NIEGDYŚ I DZIŚ

 

Antologia reportażu o Warmii i Mazurach z lat 1950 - 2000

 

Wybór i opracowanie Joanna Szydłowska

Wydawnictwo Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego,

Olsztyn 2002

 

POŻEGNANIE OJCZYZNY

 

 Tę wiadomość przyjęliśmy – my, dziennikarze Gazety Białostockiej – z pełnym zrozumieniem i wiarą w nieomylność powziętch decyzji.

 Kraj żył jeszcze starym rytmem, kiedy zebrano nas w trybie alarmowym w małej salce kawu. Z video (oglądaliśmy ten cud techniki po raz pierwszy) odtworzono wystąpienie Piotra Jaroszewicza na posiedzeniu Biura Politycznego.

 Nowy podział administracyjny nie wydawał się być wtenczas dopustem bożym. Ot, po prostu, jeszcze jeden stopień do lepszego jutra. Znacznie dłużej rozprawialiśmy  o nieznanej nam technice, aniżeli o korzyściach, chociaż przysłany na tę okazję lektor z centrali rzecz całą wyłożył w kolorze dojrzałego różu.

 No bo tak na dobrą sprawę, czym było się wówczas przejmować? Sklepy, jak Polska długa i szeroka, zawalone towarem, w Domach Centrum przegląd przemysłów całej Europy. W telewizji zachłystywano się optymizmem, który gonił euforię, twarz narodu uśmiechnięta od ucha do ucha.

 Nie mogło być inaczej, skoro naród niestrudzenie parł do przodu. Wykonywał plany i dodatkowe zobowiązania. Budował Zamek Królewski oraz Hutę Katowcie i tysiąc pomniejszych inwestycji. Z każdym rokiem otwierał się szerzej ku światu i był coraz bliżej czołówki najlepszych.

 

My także czuliśmy się współtwórcami tego sukcesu.I dlatego nie mieliśmy powodów do narzekań. Redakcyjny bufet serwował wędliny przednich gatunków,smakowały domowe obiady po sześć złotych w partyjnej stołówce, talony na samochody kapały niczym z rogu obfitości, a kiermasze i wyprzedaże zagranicznych różności z „udziałem prasy” nie należały do rzadkości.

 Jeśli już trafiał się zgrzyt, to o głupie pięć zetów do składkowej butelki. O wybór czegoś ekstra z górnej półki kuszącej dzisiaj wyłącznie zza szyb Pewexu.

 

 Tak, w całej rozciągłości, z marszu zaakceptowaliśmy „szczegółowe rozwiązania reformy, w których kierowano się najlepszym przekonaniem oraz znajomością warunków i potrzeb, a przede wszystkim dążeniem do ustawicznego doskonalenia naszego państwa”.

 Postąpiliśmy tak, świadomi w pełni czekających nas zadań. Nie zważając przy tym na ciche pomruki popierane powielaczowymi odbitkami jakichś tam ekspertyz niezależnych naukowców z latających uniwersytetów. Takie rozmowy najczęściej miały miejsce po dużej wódce i słuchający nazajutrz wkładali je między alkoholowe bajdurzenia. Bo przecież szło do lata, świat traktował nas jako dziecka szczęścia, a na niebie najmniejszej chmurki.

 

 Faktycznie, 13 lipca 1973 r. pogoda stawiła się niczym na zamówienie. Giżycko wypucowane, przystrojone, odświętne. Flagi, transparenty i okolicznościowe dekoracje na każdym kroku. Tłumy rozentuzjazmowane powagą chwili. Tłumy oblegające sklepy, kioski i rożna specjalne na ten dzień wyprowiantowane. Tłumy na plaży nad Niegocinem. Zabawy, kapele, rejsy statkiem, rodzinne mityngi.

 Środek urlopowego szczytu sutego społeczeństwa w znanym, mazurskim wczasowisku.

 Dysonansu nie wywołał nawet rząd garniturowych postaci, dobierających należne stanowisku miejsce na okazjonalnie ustawionej estradzie, pośrodku setek opalających się plażowiczów.”Jesteśmy społeczeństwem” – właśnie tutaj znalazło swoje głębokie uzasadnienie.

 Jak również niemilknące brawa, wtórujące przemówieniu Pierwszego z Olsztyna, który tego dnia Mazury przekazywał w lenno koledze z nobilitowanych Suwałk.

 Ten, nie pozostając dłużny, odpłacił piękną oracją.

- Nasze województwo suwalskie, obejmujące unikalny w kraju i Europie rejon Wielkich Jezior Mazurskich, wraz z walorami Pojezierza Suwalsko-Augustowskiego, tworzy jednorodną i naturalną całość, a jednocześnie nową jakość. Stanie się ona, jeżeli nie dziś, to w niedługim czasie, podstawą rozwoju w naszym województwie przemysłu turystycznego na krajową, a nawet na międzynarodową skalę.

 

 Kiedy przebrzmiały oklaski, odczekał moment dla efektownego zakończenia.

 - Nasze zamierzenia wypływają z aspiracji mieszkańców regionu.

 Potem, kiedy władze dwóch województw ugruntowywały zadzierzgniętą naprędce przyjaźń w podgiżyckiej leśniczówce, dziennikarzom zafundowano konferencję prasową w nowo kreowanym urzędzie miejskim.Prowadziła ją kobieta, zastępca naczelnika miasta. Wskazując co i raz gipsową makietę strzelistej bryły hotelu, przekonywała o celowości rozwoju turystyki. Kreśliła przyszłość we wskaźnikach, procentach, milionowych zyskach i setkach miejsc w projektowanych ośrodkch i campingach. Nie omieszkała przy tym nadmienić, że jeziora Mazur wymagają specjalnej troski. Powtarzając przedpołudniowe deklaracje, stwierdziła, iż dla tego regionu nadeszły lepsze czasy.

 Poniedziałkowe gazety oznajmiły, że „Wielki Festyn Prasowy w Giżycku zapoczątkował integrację ziem tworzących nowy kształt województwa suwalskiego”.

     

*          *           *

 

 Irenę Berentowicz odnajduję po jedenastu latach w domku na przedmieściu Giżycka. Zeszczuplała, zmalały jakby, tylko tembr głosu i uśmiech ten sam. Przystrojona w fartuszek, z naręczem pieluch kursuje między parterem a piętrem.

 - Odnalazłam swoje powołanie – żartuje z lekko wyczuwalną  ironią, zmieniając śpiochy wnukowi. – Co najwyżej córka rozliczy mnie, jeśli w porę nie nakarmię Bartka. Nikt więcej.

 - Skąd w was ten zapiekły sadyzm, żeby grzebać się w przeszłości? Kazać ludziom przeżywać na nowo to wszystko, przez co przeszli, jak ciężką chorobę? – kieruje do mnie w formie wyrzutu, kiedy wyjaśniam, za czym jestem. – Do tego trzeba mieć charakter... – nie kończy, gdyż nie znajduje odpowiedniego określenia. A ja uważam, że nie chce go użyć celowo, każąc domyślać się najgorszego.

 Później, ochłonąwszy, parzy kawę i siada z westchnieniem ulgi steranej życiem kobiety. Mniejsze zasnęło, ze starszym córka poszła na spacer.

 Początek jest usystematyzowany chronologicznie i w zupełności może być fragmentem życiorysu.

 - W Giżycku zamieszkaliśmy w siedem lat po wojnie, w 52. Mąż podjął pracę w szpitalu, jest radiologiem. Dla mnie znalazło się w miejsce w banku.

 Słucham, nie notuję, więc domyśla się, że lata te może pominąć.

 - W .71 postawiono mnie na stanowisku przewodniczącej komisji planowania przy urzędzie powiatowym – mimo woli wpada w ton referatowych sprawozdań. – Byłam nią do końca. To znaczy do końca powiatu – ręka drży, kiedy sypie cukier.   

 - Jednocześnie przez trzy lata pełniłam funkcję zastępcy naczelnika powiatu.

 Dzisiaj, z perspektywy lat, mogę powiedzieć, że były to tłuste lata dla Giżycka. Obok Ostródy i Kętrzyna byliśmy największym miastem w starym układzie. Olsztyn widział nasze potrzeby i umiał je wesprzeć.

 Myśmy postawili na mieszkania, których brakowało już wtedy, no i na przygotowanie placów budów. Osiedle XXX-lecia to właśnie rezulatat tamtych starań. Na przyzwoity poziom podciągnęliśmy handel i usługi. Zadbaliśmy o wygląd miasta.

 Przede wszystkim jednak biliśmy na turystykę. Olsztyn znowu wyciągnął do nas rękę. Opracował i przygotował do zaakceptowania Program zagospodarowania turystycznego Wielkich Jezior Mazurskich, który miał stanąć na posiedzeniu Prezydium Rządu pod koniec .75 roku.

 Ten hotel, który pokazywałam wtenczas, na konferencji – nikły uśmiech do wspomnień przemyka przez jej twarz – stanąłby w centrum, przy Placu Grunwaldzkim. Drugi, tej samej wielkości, za miastem. Oba miała budować jakaś spółka. Polsko-francuska czy polsko-niemiecka, już nie pamiętam.

 Realny był też duży camping klasy międzynarodowej przy drodze do Orzysza, nad samym jeziorem. Twierdzę Boyen zamierzaliśmy zamienić na ośrodek wczasowy dla gości zagranicznych.

 Równocześnie wskazywaliśmy, że koniecznie trzeba wybudować oczyszczalnie ścieków. Przede wszystkim w Giżycku, Rynie i Mikołajkach.Z tego, co pamiętam, nasza była już zafiksowana w planach wojewódzkich i centralnych.

 I raptem, ni stąd, ni zowąd wszystko... – milnie, wahając się przed użyciem tych słów, lecz nawyk bierze górę...- diabli wzięli.

 Widząc moje zdziwienie, pointuje:

 - Niechaj się pan nie obawia. Jestem na emeryturze z pensją dwanaście osiemset trzydzieści miesięcznie. Za tyle mogę powiedzieć, co myślę.

 ...Ekonomiką turystyki pasjonowałam się od dawna. Zresztą, mój punkt widzenia podzielały tutejsze władze, a i Olsztyn szukał dobrego i stałego źródła dochodów.

 W tamtych czasach presja społeczeństwa nie była inna.Na turystyce ludzie zbijali majątki. Wynajmowanie kwater, prywatne stołówki, ogródki zastawione namiotami i przyczepami. Ponadto: przypomina pan sobie, co działo się na Mazurach po podpisaniu porozumienia Gomułka-Brandt? Tysiące Niemców każdego lata.Służby donosiły nam, że na jednym campingu, obok siebie,stoją samochody ze wschodnią i zachodnią rejestracją.Nie przez przypadek czy brak miejsca. Oni dopiero tutaj mogli spotykać się rodzinnie.

 To obcowanie jakby dwóch kultur: turystyczno-zachodniej i naszej ciążyło na giżycczanach. Ludzie dostrzegali inny styl ubierania się, zachowania, wypoczynku, życia w ogóle. Niechaj socjologowie nazwą to modelem konsumpcyjnym, lecz przecież do tego dążyło całe społeczeństwo.

 Powtarzałam nie raz i nie dwa na sesjach i plenach: na turystyce można dobrze zarobić. Pod warunkiem, że ma się to, czego dzisiaj nam brakuje: bazę, restauracje, stacje obsługi samochodów... – nie będę dalej nudziła, już odprężona, z humorem.

 - Teraz pokażę, jak wyglądał koniec – zrywa się z fotela, drepce na górę. Przynosi trzy zdjęcia, przez chwilę dobiera kolejność.

 Na pierwszym z drzwi znanego mi budynku wysypuje się  grupka odświętnie ubranych ludzi. W rękach kwiaty, lecz twarze smutne, skupione, bez wyrazu. Najbliżsi podeszli wprost pod obiektyw i ma się wrażenie, że to początek konduktu.

 Drugie z cyklu zdjęć rodzinnych. Wszyscy blisko siebie, żeby pomieścić się w kadrze. Front urzędu świeci jaśniejszymi plamami po zdjętych tablicach. Najważniejszą, z napisem Urząd Powiatowy w Giżycku, trzyma starszy mężczyzna.On jeden patrzy w ziemię.

 - To pan Karol Obolewicz. On zdejmował tablicę. Boże, pan nie uwierzy, jak ludzie płakali.Stukał młotkiem w gwoździe, a nam się zdawało, że wieko trumny przybija.

 W piątek to było... Czy w sobotę? Dokładnie nie pamiętam. Wiem jednak, że przyszła instrukcja, ażeby od pierwszego wisiał nowy szyld.

 Tamtego dnia, po pracy, urządziliśmy zrzutkę. Na kawę, ciastka, ktoś przyniósł wino. To było nasze ostatnie spotkanie w tym gronie, bowiem wielu z nas wiedziało, że w nowym urzędzie nie znajdzie się dla nich miejsce.                                      Gorączkowe rozmowy kto, gdzie, za ile i do jakiej firmy zdążył się wkręcić. Już wiem, że Stasio Wnuk, naczelnik powiatu, będzie dyrektorował w pegeerze w Wydminach. A reszta? Taki wstyd: oni – urzędnicy z powiatu muszą przymilać się byle dyrektorowi, byle prezesowi czy kierownikowi, aby do pracy przyjął. Etat jakiś znalazł, nie zostawił na lodzie.

 ...Pierwszego czerwca umawiamy się w trzy samochody województwo nasze odwiedzieć. Dla mnie był to pierwszy w życiu wyjazd do Suwałk. Najwyższy czas, mówię do kolegi, prezesa sądu, wywęszyć co i jak. Z Ełku zabieramy znajome małżeństwo i do Suwałk wjeżdżamy od strony Augustowa.

 Pogoda słoneczna, piękna i to ona zapewne sprawiła, że korzystne wrażenie odnieśliśmy. Zobaczyliśmy, gdzie jest urząd wojewódzki,szpital, komitet. Zgodnym tonem ponarzekaliśmy na kłopoty lokalowe stolicy regionu. Gorzej wypadło, gdy zabłądziliśmy na peryferiach. W uliczkach rozpadających się drewniaków, pożydowskich sklepików, śmierdzących kałuż i sterczących z chodników hydrantów.

 Nie zapomnę też starej kuźni w centrum, słupków do wiązania koni.

 Kaziu, jak to będzie, spytałam siedzącego obok męża, bo tyle niejasności, tyle pytań cisnęło się do głowy i na żadne nie potrafiłam znaleźć odpowiedzi.

 Na domiar złego uczyniono mnie przewodniczącą komisji likwidacji powiatu. Przychodziłam do urzędu i czekałam, co dzień przyniesie. Przejdę się po pokojach pod byle pretekstem. Ludzie niby są, za biurkami siedzą, papierki przekładają, ale to wyczekiwanie nie wiadomo na co było aż namacalne. Taka władza bez władzy.

 Zupełnie nas dobijało, kiedy jakiś rolnik przyjeżdżał „do powiatu”. Już nie ma powiatu, my do niego. Jedźcie do Suwałk, radzimy. A on, że tyle lat tu zachodził i zawsze był załatwiony. A te Suwałki to nawet nie wie, gdzie są.

 Byle nie zwariować. Byle nie zgłupieć, powtarzałam sobie, sięgając po relanium.

 W parę dni po pierwszym zaczęły się przeprowadzki, co starsi urzędnicy określali zwyczajnie: szaber. Na przykład przyszło pismo: przekazać transport, a mieliśmy wówczas dwie wołgi. Zbiegli się kierowcy, samochody wypucowali, jak na wesele. Kwiatami przystroili, wstążeczkami. Dorosłe chłopy,a łzy mieli w oczach, kiedy odprowadzali aż za miasto.

 Potem pojawił się wielki meblowóz po gabinet naczelnika powiatu. Melduje się u mnie dyspozytor i od progu: Wojewoda Złotorzyński powiedział mi: bierz jak najwięcej, byle delikatnie, żeby ludzi nie zrazić.

 Jakie miałam wyjście? Oddałam.Oddawałam biurka, szafy, dywany, fotele, maszyny do pisania. Nawet kwiatów w doniczkach nie mieli. Coraz puściej robiło się w urzędzie, jakby kataklizm powymiatał wszystko.

 Ha, powiedziałam sobie, najwyższy czas spuścić z tonu. Nie jesteśmy już powiatem. Inne postawy obowiązują. Inny styl pracy, inni ludzie rządzą.

 Zlikwidowanie powiatów osobiście odczułam jako jedną wielką degradację. Tym większą, że nawet tych medali nie było komu wręczać. I kiedy, bo 22 Lipca wypadł już w nowym województwie.

 

 Znowu drepce na górę.Przynosi ozdobne pudełko,gdzie kawałek brązu „Zasłużony dla powiatu giżyckiego w XXX-lecie PRL”.

 - Zostały u Hodunaja w biurku. Wzięłam jeden na pamiątkę. Z resztą nie wiadomo, co się stało.

 Wtenczas z wieloma sprawami nie wiadomo było,jak postąpić. W grudniu .75 przypadł Zjazd Towarzystwa Miłośnikow Ziemi Giżyckiej,którego byłam prezesem.Tu Zjazd, a we mnie konsternacja: do kogo się obrócić? Czy do Białostockiego Towarzystwa Kultury, z którym zdążyliśmy nawiązać kontakty, czy też opowiedzieć się dalej za „Pojezierzem”? Tu dają nam do zrozumienia, że nasze zapatrywania powinny iść na wschód, do Suwałk, znaczy się, a tu delegaci, żeby nadal być sfederowanym z Olsztynem.

 Czyż miałam prawo pominąć to milczeniem? Nakazać ludziom buzie pozamykać? Nikt nie wie, jak niewygodnie być między młotem a kowadłem.

 Weszłam na trybunę i powiedzialam swoje: ja nie chcę, żebyśmy wypisywali się z „Pojezierza”, wszak tyle spraw łączy nas od lat.Nie możemy jednak nie przynależeć do Suwałk. Najlepiej będzie, gdy zostaniemy i tu, i tu.

 Sala poparła moje stanowisko.

 Przez trzy lata, do .78, byłam zastępcą naczelnika miasta. Mijały miesiąc za miesiącem, rok za rokiem, a ja dostrzegałam zmiany wokół siebie.Uspokojenie jakby, powrót do normalności. Coraz częściej zdarzały się sytuacje, że brałam za telefon i prosiłam: Wróć, w tym wydziale jesteś potrzebny. Niekiedy skutkowało, niekiedy słyszałam: Przez tyle lat byłem potrzebny, a potem co...? Nie umieliście mnie wybronić?!,z żalem, z goryczą.

 Coraz częściej zaczęłam bywać w Suwałkach. Im częściej, tym szerzej oczy otwierały się nam na to „dobrodziejstwo” nowego województwa. Wtenczas już nie trzeba było być jasnowidzem, by mieć pewność, że z naszych planów i zamierzeń na pięciolatkę wyjdą nici.A tu tyle spraw porozpoczynanych.

 

 Wiceprzewodniczący Wojewódzkiej Komisji Planowania, Stankiewicz, za każdym razem, ilekroć u niego jesteśmy, wylewa kubeł zimnej wody na nasze głowy.”Żadnych nowych inwestycji, wyłącznie kontynuowane, i to wybiórczo! Z bilansu wynika, że musimy zacisnąć pasa!”, pokrzykuje.

 Co to jest 20 proc. pozostałych środków z i tak okrojonego budżetu? Grosze!A tu czeka gotowa dokumentacja przedszkola. Podjęto prace przy stacji Polmozbytu i robudowie żłobka. Wywalczyliśmy tylko tyle, że przynajmniej mieszkaniówkę dzielono w miarę sprawiedliwie.

 I jak w tej sytuacji pójść na zebranie? Stanąć przed ludźmi w zakładzie? Zabrać głos na plenum? Co im powiedzieć? Jak wytłumaczyć? Że kolejki do mieszkań będą jeszcze dłuższe? Że nie będzie żłobków, przedszkoli, szkół, bo Suwałki są biedne i im przede wszystkim się należy? Że Niegocin dalej będzie zatruwany, bo budowa oczyszczalni w ogóle nie wchodzi w rachubę?! Że nie będzie obiecanych hoteli i wielu innych tematów?! A cóż ich to obchodzi?! Oni nie domagali się reformy. Nie było im źle z Olsztynem – takie padały argumenty.

 Za wszelką cenę postanowiliśmy jednak dokończyć Polmozbyt. Jesteśmy u wykonawcy, dyrektora PBRol-u i tłumaczymy w  czym rzecz. A ten ręce rozkłada bezradnie, że bez zgody Suwałk cegły położyć nie może. Poszliśmy po rozum do głowy. Gdzie szukać pomocy, jak nie u posła Z.? On, że naturalnie, oczywiście, rozumie wagę problemu i postara się pomóc swoimi kanałami.

 I postarał się, że niech go drzwi ścisną...Po dwóch tygodniach wzywają nas do województwa. Szefa, mnie i pierwszego kaemu. Obstawił nas pierwszy kawu – Białecki, poprawił od siebie wojewoda Złotorzyński. Co wy za numery tu odstawiacie?! Żeby z ministerstwem bezpośrednio pertraktować?! A gdzie droga służbowa?! Kto widział taką niesubordynację?!

 Okazało się potem, że poseł, niejako we własnym imieniu, przesłał rezolucję do Warszawy. A nam dostało się, że lepiej nie mówić. Mimo to Polmozbyt w Giżycku stanął.

 

 W .78 szefa awansowano do województwa.Został przewodniczącym komisji planowania. Mnie, niejako w spadku, przypadł jego stołek. Siłą faktu musiałam częściej bywać w Suwałkch. Na dobrą sprawę sama nie wiem w jakim celu. Chyba tylko żeby listę podpisać, bo nikt głosu nie miał żadnego. Każde nieśmiałe upomnienie się o sprawy miasta przebijano jednym pryncypalnym stwierdzeniem: My tu – wiecie - mamy ważniejsze problemy do rozwiązania przed sobą. I wymieniano niczym z rękawa: urząd wojewódzki, komitet, szpital, drogi, Osiedle Północ,fabrykę mebli, mleczarnię. Wszystko wrzucano do jednego worka, że człowiek nie miał siły się bronić.

 Kiedy,pewnego razu, wykrzyczałam wprost, bo nerwy puściły, że jak nie będziemy mieć stacji uzdatniania wody, to epidemia czerwoniki położy nam nie tysiąc osób, lecz więcej. Wtenczas poradzono mi, żeby na przyszłość takich epidemii unikać.

 Wojewoda przynajmniej jak umiał, tak pocieszał. Że rozumie, iż Suwalszczyzna to nie wyłącznie Suwałki i Augustów, ale również i Mazury. Że nie sposób z dnia na dzień przestać lubić jednych, a pokochać drugich. Że cała ta integracja wymaga czasu. Dziesięcioleci, wykształcenia nowych przyzwyczajeń, innego wartościowania spraw. Nawet – sposobów myślenia. Pani Irenko – żartował jak to on, dobrodusznie – weźcie jeszcze troche na wstrzymanie. Poczekajcie rok, dwa, a potem będzie już z górki.

 Tylko Pierwszy był zasadniczy. Jak to on: Tak ma być. Koniec, kropka. Jak powiedziano, że Suwalszczyna, to ma być Suwalszczyzna. Bez gadania.

 A jak tu nie gadać i nie narzekać, kiedy ludzie na własne oczy widzieli, że z roku na rok cieniej jest. Te kolejki coraz dłuższe, sklepy pustymi półkami straszące. Spotkania z aktywem milczace, nijakie, byleby zaliczyć i na liście odfajkować. Tu brak surowca, tam energii, gdzie indziej sprzętu, gdzieś tam zawalono dostawy. I tak na okrągło. Dzień po dniu.

 

 Nadszedł Sierpień. Jak później było – każdy wie. Nie w Suwałkch, lecz właśnie w Giżycku powołano zarząd Regionu Pojezierze. Znałam tych ludzi, oni mnie. Reprezentowaliśmy odmienne poglądy, w wielu kwestiach nie zgadzaliśmy się,ale wzajemne poszanowanie było.Kiedy wymiatano innych, nie padł ani jeden głos, żeby mnie zdjąć.

 Wprost przeciwnie. To Solidarność zainspirowała powołanie klubu ekologicznego. To oni dążyli do objęcia ochroną Wielkich Jezior Mazurskich jako wartości narodowej. To oni głośno przekonywali, że fundusze na oczyszczalnie trzeba wymusić, bo za rok będzie za późno.

 Ci ludzie swoim entuzjazmem i wiarą w słuszność postępowania zarazli nas.I to skutecznie.Po dogadywaniach utworzylismy nieformalny klub naczelników miast leżących na Mazurach, ale w województwie suwalskiem. Żartobliwie nazwaliśmy to lobby Głuchowskiego, który był i pozostał naczelnikiem Węgorzewa.

 

 Nie trzeba było długo czekać, aby nie doszły nas słuchy, że Suwałki krzywym okiem na to patrzą. Uważaliśmy, że z biegiem czasu przywykną, przyzwyczają się powoli. Na spotkania zapraszaliśmy posłów, ludzi nauki, wszystkich, którzy mogli i pragnęli pomóc Mazurom.

 Lecz wtenczas już wyraźnie i bez owijania w bawełnę dano nam do zrozumienia, że czas najwyższy przestać spiskować poza plecami wojewódzkiej władzy. I żeby skończyć z tymi konwentyklami, bo nic dobrego z tego nie wyjdzie.

 To było ostrzeżenie, że przed orkiestrę wychodzić nie należy. Spadło ono na mnie niczym grom z jasnego nieba, bo w tym, co robiliśmy, nie było krzty separatyzmu, o czym judzili co poniektórzy. Jednakże docierało do mnie coraz ostrzej, coraz wyraźniej, że muszę spasować, upokorzyć się.  Mimo że atmosfera stawała się już wręcz nie do zniesienia, do końca chodziłam po Giżycku z podniesioną głową.

 

 Od września .81 zaczęłam szykować się do przejścia na emeryturę. 1 stycznia przypadało równe trzydzieści lat pracy.Coż, pomyślałam sobie, wystarczy tego dobrego. Po co szarpać się, tracić i zdrowie i nerwy, kiedy dają ci do zrozumienia, że jesteś niepotrzebny, człowieku. A na takim stanowisku zawsze komuś wyżej się podpada.Czasami za byle głupstwo.

 Uzgodniliśmy z przewodniczącym rady narodowej, że 16 grudnia zwołamy sesję, na której pożegnam się oficjalnie. Bardzo to przeżywałam. Długo przygotowywałam przemówienie. Siedziałam nad nim całymi nocami.Skreślałam, poprawiałam, ujmowałam i dodawałam. Ważyłam każde zdanie, każdy akapit. To miało być moje ostatnie publiczne wystąpienie w życiu. Takie rozliczenie się z piastowania stanowiska naczelnika Giżycka, z tego, co udało mi sie zrobić dla miasta, środowiska.

 

 Nie dano mi go wygłosić. Dzień wcześniej, 15 grudnia, odwołano mnie z urzędu. To był cios, jakiego bym w życiu się nie spodziewała. Zabolało ogromnie, bo przecież mogli poczekać te dwa tygodnie – twarz skrywa w dłoniach. I milknie. Na długo. Słychać tykanie zegara, trzask wyłamywanych palców i głębokie westchnienia.Jak człowieka łaknącego powietrza.

 - Tysiące razy rozmyślałam, czyja kula mnie trafiła: wrogów czy swoich? Przypuszcam, raczej jestem pewna, że od swoich.I dlatego boli tym dotkliwiej.Nie pozwala zapomnieć.

 Cóż, za brak pokory płaci się frycowe. Nikt mnie nie przekona,że luksus posiadania własnego zdania nie kosztuje. Kosztuje i to wiele, a ja jestem tego przykładem. Sądzę, że właśnie odpryski tamtego wydarzenia postawiły kropke nad i.

 Nie wie pan, w czym rzecz? Ano racja, daremnie tego szukać po gazetach.

 Otóż pod koniec .81 obradowała miejka konferencja sprawozdawczo-wyborcza partii. Delegaci podjęli uchwałę zobowiązującą nowy sekretariat do wystąpienia z petycją o przyłączenie Giżycka, Rynu i Mikołajek na powrót do Olsztyna. Uważali, że Rada Państwa i Sejm, dokąd ją skierowano, uwzględnią wielowiekową tradycję oraz jedność Mazur. Przypominam sobie rówież, że WRN w Olsztynie zaakceptowała to posunięcie. Nie muszę dodawać, że nic z tego nie wyszło,bo wyjść nie mogło,o czym w tamtych czasach jeszcze nie wiedzieliśmy.Chociaż... – zamyśla się – wydawało się nam, że skoro w kraju idzie ku nowemu, to i my możemy wyjść naprzeciw.

 

 Kiedy odchodziłam, dali  mi 7227 emerytury. Za trzydzieści lat pracy dla tego miasta, dla tej ziemi.Za nie liczone godziny, późne powroty i cierpliwość męża, zostawianego bez obiadu, często bez słowa wyjaśnienia.

 Nie nachapałam się niczego, każdy to potwierdzi. Innym pomagałam, o sobie i rodzinie nie pamiętałam. Ze złotówki nie rozliczyli mnie ani nasi, ani Solidarność. Ten dom postawiliśmy za oszczędzności i pożyczki. Dyżury męża i moje nadgodziny w banku, dużo, dużo wcześniej.

 Jeździłam zdezelowanym maluchem, chociaż mogłam mieć talon na nowy samochód.Zawsze uważałam, że są bardziej potrzebujący. Nie dopominałam się o zaszczyty i splendory. Złoty Krzyż Zasługi to najwyższe odznaczenie, jakie posiadam.I ciężki bagaż wspomnień. Więcej smutnych, aniżeli radosnych.

 Chyba trzeba przyznać im rację, że kobieta na to stanowisko nie nadaje się – nie dopowiada, kogo ma na myśli, a ja nie pytam, bojąc się rozdrapania jeszcze jednej rany.

 Waha się, czy dopowiedzieć reporterowi coś więcej. Jednak tak.

 - Jeżeli to ma być zadośćuczynieniem, to spóźnionym. O wiele, wiele lat – ze sterty gazet na fotelu wyjmuje głośny numer Polityki z Układanką, a w jej głosie minione echo tamtej Ireny Berentowicz.

 Trwa to chwilę. Poczem na powrót staje się tą, w życiu której zabrakło zakończenia.

 Bierze do ręki zdjęcia. Wpatruje się w nie długo, uważnie, jakby chciała tych wszystkich przywołać na świadków swojej porażki.

   

*           *             *

 

 W niedalekim Rynie, na starym, poniemieckim cmentarzyku, wyniesionym nad miasteczkiem, jest grób Albina Nowickiego. Pedagoda, niestrudzonego społecznika, zasłużonego działacza  kultury, ongiś burmistrza. Na obelisku, pod wizerunkiem Orderu Sztandaru Pracy widnieje inskrypcja: Najkonkretniej pojęta Ojczyzna – umiłowany region.

 Do dzisiaj nie wiem, kto jest jej autorem.

 

Krajobrazy, nr 34 z 1987 r.

 

 

*          *          *

 

Copyright © 2010 by Andrzej Gawecki.  All Rights Reserved.

 

PISAŁO SIĘ albo TWÓRCZOŚĆ

 

Trzeba pisać. Żeby zarobić na chleb. I na podróż do Patagonii. Albo na Alaskę. Bo trzeciego wyjścia, trzeciego bieguna, zdaje się, nie ma – Edward Stachura