałem możliwość dosyć dobrze poznać jego osobowość i wiem, jakie były jego słabe i mocne strony. Chociaż nie jestem jurystą w znajomości prawa karnego, to jednak starałem się pomóc Heńkowi tak jak potrafiłem. Pomimo że sprawę znam tylko z wersji przedstawionej przez Heńka, to w połączeniu z taką okolicznością, jak pańskie zainteresowanie nin. sprawą i chęć wywalczenia rewizji nadzwyczajnej oraz inne Pana starania związane z osobą Heńka, utwierdziły mnie w przekonaniu, iż możliwym jest, że Heniek nie popełnił zarzucanych mu czynów, chociaż niektóre okoliczności świadczą niekorzystnie dla Heńka. Śmiem Pana spytać: Dlaczego zajął się pan tą sprawą? Czy interwencja Pana w Radzie Państwa dała jakieś pozytywne wyniki – jakie? Czy był Pan na wszystkich rozprawach Heńka w Sądzie I instancji? Jaka jest Pana opinia o tej sprawie? Czy znalazł Pan tego świadka, który był przy tym jak „Golo” nakłaniał Heńka do przyznania się  i z wycinków gazety robił plan sytuacjyny tego miejsca? Trochę dużo tych pytań, ale sądzę, że jak nie na wszystkie, to chociaż na część z nich uzyskam od Pana odpowiedź.

Przenieśli mnie, a ja obecnie dowiedziałem się o najgorszym, tzn. o wykonaniu wyroku.

 

*           *             *

 

Złożyło się, że listopadowe uroczystości zastały mnie w Gdańsku.

Do odjazdu nocnego pociągu pozostało kilka godzin. Wychodzę na miasto, a tam na Długim Targu dopada mnie zmierzch. Za grupą stoczniowców w wyszmelcowanych kombinezonach podążam do św. Brygidy. Przyległe do kościoła uliczki zablokowały kolumny samochodów z ludźmi wewnątrz. Kawalkadę otwierają potężne bojowe skoty z lufami armatek wodnych. Na chodnikach patrol za patrolem, że przejść trudno.

Tam zaś morze głów, człowiek przy człowieku w ścisku nieziemskim. Organy podrywają na baczność. Intonują Jeszcze Polska nie zginęła i las rąk z palcami ku górze – z tym słynnym na cały świat V - wyrasta dookoła.

Na koniec dzwony płoszą przysypiające gołębie. Echo spiżu wzlatuje ku niebu, potem pędzi nad bezkres wód, w głąb kraju. Dociera do tego miejsca, gdzie skazany, nie tak dawno jeszcze, nasłuchiwał żarliwie, czy aby przypadkiem nie pora, czy czas jego nie nadszedł.

 

Napisał był poeta ku pamięci potomnych:

Żaden człowiek nie jest samotną wyspą; każdy stanowi ułamek kontynentu, część lądu. Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie pomniejszona, tak samo jakby pochłonęło przylądek, włość twoich przyjaciół czy twoją własną.Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon; bije on tobie...

 

*            *             *

 

Pisałem u Olka Kowalczysa, w leśniczówce Dębie, na                                Mazurach, listopad – grudzień 1985r.

 

Od autora:

Dzisiaj, w 30 lat od tamtych wydarzeń i w ćwierćwiecze wykonania jednego z ostatnich wyroków kary śmierci w Polsce,  jestem przekonany – bardziej niż kiedykolwiek, że stary prawnik miał rację.

 

Pomiędzy lipcem 1946 r. a kwietniem 1988 r. w Polsce orzeczono i wykonano 46 egzekucji. 7 grudnia 1989r. Sejm PRL przyjął ustawę o amnestii, która zamieniła wszystkim skazanym karę śmierci na karę 25 lat pozbawienia wolności.

 

Orzeczenie wyroku kary śmierci w stosunku do Henryka Dębskiego oraz utrzymanie tegoż przez SN i nieskorzystanie z prawa łaski przez Radę Państwa, budzi – moje, do dzisiaj – bardzo poważne wątpliwości w wielu aspektach. Z czym nie kryłem się i wówczas, kwerendując w sprawie Dębskiego od Annasza do Kajfasza. Moje prośby o zwrócenie uwagi szczególnej na sprawę oskarżonego, jakie 25 lat temu usiłowałem przekazać, gdzie się tylko dało, okazały się być głuchym wołaniem na puszczy.

 

Dzisiaj, także samo jak wtenczas, z całym szacunkiem chylę czoło przed ofiarami mordercy i ich rodzinami. Nigdzie jednak, a uczestniczyłem w większości rozpraw, a zbierając materiały musiałem zapoznać się również i z aktami sprawy, nie widniało dowodne, jednoznaczne wskazanie, stwierdzenie, że to właśnie H. Dębski był sprawcą. Stąd gra słów sędziego D. Słomczyńskiego w rozmowie ze mną. Stąd spostrzeżenia, jakimi podzielił się prawnik z wieloletnią praktyką.

 

Taki a nie inny wyrok miał być zasądzony. I wykonany. Mimo całego szeregu wątpliwości. Głównie prawnej natury, choć i ludzkie też powinny zostać wzięte pod uwagę.

Przypomnę w tym miejscu kolejne, równie bolesne i tragiczne, wydarzenie dokładnie z tamtych lat.

 

Na Mazurach zostaje pojmany morderca. Pisaliśmy o nim. Ja w cyklu reportaży „Obłędne stany świadomości” na łamach Krajobrazów. B. Dunat tekstem „Życie prywatne mordercy” wprowadziła postać – nazwijmy go – Jana Nowaka do zbiorku Okolice wampirów.

Wampir z Mazur za dokonanie czterech gwałtów oraz zabójstwo na tle seksualnym czterech młodych kobiet, wyrokiem SW w Suwałkach z dn. 02/24/1980 (zwróćmy uwagę: na cztery miesiące przed zaginięciem Ani N.) został skazany na 25 lat więzienia, pozbawienie praw publicznych i obywatelskich na 10 lat oraz grzywnę.

 

- Wniosek prokuratora i opinie biegłych były tak sformułowane, że nie mogliśmy zadecydować inaczej. Sprawiedliwość nie jest jednakowa dla wszystkich (podkreślenie moje – A.G.) – mówi autorce reportażu suwalski sędzia.- Właśnie opinie psychiatrów i psychologów ocaliły go od śmierci, był badany w kilku zakładach psychiatrycznych.

 

Opinię o sprawiedliwości nie jednakowej dla wszystkich w całości potwierdza dzisiaj suwalski adwokat, z którym rozmawiałem niedawno. Co prawda w innej sprawie, lecz o wspólnym mianowniku.

Wyznał szczerze:

- Klient ( w domyśle: człowiek, przyp. mój – A.G.) jest wart tyle, ile jest w stanie wyłożyć w prowadzenie sprawy.

 

I w tych dwóch prostych zdaniach, wypowiedzianych niezależnie od siebie, kryje się sens odpowiedzi na pytanie, dlaczego ćwierć wieku wstecz Henryk Dębski dostał czapę.

 

*           *            * 

Przed laty, w liście do ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego, pisałem:

 

„Szacunek i poważanie trzeba i należy mieć do państwa prawa, do państwa praworządnego, które w jednakowy sposób, nie faworyzując absolutnie nikogo, traktuje swoich obywateli. W przeciwnym razie pozostaje wyłącznie pogarda”.

 

Minister przystał na taką argumentację, bowiem jednym zdaniem nie zaprzeczył, że jest inaczej.

A lawina spraw kierowanych przez Polaków do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka oraz Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Strasburgu jest tylko potwierdzeniem, że Przypadków Wątpliwych – o różnym ciężarze gatunkowym - polskiego wymiaru sprawiedliwości bynajmniej nie ubywa.

 

*          *          *

 

Copyright © 2010 by Andrzej Gawecki.  All Rights Reserved.

 

PISAŁO SIĘ albo TWÓRCZOŚĆ

 

Trzeba pisać. Żeby zarobić na chleb. I na podróż do Patagonii. Albo na Alaskę. Bo trzeciego wyjścia, trzeciego bieguna, zdaje się, nie ma – Edward Stachura