DOGOŃ SERCE MOJE

(Wybór reportaży)

Promocje reporterskie pod redakcją Krystyny Golbergowej

Łomżyńska Oficyna Wydawnicza STOPKA

Łomża 1988

 

PRZEPUSTKA  DO  ISTNIENIA

 

Tekst wyróżniony w konkursie na reportaż im. M. Wańkowicza

 

Dopóki żyjesz, dopóki można, bądź dobry – Marek Aurelisz

 

*         *         *

 

 Wiosną Lotta posadzi pod oknem jego pokoju  malwy, georginie, na klombie bratki, grządki sypnie maciejką. On zaś, dojechawszy pod parapet, spoglądać będzie na drogę, której nie przemierzy już nigdy. Chyba że ten raz ostatni, niesiony w drewnianej skrzyni, na barkach – może – swoich uczniów.

 A przecież zna tę drogę jak mało kto, chociaż nietutejszy. Schodził ją tysiące razy. W dół, do zakrętu, gdzie rozłożył się czerwony budynek wiejskiej szkoły.

 W pokoju pełnym książek, w czas zmierzchania wspomnienia moszczą się na nocne przypominki. Czasami, ale ostatnio coraz rzadziej, przywołuje je, przeglądając cztery tomy ksiąg pamiątkowych Izby Mazurskiej.

 Papierosowy dym nie przepędza smrodu moczu i specyficznej woni schorowanego starca. Osiemdziesiąt lat – piękny wiek, to brzmi jak szyderstwo.

 - Zawieźli do Białegostoku. Niepotrzebnie, bo pan docent nawet pokazać się nie raczył. Dzień tylko zmitrężył – usiłuje wstać i podnosząc kołdrę pokazuje mimochodem pustą nogawkę piżamy. Z rozporka biegną przewody łączące organizm z pojemnikami pod tapczanem.

 - Żeby zoperowali, na pewno bym sie lepiej poczuł. Ale oni nie, że za stary jestem i szkoda na mnie lekarskich umiejętności.

 Z kuchni szura Lotta. Opuchnięte nogi przesuwa z bólem na twarzy. Przyczłapuje do tapczanu w samą porę, by zdążyć ten jednonogi kadłub usadowić w wózku i zapchać do łazienki.

 - Tak żyjemy my, starzy oboje, na siebie tylko zdani – zostawia mnie ze smutną refleksją wypowiedzianą twardym, mazurskim akcentem.

 Wejsuny, „wieś mała jak ziarenko” z bukolicznego reportażu Małgorzaty Szejnert, kwietniowym wieczorem nie mają w sobie źdźbła romantyzmu. Absolutnie nic pociągającego, by zdecydować się na spędzenie tutaj całego życia. Co zatem zdeterminowało los Eugeniusza, od trzydziestu lat na powrót Bielawskiego, że właśnie stąd postanowił odejść do swojego Boga?

 

*         *         *

 

 Z lat krótkospodenkowych jak przez mgłę pamięta rodzinny Sokal przemieszany Polakami, Ukraińcami i Żydami. Nie pozostawił jednak tamten okres niczego szczególnego w pamięci, bo – mimo że pytam parokrotnie – zbywa milczeniem.

 Dopiero lata .30, lecz – znowu – dokładnej daty podać nie jest w stanie. W każdym bądź razie wtenczas związał się z harcerstwem, co zakończyło się pobytem na obozie w Skoczowie, na Śląsku. Komendantem był Aleksander Kamiński, ten od Szarych szeregów i „Kamieni na szaniec”. Pomny jego naukom i ślubowaniu zapamiętał na zawsze, że najważniejsze jest oddanie ojczyźnie.

 Plącze się po głowie i taki szczegół. Przed wojną, jako absolwent seminarium nauczycielskiego (specjalność: geografia, od Romera), podjął pracę w Drohobyczu. Działając w Towarzystwie Szkoły Ludowej napisał monografię miasteczka , o której nawet w radiu wspomnieli.

 Dorosłą część życia rozpoczął, jak tysiące równolatów, we wrześniu .39.Jednakże w tym momencie wyłaniają się pierwsze kłopoty natury faktograficznej. M. Szejnert dziesięć lat temu powiedział, że był w XIX Pułku Piechoty Lwowskiej, mnie z kolei,teraz, że w XXVII Pułku Artlerii Polowej. W każdym bądź razie na pomoc stolicy spieszył wraz z VI Pułkiem Artylerii Ciężkiej.

 Nie doszli, zawrócili. Pod Warszawą napotkali zakonnice wyprowadzające dzieci z płonącego miasta. Wtenczas dopadła ich odezwa Umiastkowskiego o zaprzestaniu oporu i skoncentrowaniu odwodów na wschodniej granicy.

 Mówi chaotycznie, z wyraźnym wysiłkiem, urywanymi zdaniami, pogubionymi w czasie i przestrzeni. Z tego gąszczu wyłuskuję, iż z Września wyszedł obronną ręką. Wrócił do Sokala, do szkoły.

 Nie, w żaden sposób nie przypomni sobie, którego to dnia odwiedziło go trzech ze Lwowa. Polacy Polaka, żeby pomógł Ojczyźnie.Wiedzieli o nim dużo i pewność ta pozwoliła, by wciągnąć go do Związku Walki Zbrojnej. Po złożeniu przysięgi i przeszkoleniu, już jako podporucznik Armii Krajowej, obejmuje funkcję komendanta na powiat sokalski.

 W jakiś czas potem, ale znowu: Ta pamięć... – pociera czoło, lecz nie jest w stanie umiejscowić wydarzeń chronologicznie, następuje wpadka. A może i wsypa, do dzisiaj nie wie. Gestapo przychodzi po niego, a on, szczęśliwym zbiegiem okoliczności, jest poza domem.

 Podporucznik Jastrzębiec (to z rodowego herbu) zameldował się w Inspektoracie, we Lwowie. Zaraz, zaraz, u kogo? Czy przypadkiem nie u Jerzego Węgierskiego, który teraz z uporem i benedyktyńską cierpliwością odtwarza dzieje lwowskiej AK? A może u Aleksandra Szczęścikiewicza, byłego komendanta lwowskiej Chorągwi? Przeprasza, lecz naprawdę nie pamięta.

 Uzgodnienia z dowództwem przenoszą Bielawskiego do Warszawy, na kurs dywersji.Było to nieodzowne, podyktowane względami bezpieczeństwa, ażeby zniknąć z oczu tajniakom i konfidentom gestapo.

 Kto wie, czy wówczas, w drodze, na którejś z rzędu stacji, na jakimś przystanku, nie mignęła mu w przelocie twarz żołnierza Wehrmachtu, równie młodego jak on. Otto Stank, Mazur, podąża eszelonem pod Stalingard, by zginąć tam za Fuhrera i Tysiącletnią Rzeszę. Jedzie, choć żal ściska serce, bo w domu, w Wejsunach została niedawno poślubiona żona Lotta. Ona urodzi córkę Hejdę, o czym ojciec i mąż nie dowie się już nigdy.

 Natomiast Jastrzębiec dowiaduje się wieści straszliwej. Zupełnie nieprawdopodobnej od tych, jakie obwieszcza kończąca się wojna. Słyszy, że wielu z jego kolegów z AK krytymi wagonami wywieziono na wschód.

 Było to akurat w kilka dni po wyzwoleniu Lwowa. Młodzi żołnierze zebrali się w miejscowym teatrze, gdzie – zaproszonych - miano dekorować za pomoc udzieloną w przeprowadzeniu czerwonoarmistów kanałami do środmieścia. Pozwoliło to Rosjanom na zaatakowanie Niemców od tyłu i ograniczenie strat własnych. Tyle że...wielu z nich wiarę w deklaracje wolność niosących przypłaciło życiem w dalekim Kazachstanie.

 W tym miejscu wypadają z życiorysu kolejne dwa lata. Odnajduje się w Krakowie, w 1946, jesienią bodajże. Któregoś dnia przychodzi mu podzielić gorycz klęski miłości do Ojczyzny. Za drzwiami czekają ludzie z UBP. W zadatku przynoszą rok więzienia na Montelupich. Bez sądu i wyroku,jak to wtenczas powszechnie się praktykowało.

 Te dwanaście miesięcy ciągle są koszmarem odżywającym we wspomnieniach. Kto wie, czy nie gorszym od wojny, dodaje po namyśle. 365 dni pod celą, wśród takich jak on – żołnierzy bez armii i dowódców. Noce bez snu i dnie bez jedzenia. Godziny śledztw i ciągle jeden i ten sam zestaw pytań: struktura organizacyjna Orła Białego. Adresy, kontakty, pseuda dowódców, treści rozkazów i wyroków, działalność wywrotowa i wojskowa.

 Nade wszystko zaś niepewność, co przyniesie jutrzejszy dzień. Kamińskiemu („Niech żywi nie tracą nadziei”) zawdzięcza, że był to tylko rok. Że przez ten rok konsekwetnie powtarzał raz przyjętą wersję, w którą widać i oni uwierzyli. I wypuścili w sam środek wojny domowej, którą płonęły Krakowskie i Bieszczady.

 Dopiero na wolności dowiedział się, że to nie żaden akt miłosierdzia, lecz amnestia.

 U znajomych z lat szkolnych i kolegów z konspiracji szuka pomocy. Jest bez pracy, mieszkania, pieniędzy i jakichkolwiek szans na dojrzanie promyka słońca. W podobnej sytuacji były wówczas tysiące młodych w oficerkach.

 O kłopotach Bielawskiego dowiaduje się jego przedwojenny dyrektor gimnazjum, Władysław Witek, który za nowej władzy jest dyrektorem szkoły w Białogardzie. Byłemu uczniowi oferuje pracę - prowadzenie drużyny harcerskiej oraz opiekę nad internatem.

 Kierowanie rządem młodych dusz nazajutrz po wojnie było zadaniem równie odpowiedzialnym, co i niebezpiecznym. I nie każdy się do tego nadawał. Przynajmniej w przekonaniu panów w skórzanych płaszczach, którym nie byle jakie rekomendacje wystarczały.

 Pojawiają się w szkole, już z nakazem aresztowania.W zamieszaniu młodzież zatrzymuje ich, tarasując drzwi. Jeszcze jeden zryw, jeszcze jedna ucieczka. Jak i poprzednie – udana, z boską pomocą.

 Czas spokoju dla innych, dla niego jest losem tropionego zwierzęcia. Pryska na Śląsk, słusznie zakładając, że zginie w fali przelewających się tłumów.W Ustroniu Śląskim zjeżdża   pod ziemię, by w mrokach kopalni rudy ukryć twarz. Kiedy i tu zaczyna się palić grunt pod nogami, wyjeżdża do Wrocławia. A za nim ślad w ślad gonią telefony, listy urzędowe, nakazy aresztowania.

 To we Wrocławiu, w grupie spacerujących nad Odrą staje twarzą w twarz z Wandą Sitnicką, osobistą łączniczką z AK. Spowiada się z minionych czterech lat i, niczym rozgrzeszenie, dostaje od niej lewe papiery.

 W rzeczywistości zmartwychwstaje, bowiem z dnia na dzień przeobraża się w Jana Sitnickiego, jak on – nauczyciela geografii. Prawdziwego Sitnickiego, męża Wandy, Ukraińcy rozwalili gdzieś przy drodze, podczas powrotu z Kowla. Na szczęście żona zachowała dokumenty, które po zamianie zdjęcia Sitnickiemu numer dwa ocaliły zycie.

 W tym miejscu pora ujawnić nieścisłości etap dalszy. Według dawnej opowieści, tej, którą M. Szejnert zamieściła na kartach książki, wybór Mazur przypominał miłość od pierwszego wejrzenia. Że ponoć miał się zakochać w ziemi opiewanej przez Kętrzyńskiego, Wańkowicza i przedwojenną Gazetę Olsztyńską. Że śniły mu się po nocach jeziora i Puszcza Piska. Że marzył o niej, niczym o ukochanej, z którą pragnął połączyć się na całe życie.

 Lata zweryfikowały osądy, bo mnie teraz przedstawia zupełnie inną wersję. Tę autentyczną, ocechowaną piętnem zaszczutego człowieka, ściganego przez prawo kraju, o wolność którego walczył. W tamtej rzeczywistości – tłumaczy - była to konieczność, by zgubić ślad, przenosząc się w drugi kraniec Polski. I zaszyć się konspiracyjnym sposobem na długie lata w którejś z wiosek wśród jezior i lasów.

 Władze oświatowe w Piszu z otwartymi rękoma witają poważnego czterdziestolatka, na dodatek nauczyciela z cenzusem. Tym serdeczniej, że papiery Jana Sitnickiego, na co szczególną wtenczas zwracano uwagę, są w porządku.Czyste od początku do końca. Jeszcze obowiązkowa rozmówka w komitecie PPR i nowo zatrudniony pedagog może podjąć pracę.

 Proponują pozostanie w Piszu. Wypalonym, opuszczonym przez Mazurów, którzy, przypisani przez nowe władze do Niemców, pociągnęli za wycofującymi się wojskami.Po namyśle odmawia. Miasteczko, nawet jak na powojenne wyludnienie, jest zbyt liczne.A spotkanie kogoś, z kim nie chciałby się widzieć, może być – czego życie dowodzi – tylko kwestią przypadku.

 Tłumaczy, że kocha przyrodę. Ciszę lasu i błękit nieba nad taflą jeziora, wędkowanie, a w ogóle to chciałby uspokoić skołatane nerwy po gehennie, którą przeżyli wszyscy. Ponadto – perswaduje – w wiejskich szkołach również brakuje nauczycieli i tam będą większe trudności ze znalezieniem chętnych.Tak, tak, to zrozumiałe, przytakują.

 Więc może jednoklasówka w Wiartlu, niedaleko Rucian? Zgadza się, by nie wzbudzać podejrzeń kolejną odmową. W ten oto sposób obejmuje we władanie poniemiecką szkołę na skraju wsi.Budynek jest solidny, murowany, lecz wewnątrz pusty. Wspólnie z pozostałą Mazurką, Henriettą Lindner porządkują skromny dobytek. Reperują ocalałe przed wyszabrowaniem ławki, zewsząd ściągają,co tylko się da. Marzy się nowemu nauczycielowi, by rok szkolny 1948/49 i w tej puszczańskiej wioseczce wypadł w miarę uroczyście.

 Nie zniechęca go, że uczniów, niczym apostołów, będzie zaledwie dwunastu. Dlatego pamięta swoją pierwszą klasę. Nie zapomni również, że brakowało dosłownie wszystkiego. Podręczników, zeszytów, atramentu, kredy.Że nawet poniemieckie druki, po drugiej stronie czyste, mają swoją wartość.

 Nie przeraża go, że świat wokół nich nadal jest jeszcze pełen śmierci.On przywykł do tego.

 Wieczorami z lasu wychodzili ludzie i na dobrą sprawę nie wiadomo było, czy przyszli tylko po to, by ograbić, wyciorami plecy poznaczyć partyjnym, poswawolić z kobietami. Z jakimi kobietami? To przecież Niemry, bez znaczenia. Czy też kolejną mogiłę pozostawić za sobą.Kurpie i złodzieje różnej maści byli aniołami w porównaniu z tymi z bandy Roga czy poniemieckimi niedobitkami.

 W trzy lata później Sitnicki przenosi się do Weissuhnen, bo tę nazwę słyszy częściej. Przemilcza powód, więc domyślam się, że gdzieś tam wpadła mu w oko wiecznie smutna Lotta Stank. A może ona pierwsza – gdy łzy zaczęły obsychać na twarzy młodej wdowy – dojrzała nauczyciela w wejsuńskiej szkole?

 Daleka Polska świętuje finisz planu trzyletniego, kiedy z ruciańskiego kościółka wracają państwo młodzi. Niby wszystko ładnie pięknie, lecz takiego afrontu – poślubienia Niemki, no nie, teraz już tylko Mazurki – zwierzchności w Piszu długo nie mogą przeboleć. Jakby dla potwierdzenia, że Mazurki są naprawdę dobrymi i żonami, i gospodyniami, w ślady Sitnickiego idą trzej nauczyciele i czterej leśnicy w okolicy. Osiedleńcy z Centrali.

 Pan nauczyciel zamienia pokoik nad klasa na posażny drewniaczek żony.Zastaje w nim Hejdę, ojca której wchłonęły stalingradzkie zamiecie.

 Pasierbica napisze o ojczymie po latach „W mojej drodze do Polski”, pamiętniku, będącym wyznaniem wiary do wszystkiego,co wiązało się z jej dzieciństwem i Polską:

 „Nowy kierownik był człowiekiem starszym, samotnym, poza trzema kieliszkiami wódki więcej nie pił. Co ciekawe, i co nas wszystkich intrygowało, nie brał udziału w nagonkach przeciwko tej niemczyźnie, która dawała się odczuć w naszej wsi na każdym kroku. Nauczyciele mieli mu to za złe.

 Na jednej z lekcji, gdy wypadły mu zeszyty z napisami Ost Preussen, ciekawa odbyła się dyskusja.Przyniósł nam własnoręcznie przez siebie wykonaną mapę.”

 Lecz nie mapa była zaczątkiem Izby Mazurskiej w Wejsunach, najlepszej, najbardziej wiarygodnej legitymacji lojalności Jana Sitnickiego w latach „błędów i wypaczeń”.Oczekiwanego dowodu patriotyzmu i polskości tych ziem, co zapamiętał ze Smętkowych wędrówek po Mazurach.

 Słyszę teraz, że powód był zgoła prozaiczny: kłopoty z pomocami naukowymi do jego przedmiotu – historii, do tematu: dawne narzędzia rolników.

 Tylko on jeden wie,czy nie był to li i wyłącznie pretekst, w jaki sam uwierzył. I który utrwalił się w jego świadomości do dziś.

 Wśród, najsampierw, uczniów, a potem i sąsiadów oraz mieszkańców wsi rozpuszcza wici, że zbierać będą stare narzędzia gospodarskie. Kancjonały drukowane szwabachą, zetlałe starością księgi i dokumenty, ludowe instrumenty, przyśpiewki i przedmioty używane przez Mazurów w domach i obejściach.

 Wkrótce w pokojach Lottowego posagu zaczyna brakować miejsca, a prawdziwe skarby i zwyczajne rupiecie zalegają pod ścianami.Gospodyni z coraz większą niecierpliwością toleruje pasję męża, gdyż z roku na rok sprzętów przybywa  więcej i więcej.

 Swoja cegiełkę pragną dołożyć również i ci, którzy decydują się na opuszczenie Heimatu i wyjazd do Vaterlandu. Oddają w ręce dobrego człowieka znikąd, którego przyjęli i zaakceptowali, rodzinne pamiątki, tak drogie ich sercom. Nieporęczne w dzisiejszej podróży kufry i meble. To, co mazurskie – ich zdaniem - na Mazurach zostać powinno.

 On także, już do końca, decyduje się na pozostanie w Wejsunach, choć żona co i raz szeptem napomyka, by wyjść za próg i ruszyć tam, gdzie są jej bracia. Gdzie będzie im z pewnością lepiej, bo oczekują ich z otwartymi ramionami.

 Postanawia zostać mimo trwożnych wiadomości dochodzących z okolicznych wsi. Słyszy, na przykład, że Szurnicki, sekretarz partii w Heydyku, rozchorował sie po Stalinie, portret którego ci z lasu kazali mu zjeść do ostatniego skrawka.

 Październik .56 dodaje mu odwagi do uczynienia kroku, nad którym rozmyślał przez niejedną nieprzespaną noc. Wpierw jednak jedzie do Rucian poradzić się księdza Mączki. Duchowny namawia go serdecznie, podpowiadając nazwisko prokuratora w Olsztynie.W żadnym wypadku nie PUBP w Piszu, gdzie nie strawiliby porażki nierozszyfrowania „zaplutego karła reakcji”.

 Na odchodne Sitnicki słyszy, że kapłan ma to już poza sobą. Wreszcie przestał być ściganym kapelanem od Ognia.

 Z budynku w centrum miasta wyszedł po pięciogodzinnym przesłuchaniu. Cały mokry ze strachu od tego maglowania. Za to z największym, najcenniejszym skarbem w kieszeni – kartką  papieru. Takim listem żelaznym gwarantującym wolność i nietykalność.

 Te pięć godzin najdłuższej w jego życiu spowiedzi równało się ośmiu latom przeczekanym na pograniczu bytu i nieistnienia. Do gabinetu prokuratora drzwi otwierał Jan Sitnicki, zamknął je Eugeniusz Bielawski.

 

*           *           *

 

 - Nie ta. Pod spodem. Niżej, druga od lewej – dyryguje mną, gdy z półki wyciągam opasłe tomiska kronik Izby Mazurskiej w Wejsunach.

 Na pierwszej stronie podziękowanie z kilkudziesięcioma podpisami i datą 2 październik 1971 rok.

„Izba Mazurska w Wejsunach mogła być zorganizowana dzięki Państwu Bielawskim, ich społecznemu zaangażowaniu, życzliwości i udostępnieniu swojego domu na tę placówkę.”

 - Faktycznie, tak było – Lotta przysłuchuje się rozmowie, zwyczajem wiejskich kobiet przycupnąwszy przy drzwiach. – W końcu uzbierało się tego tyle, że człowiek nie mógł się ruszyć, nogi postawić. Mówię mężowi: Idź do gminy, uderz w Rucianem, niechaj pomogą. Mogli, jak nic, bo za płotem, gdzie teraz mieszkamy, dom stał pusty – Lindenblattowie wyjechali do Niemiec.Dali w końcu, ale nie za darmo. Wpierw  starą chałupę musieliśmy przepisać na Państwo.

 - Panie kochany, przejdź się po wsi i zobacz,kto tu został – w jej głosie słyszę żal, że nie ma już Mazurów z jej dzieciństwa.

 „W dn. 11.II.1973 r. byłem z żoną i synem w Izbie Regionalnej w Wejsunach. Stąd wynieślismy b. duże zadowolenie i wrażeń po naszych przodkach. Za te miłe zadowolenie dziękujemy dla Założyciela, P. Bielawskiego. Herman Szlachcic.”

 „Dumni, że tu wyrośliśmy pod pieczą Króla Puszczy Piskiej, życzymy dalszych 100 lat tak owocnych dla kultury regionu tak P. Bielawskiemu i Izbie. Fred Skok i Trauta Kuberska.”

 „Na pamiątkę pobytu w Wejsunach, w latach 1946 pierwszy wójt w gminie Wejsuny, na pamiątkę wpisał się Gustaw Optatzy z Rodziną.”

 Jego syn, będący siódmym z kolei wójtem we wsi, który także z daleka od Mazur szukał ojczyzny:

 „Odwiedziliśmy po czternastu latach Wejsuny, między innymi „Dom Izba Ludowa”, dużo się zmieniło na lepsze, z czego byliśmy zadowoleni. Ernst Optatzy z synem Heinzem i żoną Hildegardą.”

 

*         *          *

 

 - Cieszę się, że po mnie pozostanie ta Izba – przemilczawszy z kwadrans przerywa moje czytanie. – Dowód, że byliśmy tu przed wiekami. Kiedy mogłem chodzić – patrzy w miejsce, gdzie załamuje się kołdra – oprowadzałem wycieczki z pogadanką My tu nie od dziś.Młodzież zachodziła,studenci, harcerze – podkreśla. – Turyści zagraniczni z ciekawości, powspominać niektórzy, nawet żołnierzy z Orzysza na historyczne wykłady przywozili. Dwa razy sam Wańkowicz był w Wejsunach, lecz przy mnie nie zatrzymał się.

 Powiedziawszy to spogląda w dal, gdzie grzebyk Puszczy Piskiej na horyzoncie spowity zapadającą szarówką. Jakby z wyrzutem, że Mistrz ucznia wiernego wyparł się. Zapomniał o nim.

 - Co on z tego ma? – Lotta sprowadza mnie na ziemię, gdy podchodzę do rzędu dyplomów na ścianie, a potem dobieram się do okładek legitymacji i pudełek z odznaczeniami.

 - Do zbowidu chciał wstąpić – odmówili, choć świadków miał. Tak późno ujawniony, może do bandy jakiejś należał. Z takimi nigdy nic nie wiadomo – przedrzeźnia z goryczą w głosie.

 - To z bezpartyjności mojej wynika – z poziomu tapczanu usiłuje ratować sytuację.

 - Niech pan zapyta, ile renty dostaje – Lotta do mnie, lecz na męża odpowiedź czeka.

 - No, ile? Szesnaście... – Bielawski zły, że jestem świadkiem małżeńskiej utarczki.

 - Nie żadne szesnaście, tylko czternaście. Dwa są moje za zdaną ziemię – wyjaśnia. – Panie kochany, on kiedyś taki działacz wielki, pierwszy społecznik w województwie, w gazetach opisywany, w gabinetach przyjmowany, a dzisiaj nie ma kto mu cewnika zmienić. Felczer przyszedł, popatrzył i powiedział, że nigdy nie zmieniał, bo nie umie. Do Pisza wieźć musiałam, a tam na mnie z gębą, że gdybym dłużej poczekała, to pęknięcie by nastąpiło. I z tą operacją tak wyszło, że aż wstyd komu powiedzieć – zrezygnowana macha ręką.

 A tutaj do lata idzie. Wycieczki zaczną odwiedzać jak co roku, ale mnie już sił brakuje, żeby nadążyć za młodymi – wstydliwym gestem pokazuje nogi jak banie. – Przyjdzie chyba Izbę zamknąć, kto wie, czy szyld zostanie...

- Już tak nie zamykaj, nie zamykaj – on ze złością. – Dosyć mnie w życiu nazamykali, to nie strasz. I szyld zostanie. Nie po to całe życie przesiedziałem w Wejsunach, ażeby teraz wszystko poszło na zmarnowanie. I w ludzkie zapomnienie – zaznacza przytomnie.

 A do mnie:

 - Wierzę, że znajdzie się taki ktoś, kto mnie zastąpi. Mnie nie spieszno, mam czas.

 Poczekam.

Ilustracje do reportażu znajdują się pod zakładka GALERIA

*          *          *

 

Copyright © 2010 by Andrzej Gawecki.  All Rights Reserved.

 

PISAŁO SIĘ albo TWÓRCZOŚĆ

 

Trzeba pisać. Żeby zarobić na chleb. I na podróż do Patagonii. Albo na Alaskę. Bo trzeciego wyjścia, trzeciego bieguna, zdaje się, nie ma – Edward Stachura